Karkat jeszcze nigdy tak szybko nie biegł, chociaż to było zaledwie kilka metrów, stopni schodów oraz wymijanych ludzi. Ojciec go podwiózł pod szpital, Sollux za pomocą telefonu poprowadził go do odpowiedniego miejsca, gdzie był i on. Obaj zdyszani, a zarazem zmartwieni prawie na śmierć.
- GDZIE ONI SĄ?! CO SIĘ STAŁO?! - to pierwsze co padło z ust Vantasa, gdy tylko znalazł się przy przyjacielu.
Captor stał jak słup soli, patrząc przed siebie. Nie docierało do niego za dużo rzeczy.
- A-ara…
Karkat złapał go za ramiona i nim potrząsnął.
- Wiem, ja też się kurwa martwię… Tylko powiedz… Co się stało? Gdzie są? Wszystko z nimi w porządku?
Sollux westchnął, zdejmując okulary. Wskazał po chwili na najbliższe drzwi.
- Tam leży Aradia… Gamzee… Tam – tu wskazał za siebie. - Nie wiem czy możesz tam wejść… Oboje… Śpią… - powiedział to z taką gulą w gardle oraz bólem, że czerwonooki już pomyślał o tym, o czym nie chciał myśleć całą drogę.
- J-jak…
- Lekarz mówił, że ich… Jego… - poprawił się, przygryzając wargę. Do jego oczu napłynęły łzy. - Gamzee’ego jest stabilny…
Sollux nie wytrzymał. Nerwy mu puściły. Strumień słonej wody ulał się po jego policzkach. Ukrył twarz w dłoniach, opierając się o ścianę, by po chwili zjechać w dół. Siedział teraz na zimnej, szpitalnej podłodze, płacząc. Nie potrafiąc się za nic w świecie opanować. Zagryzał tak mocno wargę, że po krótkiej chwili uleciała mu strużka krwi.
Karkat się przestraszył. Zmartwił bardziej. Nigdy nie widział, by jego przyjaciel płakał. Dosłownie nigdy.
- S-soll… - uklęknął przy nim. - Co z Arą? Musisz mi… Musisz mi powiedzieć co się stało…
- Ja… Ja wiem co się stało… -Vantas usłyszał za sobą kolejny zmartwiony głos. Odruchowo się odwrócił, widząc jak podjeżdża do nich Tavros i podaje Captorowi opakowanie chusteczek. - B-byłem przy tym… - sam zaczął teraz pociągać nosem.
- Co się stało? - Karkat ponowił pytanie, wewnętrznie trzęsąc się z przejęcia oraz napływającego ogromnymi falami zmartwienia. Był pewny, że jeszcze dłuższa chwila tej niewiedzy i zaraz dołączy do swojego przyjaciela, płacząc z nim na zimnej posadzce.
- Aradia i Gamzee… Oni chcieli mnie tylko odprowadzić… To moja wina… - głos Tavrosa był pusty, dziwnie bez uczuć czy czegokolwiek, jedynie jego zaczerwienione oczy zdradzały, że sam niedawno wypłakał z siebie całe zmartwienie i, prawdopodobnie nie miał teraz siły na przetrzymywanie większej ilości emocji.
- To na pewno nie jest twoja wina – powiedział śmiertelnie poważnie czarnowłosy. - Dam sobie głowę uciąć, że nie miałeś nic do czynienia z niczym. Po prostu mi teraz powiedz co się stało dokładnie…
- G-gamzee… On chciał tylko przejść przez ulicę… N-nie patrzył… A-a Aradia tak… - widać było jak pustkę powoli na nowo zapełniają bolesne uczucia, które tylko ciążyły an jego duszy. Przez jego głos przemawiało czyste poczucie winy. - P-pobiegła zaraz za nim… Odepchnęła go…
- I… I wpadła pod samochód? - Vantas dokończył, kładąc dłoń na ramieniu blondyna, który od słuchania ponownie tej historii wpadał tylko w większy amok i cierpienie. Captor wtulił głowę w jego rękę, mocząc ją przy tym własnymi łzami.
Tavros tylko przytaknął, przecierając swoje już mokre policzki.
- Gamzee… Się przewrócił… I uderzył głową o krawężnik…
Dłoń Karkata odruchowo zacisnęła się mocniej na ramieniu przyjaciela. Chcąc nie chcąc, jego ciało wyraziło to co uczucia mówiły – o wiele bardziej martwił się o Gamzee’ego, niż o Aradię.
- A-ale ich stan jest stabilny, tak? - dopytał, spoglądając na oboje przyjaciół. Teraz obaj milczeli.
Nitramowi udało się powstrzymać kolejne fale łez, dla Solluxa jednak był to pierwszy atak płaczu, od dłuższego czasu. Wszystkie emocje musiały z niego ulecieć, a było ich wiele. Zbyt wiele, jak na takie chuderlawe ciało, szczególnie w tym momencie, gdy życie jego ukochanej prawie wisiało na włosku. Mimo bycia niewierzącym jego dusza, aż krzyczała modlitwy, błagając o to by było z nią dobrze. Jeśli coś tam gdziekolwiek było, Sollux nie potrzebował tego nigdy wcześniej, tak bardzo, jak teraz.
- Przepraszam – wtrącił się w ich chwilę pewien wysoki mężczyzna ubrany w lekarski fartuch – ale stan pana Makary jest już na tyle stabilny, że możemy pozwolić na odwiedziny, jednak tylko członkom rodziny. Któryś z panów jest?
- Ja – Karkat bez zastanowienia się odezwał, wstając wraz z Solluxem, który starał się opanować, bo czuł, że zaraz zapadnie się pod ziemię za ten nagły wybuch niekontrolowanych emocji.
- A kim pan jest dla pana Makary? Bratem?
- Chłopakiem.
Zmieszanie na twarzy lekarza było, aż zbyt widoczne. Chciał się odezwać po raz kolejny, prawdopodobnie mówiąc, że niestety, ale nie o to mu chodziło, jednak Vantas natychmiast mu przerwał:
- Jestem jego JEDYNĄ bliską osobą. Ojciec nie żyje, a brat siedzi w miejscu dla popaprańców, więc do łaski swojej, niech mi pan pozwoli się z nim zobaczyć – jego głos, mimo zdenerwowania, nie był tak donośny jak zawsze. Wiedział, że jeśli się nie powstrzyma przed krzyczeniem, mogą go raz dwa stąd wyprowadzić, a wtedy nici z widzenia się z Gamzem już na o wiele dłuższy czas.
Doktor westchnął, mając już nie pierwszy raz do czynienia z zakochanymi parami i jak zawsze, w podobnej sytuacji, przytaknął, pozwalając mu tym samym zobaczyć się z Makarą. Wyminął trójkę przyjaciół, podszedł do drzwi po przeciwnej stronie, następnie je otwierając.
- Ale tylko pan. Reszta niech tu zostanie – dodał, widząc jak również Tavros oraz Sollux mają ochotę wejść za Karkatem do środka.
- A jak z Aradią? - zapytał zaraz jeszcze Captor, poprawiając swoje okulary, które miały zasłonić to, jak bardzo zaczerwienione były jego oczy od płaczu.
- Z panią Megido… - lekarz wydał z siebie ponowne westchnięcie, jednak wybrzmiewał w nim dźwięk przykrości oraz smutku. - Kim pan dla niej jest?
- N-narzeczonym? - odrzekł cicho Sollux, nie będąc pewnym która odpowiedź doprowadziłaby go do potrzebnej wiedzy.
- Przykro mi, jednak… - doktor szukał odpowiednich słów. - Informacji o niej możemy użyczyć tylko biologicznym członkom rodziny. To zupełnie inny przypadek, niż pan Makara. Nasz personel skontaktował się już jej matką, jej wszystko powiemy. Jeśli zezwoli ona panu na wiedzę, wtedy również i pan się dowie.
To Solluxa dobiło całkowicie. Jej stan nadal nie był stabilny, a może nawet gorszy, że aż nie pozwalają mu jej zobaczyć. Tavros pogłaskał go delikatnie i pocieszająco po ramieniu, nie wiedząc jak inaczej mógłby dodać mu otuchy. Karkat sam ledwo mógł cokolwiek powiedzieć, po tym co usłyszał. Wiedząc, że Gamzee’emu jest lepiej, mógł teraz na spokojnie poczuć narastające zmartwienie dotyczące Aradii i swojego przyjaciela. Zdecydował się na krok, którego prawdopodobnie nigdy więcej nie zrobi – przytulił mocno Captora, na co ten zareagował tak, jakby ukłuł go kaktus, prawie odskoczył.
- Wszystko… - Vantas miał już gulę w gardle. - Wszystko będzie z nią dobrze.
Sollux nie wiedział nawet, ale właśnie tego, chociaż w minimalnym stopniu potrzebował. Pociągnął już ostatni raz nosem, grzecznie następnie przytakując.
- T-tak… Będzie…
- Aradia jest silna – dodał Tavros, uśmiechając się pokrzepiająco w jego stronę.
- Wiem, że jest, pobiła mnie w siłowaniu się na rękę – Captorowi, na to wspomnienie uniosły się lekko kąciki ust. - D-dobra, idź do niego… - dodał, odsuwając od siebie Karkata.
Czarnowłosy wziął głęboki wdech, po czym skierował się ku otwartym od kilku minut drzwiom. Serce chciało mu wyskoczyć z klatki piersiowej, jak tylko przekraczał próg.
- GDZIE ONI SĄ?! CO SIĘ STAŁO?! - to pierwsze co padło z ust Vantasa, gdy tylko znalazł się przy przyjacielu.
Captor stał jak słup soli, patrząc przed siebie. Nie docierało do niego za dużo rzeczy.
- A-ara…
Karkat złapał go za ramiona i nim potrząsnął.
- Wiem, ja też się kurwa martwię… Tylko powiedz… Co się stało? Gdzie są? Wszystko z nimi w porządku?
Sollux westchnął, zdejmując okulary. Wskazał po chwili na najbliższe drzwi.
- Tam leży Aradia… Gamzee… Tam – tu wskazał za siebie. - Nie wiem czy możesz tam wejść… Oboje… Śpią… - powiedział to z taką gulą w gardle oraz bólem, że czerwonooki już pomyślał o tym, o czym nie chciał myśleć całą drogę.
- J-jak…
- Lekarz mówił, że ich… Jego… - poprawił się, przygryzając wargę. Do jego oczu napłynęły łzy. - Gamzee’ego jest stabilny…
Sollux nie wytrzymał. Nerwy mu puściły. Strumień słonej wody ulał się po jego policzkach. Ukrył twarz w dłoniach, opierając się o ścianę, by po chwili zjechać w dół. Siedział teraz na zimnej, szpitalnej podłodze, płacząc. Nie potrafiąc się za nic w świecie opanować. Zagryzał tak mocno wargę, że po krótkiej chwili uleciała mu strużka krwi.
Karkat się przestraszył. Zmartwił bardziej. Nigdy nie widział, by jego przyjaciel płakał. Dosłownie nigdy.
- S-soll… - uklęknął przy nim. - Co z Arą? Musisz mi… Musisz mi powiedzieć co się stało…
- Ja… Ja wiem co się stało… -Vantas usłyszał za sobą kolejny zmartwiony głos. Odruchowo się odwrócił, widząc jak podjeżdża do nich Tavros i podaje Captorowi opakowanie chusteczek. - B-byłem przy tym… - sam zaczął teraz pociągać nosem.
- Co się stało? - Karkat ponowił pytanie, wewnętrznie trzęsąc się z przejęcia oraz napływającego ogromnymi falami zmartwienia. Był pewny, że jeszcze dłuższa chwila tej niewiedzy i zaraz dołączy do swojego przyjaciela, płacząc z nim na zimnej posadzce.
- Aradia i Gamzee… Oni chcieli mnie tylko odprowadzić… To moja wina… - głos Tavrosa był pusty, dziwnie bez uczuć czy czegokolwiek, jedynie jego zaczerwienione oczy zdradzały, że sam niedawno wypłakał z siebie całe zmartwienie i, prawdopodobnie nie miał teraz siły na przetrzymywanie większej ilości emocji.
- To na pewno nie jest twoja wina – powiedział śmiertelnie poważnie czarnowłosy. - Dam sobie głowę uciąć, że nie miałeś nic do czynienia z niczym. Po prostu mi teraz powiedz co się stało dokładnie…
- G-gamzee… On chciał tylko przejść przez ulicę… N-nie patrzył… A-a Aradia tak… - widać było jak pustkę powoli na nowo zapełniają bolesne uczucia, które tylko ciążyły an jego duszy. Przez jego głos przemawiało czyste poczucie winy. - P-pobiegła zaraz za nim… Odepchnęła go…
- I… I wpadła pod samochód? - Vantas dokończył, kładąc dłoń na ramieniu blondyna, który od słuchania ponownie tej historii wpadał tylko w większy amok i cierpienie. Captor wtulił głowę w jego rękę, mocząc ją przy tym własnymi łzami.
Tavros tylko przytaknął, przecierając swoje już mokre policzki.
- Gamzee… Się przewrócił… I uderzył głową o krawężnik…
Dłoń Karkata odruchowo zacisnęła się mocniej na ramieniu przyjaciela. Chcąc nie chcąc, jego ciało wyraziło to co uczucia mówiły – o wiele bardziej martwił się o Gamzee’ego, niż o Aradię.
- A-ale ich stan jest stabilny, tak? - dopytał, spoglądając na oboje przyjaciół. Teraz obaj milczeli.
Nitramowi udało się powstrzymać kolejne fale łez, dla Solluxa jednak był to pierwszy atak płaczu, od dłuższego czasu. Wszystkie emocje musiały z niego ulecieć, a było ich wiele. Zbyt wiele, jak na takie chuderlawe ciało, szczególnie w tym momencie, gdy życie jego ukochanej prawie wisiało na włosku. Mimo bycia niewierzącym jego dusza, aż krzyczała modlitwy, błagając o to by było z nią dobrze. Jeśli coś tam gdziekolwiek było, Sollux nie potrzebował tego nigdy wcześniej, tak bardzo, jak teraz.
- Przepraszam – wtrącił się w ich chwilę pewien wysoki mężczyzna ubrany w lekarski fartuch – ale stan pana Makary jest już na tyle stabilny, że możemy pozwolić na odwiedziny, jednak tylko członkom rodziny. Któryś z panów jest?
- Ja – Karkat bez zastanowienia się odezwał, wstając wraz z Solluxem, który starał się opanować, bo czuł, że zaraz zapadnie się pod ziemię za ten nagły wybuch niekontrolowanych emocji.
- A kim pan jest dla pana Makary? Bratem?
- Chłopakiem.
Zmieszanie na twarzy lekarza było, aż zbyt widoczne. Chciał się odezwać po raz kolejny, prawdopodobnie mówiąc, że niestety, ale nie o to mu chodziło, jednak Vantas natychmiast mu przerwał:
- Jestem jego JEDYNĄ bliską osobą. Ojciec nie żyje, a brat siedzi w miejscu dla popaprańców, więc do łaski swojej, niech mi pan pozwoli się z nim zobaczyć – jego głos, mimo zdenerwowania, nie był tak donośny jak zawsze. Wiedział, że jeśli się nie powstrzyma przed krzyczeniem, mogą go raz dwa stąd wyprowadzić, a wtedy nici z widzenia się z Gamzem już na o wiele dłuższy czas.
Doktor westchnął, mając już nie pierwszy raz do czynienia z zakochanymi parami i jak zawsze, w podobnej sytuacji, przytaknął, pozwalając mu tym samym zobaczyć się z Makarą. Wyminął trójkę przyjaciół, podszedł do drzwi po przeciwnej stronie, następnie je otwierając.
- Ale tylko pan. Reszta niech tu zostanie – dodał, widząc jak również Tavros oraz Sollux mają ochotę wejść za Karkatem do środka.
- A jak z Aradią? - zapytał zaraz jeszcze Captor, poprawiając swoje okulary, które miały zasłonić to, jak bardzo zaczerwienione były jego oczy od płaczu.
- Z panią Megido… - lekarz wydał z siebie ponowne westchnięcie, jednak wybrzmiewał w nim dźwięk przykrości oraz smutku. - Kim pan dla niej jest?
- N-narzeczonym? - odrzekł cicho Sollux, nie będąc pewnym która odpowiedź doprowadziłaby go do potrzebnej wiedzy.
- Przykro mi, jednak… - doktor szukał odpowiednich słów. - Informacji o niej możemy użyczyć tylko biologicznym członkom rodziny. To zupełnie inny przypadek, niż pan Makara. Nasz personel skontaktował się już jej matką, jej wszystko powiemy. Jeśli zezwoli ona panu na wiedzę, wtedy również i pan się dowie.
To Solluxa dobiło całkowicie. Jej stan nadal nie był stabilny, a może nawet gorszy, że aż nie pozwalają mu jej zobaczyć. Tavros pogłaskał go delikatnie i pocieszająco po ramieniu, nie wiedząc jak inaczej mógłby dodać mu otuchy. Karkat sam ledwo mógł cokolwiek powiedzieć, po tym co usłyszał. Wiedząc, że Gamzee’emu jest lepiej, mógł teraz na spokojnie poczuć narastające zmartwienie dotyczące Aradii i swojego przyjaciela. Zdecydował się na krok, którego prawdopodobnie nigdy więcej nie zrobi – przytulił mocno Captora, na co ten zareagował tak, jakby ukłuł go kaktus, prawie odskoczył.
- Wszystko… - Vantas miał już gulę w gardle. - Wszystko będzie z nią dobrze.
Sollux nie wiedział nawet, ale właśnie tego, chociaż w minimalnym stopniu potrzebował. Pociągnął już ostatni raz nosem, grzecznie następnie przytakując.
- T-tak… Będzie…
- Aradia jest silna – dodał Tavros, uśmiechając się pokrzepiająco w jego stronę.
- Wiem, że jest, pobiła mnie w siłowaniu się na rękę – Captorowi, na to wspomnienie uniosły się lekko kąciki ust. - D-dobra, idź do niego… - dodał, odsuwając od siebie Karkata.
Czarnowłosy wziął głęboki wdech, po czym skierował się ku otwartym od kilku minut drzwiom. Serce chciało mu wyskoczyć z klatki piersiowej, jak tylko przekraczał próg.




