Rano Karkat czuł się jak po solidnej, ciężkiej pracy, która polegała na przenoszeniu kilkukilogramowych worków z igłami z jednego stosu na drugi i z powrotem. To też mu się śniło. Nawet w tym śnie ktoś go również przenosił. Człowiek z igieł? Jakoś tak…
Podparł się na otępiałych z bólu rękach, by jednak zaraz usiąść wyprostowany. Zbyt dawały znać o swoim cierpieniu, by mógł się na nich teraz podpierać. Spojrzał po sobie skołowany, dosłownie ledwo przytomny. Zamiast jego zwykłej koszulki, wisiała na nim jakaś fioletowa, z nadrukiem waty cukrowej i na krótki rękaw, przez co odsłaniała całkowicie jego ręce, które… aż po łokcie były owinięte bandażami. Złapał za materiał swojej bluzki, by niepewnie ją powąchać. Znajomy zapach nie-do-końca mieszanki francuskich perfum, czyt. Faygo i pewna bliska mu osoba.
Rozejrzał się teraz po pokoju. Znajdował się na łóżku. Sam. Było mu cholernie zimno, a jego samopoczucie i zdrowie schodziło do temperatury mocno poniżej zera. Przydałoby się gorące kakao na rozgrzanie wewnętrznej, przybitej atmosfery. Zalatywało tam doprawdy grobową chęcią na życie.
Wtem, jak na zawołanie, drzwi się otworzyły. Wchodzący, najwidoczniej ręce miał zajęte, bo wchodził tyłem, a następnie, odwracając się, zatrzasną przejście za pomocą nogi. W dłoniach trzymał tacę, na której znajdowało się gorące i świeże śniadanie – kubek kakaa oraz gofry z dżemem i cukrem pudrem. Przynosząca, wysoka osoba, w pierwszym wrażeniu wydała się dla Karkata pokojówką. Kręcone włosy miała spięte w kucyk - chociaż niewiele on dawał, bo pojedyncze kosmyki i tak żyły własnym życiem - a dodatkowo nosiła ona uroczy, różowy fartuszek.
Dopiero po chwili Vantas zorientował się, że to Gamzee. Wina braku makijażu, czy tego, że ma na sobie ten, a nie inny, fartuszek?
- Jak się spało bro? - zapytał, siadając na krawędzi łóżka, a tacę z jedzeniem kładąc ostrożnie obok swojego przyjaciela. Karkat patrzył na niego tylko niezrozumiałym wzrokiem, dwojąc się i trojąc, by przypomnieć sobie skąd jego klauni przyjaciel ma ten fartuszek.
Tak, aktualnie tylko to go interesowało.
- Bro? - Makara delikatnie ujął podbródek czarnowłosego, chcąc by wzrok tych czerwonych oczek spoczął na jego twarzy.
- U-ugh… - dopiero teraz Vantas przypomniał sobie wczorajszy wieczór. - Źle – mruknął, odsuwając głowę.
- Zjedz coś słodkiego, poczujesz się lepiej – odparł klaun z uśmiechem. Widząc jednak, że Karkat nie ma ochoty na samodzielne jedzenie, wziął widelec i nabił na niego kawałek gofra, po czym podsunął go pod jego blade usta. - Powiedz am.
Znowu niezrozumiałe spojrzenie czerwonych oczu, a zarazem niepewne uchylenie warg.
- Honk! - radość, bo niejadek zjadł obiadek. To znaczy śniadanie.
- Skąd wytrzasnąłeś gofry? - dopytał się niejadek, żujący w swych ustach słodki obiadek. To znaczy śniadanie.
- John pożyczył mi przepis swojej babci, a Tavros pomógł mi je zrobić – odrzekł, podsuwając chłopakowi kolejny kawałek pysznych gofrów. Kolejne am.
- Okej… - przełknął, a po sekundzie następny kawałek został wsunięty do jego ust. - Która
godzina? - zapytał, jeszcze z pełną buzią, a tym samym, odruchowo wzrokiem powędrował w stronę zegarka przy łóżkach. - Jedenasta…? - chwila na złączenie wątków. - A LEKCJE?! - gdyby nie Gamz, Vantas prawdopodobnie wyskoczył by spod kołdry i jeszcze padł na podłogę.
- Shoosh… - ostrożnie go powstrzymując przed natychmiastowym wyleceniem poza bezpieczny obręb łóżka, zaczął delikatnie głaskać tą jego czarnowłosą, gorącą główkę. - Powiedziałem Aradii, że źle się czujesz.
- I co to da?! - gdyby tylko Karkat miał w tej chwili więcej energii, dałby radę uciec.
- Usprawiedliwi.
- A co z tobą?! Idź na lekcje!
Klaun pokręcił przecząco głową.
- Ja się tobą dziś zajmuję bro – przytulił tego rozchwianego emocjonalnie nastolatka, który naprawdę w tej chwili potrzebował przyjaciela. Przez moment ten jeszcze się rzucał i wiercił, ale, jak zawsze, dał za wygraną. Potrzebował go jak prawie nigdy…
- Nie ma dziś żadnej ważnej lekcji, nie…?
- Nie bro, spokojnie.
Temperatura samopoczucia trochę się podniosła.
Karkat odsunął się od swojego klauna, wzdychając. Przeczesał palcami rozczochrane włosy, gapiąc się jeszcze smętnie w ścianę. Po chwili poczuł jak kciuk Gamza przejechał po jego ustach. Zwrócił na nowo wzrok ku niemu. Najwidoczniej miał na wargach trochę dżemu, który w tym momencie Makara zlizywał ze swojego palca. Vantas wziął w swoje rączki gorący kubek z kakałkiem.
- Dzięki… - powiedział cicho, nawet trochę za bardzo, ale nie uszło to uwadze jego przyjaciela.
- Dla ciebie wszystko Karkuś - odparł z szerokim uśmiechem.
Kto by się w tym momencie nie rozpłynął od nadmiaru cukru?
Karkat delektował się ciepłym napojem i dziękował światu, że ma takiego przyjaciela. Chociaż… To co mówił w nocy… Sam do siebie… Był nadal tego pewny. Czuł się nadal samolubnie, ponieważ chciał trzymać go przy sobie. Rękami i nogami by się zaparł, byleby tylko nie odszedł. To niezdrowe. Niemądre. Tak nie powinno być!
- Gamz… - odezwał się, podczas gdy wzrok jego, nagle pustych oczu, spoczywał na jasnobrązowej cieczy.
- Hm?
- Ch-chce ci powiedzieć… ż-że… jak tylko będziesz… jak tylko będziesz chciał odejść i zająć się w końcu sobą to ja cię nie zatrzymam. I-i tak jestem dla ciebie dużym ciężarem… n-nie musiałeś--
Ręka klauna spoczęła na ustach czarnowłosego. Palec jego drugiej dłoni przyłożył do swoich ust chcąc mu pokazać by zachował ciszę. Po czym przesunął pierwszą na tą jego nieułożoną czuprynę, jeszcze bardziej ją czochrając.
- Gdzie jesteś?
- W pociągu! Szkoda, że nie widzisz tych widoków!
- Jakbyś obróciła kamerę to bym zobaczyła – odparła z przekąsem Aradia.
- Oh… Fakt, hehe! - przy tym śmiechu, na ekranie telefonu bordowowłosej ukazał się piękny górski widok, dający wrażenie jakby płynął, z powodu poruszającej się maszyny.
- Nie wiem czy wszystko widzisz, ale proszę bardzo!
- Zazdroszczę ci, że mogłaś przedłużyć swoje ferie.
Dziewczyna właśnie pracowała nad dekoracjami do przedstawienia. Rozrysowywała plan ich ustawienia oraz co jak mniej więcej miałoby wyglądać.
- Aj tam, nie ma co zazdrościć, hehe! - kamera w telefonie z powrotem przeniosła się na twarz rozpromienionej rozmówczyni. - Jak tylko będę na miejscu zabiorę się za moją część dekoracji!
- Prawdopodobnie padniesz ze zmęczenia… - westchnęła Megido, po czym zaczęła wycinać różnorakie elementy z tektury.
- W sumie… Możliwe, w takim razie pomogę ci jutro!
Przy tym Aradia przytaknęła z uśmiechem.
- Gdzie nasza Wendy?! - po scenie nagle rozniósł się rozjuszony głos pana Hussiego.
Dziewczyna udała, że nie słyszy tego pytania z powodu wsuniętych do uszu słuchawek. Była w końcu zbyt zajęta rozmową z przyjaciółką.
- To ten scenarzysta? - zapytała, a ta znów poruszyła głową na „tak”.
- Rozchorowała się, p-proszę pana – odpowiedział mu nieco zmieszany głos Egberta, który prawdopodobnie wolałby być gdzie indziej niż tu.
- Jak to?! Dubler!
- J-jej też nie ma… - odparł ponownie John, drapiąc się nerwowo po karku.
- Świetnie! - sarkastyczne wykrzyknięcie jednego słowa, a potem przejechanie uważnym wzrokiem po sali. - Ty! - palec wskazany na ukochanego idola połowy pierwszoklasistek. - Zastąpisz ją!
Cisza ogarnęła na moment wszystkich członków zajmujących się poszczególnymi częściami spektaklu. Jedynie Aradia nuciła pod nosem piosenkę Heathens, nie zwracając uwagi na resztę osobników dookoła. W końcu siedziała w kącie sceny, wpatrzona w swój plan oraz tekturę, no i telefon gdzie poruszała się twarz jej czerwono-okularnikowej przyjaciółki.
- Spoko – odparł Strider, wskakując jednym zgrabnym ruchem na scenę. Poprawił jeszcze włosy, przy czym w tle można było usłyszeć magiczne „achh” jego fanek. W ogóle, one nie powinny być na lekcjach?…
Pan H. wręczył mu kopię tekstu, zszedł ze sceny i klasnął w dłonie. Miało to oznaczać start dla ich cudownego zagrania pierwszej sceny całego przedstawienia. W sumie próby zagrania, bo i John i Dave posiadali kartki z tekstem. Ten pierwszy stał na drżących nogach, panikując, że prawie dwie osoby na niego patrzą, reszta miała to nawet nie powiem gdzie.
- Oh, a cóż to? - powiedział nagle blondyn. - Czyżby duch? Gdzie lecisz! Wracaj tu!
Najwidoczniej zaczął już grać. Prawdopodobnie. Tak przynajmniej wydawało się czarnowłosemu. Chociaż. Nawet nie. Mówił to tak obojętnym tonem, wyżartym z emocji, że trudno było się domyślić, czy gra, czy mówi jakiś normalny tekst, który mógłby mówić do listonosza, kiedy ten wkłada mu listy do skrzynki. I przez to brzmiało to dla wszystkich cholernie cool.
- Uhm…! - nagle Egbert przypomniał sobie, że też powinien coś odpowiedzieć. - Puk puk!
…i w tej chwili zabrzmiał dzwonek, przez który nasz Piotruś Pan wypuścił z rąk kartki papieru. W panice zaczął je zbierać.
- Dziewczynko! Czekaj! - dodał do wcześniejszej wypowiedzi, gdy tylko znalazł papier oznaczony numerem 1.
- I mam cię! - w tej chwili trzeba sobie wyobrazić jak Wendy łapie cień, czego akurat w żaden sposób nie przedstawił Dave.
- M-masz go! - odpowiedział czarnowłosy zgodnie z tekstem.
- A ty to kto? Twoje to, to, to?
- A-a no moje! Jestem Pan! Piotruś Pan!
- Jaki Pan?
- Piotruś! - jak można było się domyślić, obecność blondyna, który wcielił się w rolę Wendy działała bardzo… Uspokajająco na nerwy Egberta. - Oddasz mi mój cień?
- To cień?
- No a nie widzisz! Ostatnio często ode mnie ucieka!
Hussie przerwał ów próbę, ponownie klaszcząc w dłonie. Usiadł na krześle w pierwszym rzędzie, założył nogę na nogę i uważnie przyjrzał się owej dwójce. Po sali przeszły szmery rozmów. Niektóre wyrażały troszkę nieprzychylne komentarze na temat owego „występu”, ale co się przejmować. To dopiero pierwsza próba, później będzie lepiej…
- Czyż nie? - …panie Andrew, proszę nie dokańczać retorycznych kwestii narratora. Ów pan odchrząknął. - Czyż nie wyszło wam to świetnie?! Wręcz wspaniale! Oczywiście, kilka rzeczy trzeba dopracować, ale to nic… - machnął ręką, śmiejąc się, a wręcz chichocząc jak paryska dziewoja. - Zagrajcie to jeszcze raz – i klasnął w dłonie.
- Pssst… - w słuchawkach Aradii na nowo odezwał się głos jej przyjaciółki. - Możesz ustawić telefon tak bym widziała jak grają?
Drugi raz nie trzeba było się pytać. Dziewczyna oparła telefon o swoją nogę, tak by kamera była ustawiona wprost na aktorską parkę. Sama nie była zbytnio pochłonięta ich występem, bardziej skupiła się na dekoracjach.
- Bu!
...i Megido podskoczyła, a jej telefon zsunął się z owego miejsca, z powodu braku podpory. Rozmówczyni widziała już tylko sufit salki.
- Haha, aleś się wystraszyła – znajomy głos pewnej Mega Bitch. I nie, narrator nie ma tu na myśli Audrey z HuniePop.
Aradia przemilczała ów śmiech, by poprawić umieszczenie telefonu.
- No dobra, a teraz się nie gniewaj. Mów co mam robić – okularnica usiadła sobie obok niej, jednocześnie bez żadnych skrupułów zerkając na plany wszystkich dekoracji. - W czym pomóc. Cokolwiek! - jej entuzjazm wydawał się, aż nazbyt podejrzany, jednak bordowowłosa postanowiła to zignorować.
- Powycinaj z tego motyle – podała jej nożyczki, wraz z tekturą na której były już narysowane różnorodnego kształtu owady. Serket przytaknęła z uśmiechem, zabierając się do swojej części pracy.
- Jak te pacany skończą grać, to będzie moja część prób, więc cię z tym zostawię, okej? - zapytała zaraz, gdy tylko ostrza nożyczek przecięły skrawek makulatury.
Megido przytaknęła, dając znać, że zrozumiała.
- I się rozchmurz!
Gdy jednak owa dziewczyna tego nie zrobiła, Vriska dźgnęła ją lekko łokciem w bok. Przyjaźnie, jakby znały się od dziecka.
Coś tu jest nie tak…
Podparł się na otępiałych z bólu rękach, by jednak zaraz usiąść wyprostowany. Zbyt dawały znać o swoim cierpieniu, by mógł się na nich teraz podpierać. Spojrzał po sobie skołowany, dosłownie ledwo przytomny. Zamiast jego zwykłej koszulki, wisiała na nim jakaś fioletowa, z nadrukiem waty cukrowej i na krótki rękaw, przez co odsłaniała całkowicie jego ręce, które… aż po łokcie były owinięte bandażami. Złapał za materiał swojej bluzki, by niepewnie ją powąchać. Znajomy zapach nie-do-końca mieszanki francuskich perfum, czyt. Faygo i pewna bliska mu osoba.
Rozejrzał się teraz po pokoju. Znajdował się na łóżku. Sam. Było mu cholernie zimno, a jego samopoczucie i zdrowie schodziło do temperatury mocno poniżej zera. Przydałoby się gorące kakao na rozgrzanie wewnętrznej, przybitej atmosfery. Zalatywało tam doprawdy grobową chęcią na życie.
Wtem, jak na zawołanie, drzwi się otworzyły. Wchodzący, najwidoczniej ręce miał zajęte, bo wchodził tyłem, a następnie, odwracając się, zatrzasną przejście za pomocą nogi. W dłoniach trzymał tacę, na której znajdowało się gorące i świeże śniadanie – kubek kakaa oraz gofry z dżemem i cukrem pudrem. Przynosząca, wysoka osoba, w pierwszym wrażeniu wydała się dla Karkata pokojówką. Kręcone włosy miała spięte w kucyk - chociaż niewiele on dawał, bo pojedyncze kosmyki i tak żyły własnym życiem - a dodatkowo nosiła ona uroczy, różowy fartuszek.
Dopiero po chwili Vantas zorientował się, że to Gamzee. Wina braku makijażu, czy tego, że ma na sobie ten, a nie inny, fartuszek?
- Jak się spało bro? - zapytał, siadając na krawędzi łóżka, a tacę z jedzeniem kładąc ostrożnie obok swojego przyjaciela. Karkat patrzył na niego tylko niezrozumiałym wzrokiem, dwojąc się i trojąc, by przypomnieć sobie skąd jego klauni przyjaciel ma ten fartuszek.
Tak, aktualnie tylko to go interesowało.
- Bro? - Makara delikatnie ujął podbródek czarnowłosego, chcąc by wzrok tych czerwonych oczek spoczął na jego twarzy.
- U-ugh… - dopiero teraz Vantas przypomniał sobie wczorajszy wieczór. - Źle – mruknął, odsuwając głowę.
- Zjedz coś słodkiego, poczujesz się lepiej – odparł klaun z uśmiechem. Widząc jednak, że Karkat nie ma ochoty na samodzielne jedzenie, wziął widelec i nabił na niego kawałek gofra, po czym podsunął go pod jego blade usta. - Powiedz am.
Znowu niezrozumiałe spojrzenie czerwonych oczu, a zarazem niepewne uchylenie warg.
- Honk! - radość, bo niejadek zjadł obiadek. To znaczy śniadanie.
- Skąd wytrzasnąłeś gofry? - dopytał się niejadek, żujący w swych ustach słodki obiadek. To znaczy śniadanie.
- John pożyczył mi przepis swojej babci, a Tavros pomógł mi je zrobić – odrzekł, podsuwając chłopakowi kolejny kawałek pysznych gofrów. Kolejne am.
- Okej… - przełknął, a po sekundzie następny kawałek został wsunięty do jego ust. - Która
godzina? - zapytał, jeszcze z pełną buzią, a tym samym, odruchowo wzrokiem powędrował w stronę zegarka przy łóżkach. - Jedenasta…? - chwila na złączenie wątków. - A LEKCJE?! - gdyby nie Gamz, Vantas prawdopodobnie wyskoczył by spod kołdry i jeszcze padł na podłogę.
- Shoosh… - ostrożnie go powstrzymując przed natychmiastowym wyleceniem poza bezpieczny obręb łóżka, zaczął delikatnie głaskać tą jego czarnowłosą, gorącą główkę. - Powiedziałem Aradii, że źle się czujesz.
- I co to da?! - gdyby tylko Karkat miał w tej chwili więcej energii, dałby radę uciec.
- Usprawiedliwi.
- A co z tobą?! Idź na lekcje!
Klaun pokręcił przecząco głową.
- Ja się tobą dziś zajmuję bro – przytulił tego rozchwianego emocjonalnie nastolatka, który naprawdę w tej chwili potrzebował przyjaciela. Przez moment ten jeszcze się rzucał i wiercił, ale, jak zawsze, dał za wygraną. Potrzebował go jak prawie nigdy…
- Nie ma dziś żadnej ważnej lekcji, nie…?
- Nie bro, spokojnie.
Temperatura samopoczucia trochę się podniosła.
Karkat odsunął się od swojego klauna, wzdychając. Przeczesał palcami rozczochrane włosy, gapiąc się jeszcze smętnie w ścianę. Po chwili poczuł jak kciuk Gamza przejechał po jego ustach. Zwrócił na nowo wzrok ku niemu. Najwidoczniej miał na wargach trochę dżemu, który w tym momencie Makara zlizywał ze swojego palca. Vantas wziął w swoje rączki gorący kubek z kakałkiem.
- Dzięki… - powiedział cicho, nawet trochę za bardzo, ale nie uszło to uwadze jego przyjaciela.
- Dla ciebie wszystko Karkuś - odparł z szerokim uśmiechem.
Kto by się w tym momencie nie rozpłynął od nadmiaru cukru?
Karkat delektował się ciepłym napojem i dziękował światu, że ma takiego przyjaciela. Chociaż… To co mówił w nocy… Sam do siebie… Był nadal tego pewny. Czuł się nadal samolubnie, ponieważ chciał trzymać go przy sobie. Rękami i nogami by się zaparł, byleby tylko nie odszedł. To niezdrowe. Niemądre. Tak nie powinno być!
- Gamz… - odezwał się, podczas gdy wzrok jego, nagle pustych oczu, spoczywał na jasnobrązowej cieczy.
- Hm?
- Ch-chce ci powiedzieć… ż-że… jak tylko będziesz… jak tylko będziesz chciał odejść i zająć się w końcu sobą to ja cię nie zatrzymam. I-i tak jestem dla ciebie dużym ciężarem… n-nie musiałeś--
Ręka klauna spoczęła na ustach czarnowłosego. Palec jego drugiej dłoni przyłożył do swoich ust chcąc mu pokazać by zachował ciszę. Po czym przesunął pierwszą na tą jego nieułożoną czuprynę, jeszcze bardziej ją czochrając.
~*~
- Gdzie jesteś?
- W pociągu! Szkoda, że nie widzisz tych widoków!
- Jakbyś obróciła kamerę to bym zobaczyła – odparła z przekąsem Aradia.
- Oh… Fakt, hehe! - przy tym śmiechu, na ekranie telefonu bordowowłosej ukazał się piękny górski widok, dający wrażenie jakby płynął, z powodu poruszającej się maszyny.
- Nie wiem czy wszystko widzisz, ale proszę bardzo!
- Zazdroszczę ci, że mogłaś przedłużyć swoje ferie.
Dziewczyna właśnie pracowała nad dekoracjami do przedstawienia. Rozrysowywała plan ich ustawienia oraz co jak mniej więcej miałoby wyglądać.
- Aj tam, nie ma co zazdrościć, hehe! - kamera w telefonie z powrotem przeniosła się na twarz rozpromienionej rozmówczyni. - Jak tylko będę na miejscu zabiorę się za moją część dekoracji!
- Prawdopodobnie padniesz ze zmęczenia… - westchnęła Megido, po czym zaczęła wycinać różnorakie elementy z tektury.
- W sumie… Możliwe, w takim razie pomogę ci jutro!
Przy tym Aradia przytaknęła z uśmiechem.
- Gdzie nasza Wendy?! - po scenie nagle rozniósł się rozjuszony głos pana Hussiego.
Dziewczyna udała, że nie słyszy tego pytania z powodu wsuniętych do uszu słuchawek. Była w końcu zbyt zajęta rozmową z przyjaciółką.
- To ten scenarzysta? - zapytała, a ta znów poruszyła głową na „tak”.
- Rozchorowała się, p-proszę pana – odpowiedział mu nieco zmieszany głos Egberta, który prawdopodobnie wolałby być gdzie indziej niż tu.
- Jak to?! Dubler!
- J-jej też nie ma… - odparł ponownie John, drapiąc się nerwowo po karku.
- Świetnie! - sarkastyczne wykrzyknięcie jednego słowa, a potem przejechanie uważnym wzrokiem po sali. - Ty! - palec wskazany na ukochanego idola połowy pierwszoklasistek. - Zastąpisz ją!
Cisza ogarnęła na moment wszystkich członków zajmujących się poszczególnymi częściami spektaklu. Jedynie Aradia nuciła pod nosem piosenkę Heathens, nie zwracając uwagi na resztę osobników dookoła. W końcu siedziała w kącie sceny, wpatrzona w swój plan oraz tekturę, no i telefon gdzie poruszała się twarz jej czerwono-okularnikowej przyjaciółki.
- Spoko – odparł Strider, wskakując jednym zgrabnym ruchem na scenę. Poprawił jeszcze włosy, przy czym w tle można było usłyszeć magiczne „achh” jego fanek. W ogóle, one nie powinny być na lekcjach?…
Pan H. wręczył mu kopię tekstu, zszedł ze sceny i klasnął w dłonie. Miało to oznaczać start dla ich cudownego zagrania pierwszej sceny całego przedstawienia. W sumie próby zagrania, bo i John i Dave posiadali kartki z tekstem. Ten pierwszy stał na drżących nogach, panikując, że prawie dwie osoby na niego patrzą, reszta miała to nawet nie powiem gdzie.
- Oh, a cóż to? - powiedział nagle blondyn. - Czyżby duch? Gdzie lecisz! Wracaj tu!
Najwidoczniej zaczął już grać. Prawdopodobnie. Tak przynajmniej wydawało się czarnowłosemu. Chociaż. Nawet nie. Mówił to tak obojętnym tonem, wyżartym z emocji, że trudno było się domyślić, czy gra, czy mówi jakiś normalny tekst, który mógłby mówić do listonosza, kiedy ten wkłada mu listy do skrzynki. I przez to brzmiało to dla wszystkich cholernie cool.
- Uhm…! - nagle Egbert przypomniał sobie, że też powinien coś odpowiedzieć. - Puk puk!
…i w tej chwili zabrzmiał dzwonek, przez który nasz Piotruś Pan wypuścił z rąk kartki papieru. W panice zaczął je zbierać.
- Dziewczynko! Czekaj! - dodał do wcześniejszej wypowiedzi, gdy tylko znalazł papier oznaczony numerem 1.
- I mam cię! - w tej chwili trzeba sobie wyobrazić jak Wendy łapie cień, czego akurat w żaden sposób nie przedstawił Dave.
- M-masz go! - odpowiedział czarnowłosy zgodnie z tekstem.
- A ty to kto? Twoje to, to, to?
- A-a no moje! Jestem Pan! Piotruś Pan!
- Jaki Pan?
- Piotruś! - jak można było się domyślić, obecność blondyna, który wcielił się w rolę Wendy działała bardzo… Uspokajająco na nerwy Egberta. - Oddasz mi mój cień?
- To cień?
- No a nie widzisz! Ostatnio często ode mnie ucieka!
Hussie przerwał ów próbę, ponownie klaszcząc w dłonie. Usiadł na krześle w pierwszym rzędzie, założył nogę na nogę i uważnie przyjrzał się owej dwójce. Po sali przeszły szmery rozmów. Niektóre wyrażały troszkę nieprzychylne komentarze na temat owego „występu”, ale co się przejmować. To dopiero pierwsza próba, później będzie lepiej…
- Czyż nie? - …panie Andrew, proszę nie dokańczać retorycznych kwestii narratora. Ów pan odchrząknął. - Czyż nie wyszło wam to świetnie?! Wręcz wspaniale! Oczywiście, kilka rzeczy trzeba dopracować, ale to nic… - machnął ręką, śmiejąc się, a wręcz chichocząc jak paryska dziewoja. - Zagrajcie to jeszcze raz – i klasnął w dłonie.
- Pssst… - w słuchawkach Aradii na nowo odezwał się głos jej przyjaciółki. - Możesz ustawić telefon tak bym widziała jak grają?
Drugi raz nie trzeba było się pytać. Dziewczyna oparła telefon o swoją nogę, tak by kamera była ustawiona wprost na aktorską parkę. Sama nie była zbytnio pochłonięta ich występem, bardziej skupiła się na dekoracjach.
- Bu!
...i Megido podskoczyła, a jej telefon zsunął się z owego miejsca, z powodu braku podpory. Rozmówczyni widziała już tylko sufit salki.
- Haha, aleś się wystraszyła – znajomy głos pewnej Mega Bitch. I nie, narrator nie ma tu na myśli Audrey z HuniePop.
Aradia przemilczała ów śmiech, by poprawić umieszczenie telefonu.
- No dobra, a teraz się nie gniewaj. Mów co mam robić – okularnica usiadła sobie obok niej, jednocześnie bez żadnych skrupułów zerkając na plany wszystkich dekoracji. - W czym pomóc. Cokolwiek! - jej entuzjazm wydawał się, aż nazbyt podejrzany, jednak bordowowłosa postanowiła to zignorować.
- Powycinaj z tego motyle – podała jej nożyczki, wraz z tekturą na której były już narysowane różnorodnego kształtu owady. Serket przytaknęła z uśmiechem, zabierając się do swojej części pracy.
- Jak te pacany skończą grać, to będzie moja część prób, więc cię z tym zostawię, okej? - zapytała zaraz, gdy tylko ostrza nożyczek przecięły skrawek makulatury.
Megido przytaknęła, dając znać, że zrozumiała.
- I się rozchmurz!
Gdy jednak owa dziewczyna tego nie zrobiła, Vriska dźgnęła ją lekko łokciem w bok. Przyjaźnie, jakby znały się od dziecka.
Coś tu jest nie tak…
