niedziela, 15 października 2017

Chapter X: I’m FiNeEeE!

Karkat jeszcze nigdy tak szybko nie biegł, chociaż to było zaledwie kilka metrów, stopni schodów oraz wymijanych ludzi. Ojciec go podwiózł pod szpital, Sollux za pomocą telefonu poprowadził go do odpowiedniego miejsca, gdzie był i on. Obaj zdyszani, a zarazem zmartwieni prawie na śmierć.
- GDZIE ONI SĄ?! CO SIĘ STAŁO?! - to pierwsze co padło z ust Vantasa, gdy tylko znalazł się przy przyjacielu.
Captor stał jak słup soli, patrząc przed siebie. Nie docierało do niego za dużo rzeczy.
- A-ara…
Karkat złapał go za ramiona i nim potrząsnął.
- Wiem, ja też się kurwa martwię… Tylko powiedz… Co się stało? Gdzie są? Wszystko z nimi w porządku?
Sollux westchnął, zdejmując okulary. Wskazał po chwili na najbliższe drzwi.
- Tam leży Aradia… Gamzee… Tam – tu wskazał za siebie. - Nie wiem czy możesz tam wejść… Oboje… Śpią… - powiedział to z taką gulą w gardle oraz bólem, że czerwonooki już pomyślał o tym, o czym nie chciał myśleć całą drogę.
- J-jak…
- Lekarz mówił, że ich… Jego… - poprawił się, przygryzając wargę. Do jego oczu napłynęły łzy. - Gamzee’ego jest stabilny…
Sollux nie wytrzymał. Nerwy mu puściły. Strumień słonej wody ulał się po jego policzkach. Ukrył twarz w dłoniach, opierając się o ścianę, by po chwili zjechać w dół. Siedział teraz na zimnej, szpitalnej podłodze, płacząc. Nie potrafiąc się za nic w świecie opanować. Zagryzał tak mocno wargę, że po krótkiej chwili uleciała mu strużka krwi.
Karkat się przestraszył. Zmartwił bardziej. Nigdy nie widział, by jego przyjaciel płakał. Dosłownie nigdy.
- S-soll… - uklęknął przy nim. - Co z Arą? Musisz mi… Musisz mi powiedzieć co się stało…
- Ja… Ja wiem co się stało… -Vantas usłyszał za sobą kolejny zmartwiony głos. Odruchowo się odwrócił, widząc jak podjeżdża do nich Tavros i podaje Captorowi opakowanie chusteczek. - B-byłem przy tym… - sam zaczął teraz pociągać nosem.
- Co się stało? - Karkat ponowił pytanie, wewnętrznie trzęsąc się z przejęcia oraz napływającego ogromnymi falami zmartwienia. Był pewny, że jeszcze dłuższa chwila tej niewiedzy i zaraz dołączy do swojego przyjaciela, płacząc z nim na zimnej posadzce.
- Aradia i Gamzee… Oni chcieli mnie tylko odprowadzić… To moja wina… - głos Tavrosa był pusty, dziwnie bez uczuć czy czegokolwiek, jedynie jego zaczerwienione oczy zdradzały, że sam niedawno wypłakał z siebie całe zmartwienie i, prawdopodobnie nie miał teraz siły na przetrzymywanie większej ilości emocji.
- To na pewno nie jest twoja wina – powiedział śmiertelnie poważnie czarnowłosy. - Dam sobie głowę uciąć, że nie miałeś nic do czynienia z niczym. Po prostu mi teraz powiedz co się stało dokładnie…
- G-gamzee… On chciał tylko przejść przez ulicę… N-nie patrzył… A-a Aradia tak… - widać było jak pustkę powoli na nowo zapełniają bolesne uczucia, które tylko ciążyły an jego duszy. Przez jego głos przemawiało czyste poczucie winy. - P-pobiegła zaraz za nim… Odepchnęła go…
- I… I wpadła pod samochód? - Vantas dokończył, kładąc dłoń na ramieniu blondyna, który od słuchania ponownie tej historii wpadał tylko w większy amok i cierpienie. Captor wtulił głowę w jego rękę, mocząc ją przy tym własnymi łzami.
Tavros tylko przytaknął, przecierając swoje już mokre policzki.
- Gamzee… Się przewrócił… I uderzył głową o krawężnik…
Dłoń Karkata odruchowo zacisnęła się mocniej na ramieniu przyjaciela. Chcąc nie chcąc, jego ciało wyraziło to co uczucia mówiły – o wiele bardziej martwił się o Gamzee’ego, niż o Aradię.
- A-ale ich stan jest stabilny, tak? - dopytał, spoglądając na oboje przyjaciół. Teraz obaj milczeli.
Nitramowi udało się powstrzymać kolejne fale łez, dla Solluxa jednak był to pierwszy atak płaczu, od dłuższego czasu. Wszystkie emocje musiały z niego ulecieć, a było ich wiele. Zbyt wiele, jak na takie chuderlawe ciało, szczególnie w tym momencie, gdy życie jego ukochanej prawie wisiało na włosku. Mimo bycia niewierzącym jego dusza, aż krzyczała modlitwy, błagając o to by było z nią dobrze. Jeśli coś tam gdziekolwiek było, Sollux nie potrzebował tego nigdy wcześniej, tak bardzo, jak teraz.
- Przepraszam – wtrącił się w ich chwilę pewien wysoki mężczyzna ubrany w lekarski fartuch – ale stan pana Makary jest już na tyle stabilny, że możemy pozwolić na odwiedziny, jednak tylko członkom rodziny. Któryś z panów jest?
- Ja – Karkat bez zastanowienia się odezwał, wstając wraz z Solluxem, który starał się opanować, bo czuł, że zaraz zapadnie się pod ziemię za ten nagły wybuch niekontrolowanych emocji.
- A kim pan jest dla pana Makary? Bratem?
- Chłopakiem.
Zmieszanie na twarzy lekarza było, aż zbyt widoczne. Chciał się odezwać po raz kolejny, prawdopodobnie mówiąc, że niestety, ale nie o to mu chodziło, jednak Vantas natychmiast mu przerwał:
- Jestem jego JEDYNĄ bliską osobą. Ojciec nie żyje, a brat siedzi w miejscu dla popaprańców, więc do łaski swojej, niech mi pan pozwoli się z nim zobaczyć – jego głos, mimo zdenerwowania, nie był tak donośny jak zawsze. Wiedział, że jeśli się nie powstrzyma przed krzyczeniem, mogą go raz dwa stąd wyprowadzić, a wtedy nici z widzenia się z Gamzem już na o wiele dłuższy czas.
Doktor westchnął, mając już nie pierwszy raz do czynienia z zakochanymi parami i jak zawsze, w podobnej sytuacji, przytaknął, pozwalając mu tym samym zobaczyć się z Makarą. Wyminął trójkę przyjaciół, podszedł do drzwi po przeciwnej stronie, następnie je otwierając.
- Ale tylko pan. Reszta niech tu zostanie – dodał, widząc jak również Tavros oraz Sollux mają ochotę wejść za Karkatem do środka.
- A jak z Aradią? - zapytał zaraz jeszcze Captor, poprawiając swoje okulary, które miały zasłonić to, jak bardzo zaczerwienione były jego oczy od płaczu.
- Z panią Megido… - lekarz wydał z siebie ponowne westchnięcie, jednak wybrzmiewał w nim dźwięk przykrości oraz smutku. - Kim pan dla niej jest?
- N-narzeczonym? - odrzekł cicho Sollux, nie będąc pewnym która odpowiedź doprowadziłaby go do potrzebnej wiedzy.
- Przykro mi, jednak… - doktor szukał odpowiednich słów. - Informacji o niej możemy użyczyć tylko biologicznym członkom rodziny. To zupełnie inny przypadek, niż pan Makara. Nasz personel skontaktował się już jej matką, jej wszystko powiemy. Jeśli zezwoli ona panu na wiedzę, wtedy również i pan się dowie.
To Solluxa dobiło całkowicie. Jej stan nadal nie był stabilny, a może nawet gorszy, że aż nie pozwalają mu jej zobaczyć. Tavros pogłaskał go delikatnie i pocieszająco po ramieniu, nie wiedząc jak inaczej mógłby dodać mu otuchy. Karkat sam ledwo mógł cokolwiek powiedzieć, po tym co usłyszał. Wiedząc, że Gamzee’emu jest lepiej, mógł teraz na spokojnie poczuć narastające zmartwienie dotyczące Aradii i swojego przyjaciela. Zdecydował się na krok, którego prawdopodobnie nigdy więcej nie zrobi – przytulił mocno Captora, na co ten zareagował tak, jakby ukłuł go kaktus, prawie odskoczył.
- Wszystko… - Vantas miał już gulę w gardle. - Wszystko będzie z nią dobrze.
Sollux nie wiedział nawet, ale właśnie tego, chociaż w minimalnym stopniu potrzebował. Pociągnął już ostatni raz nosem, grzecznie następnie przytakując.
- T-tak… Będzie…
- Aradia jest silna – dodał Tavros, uśmiechając się pokrzepiająco w jego stronę.
- Wiem, że jest, pobiła mnie w siłowaniu się na rękę – Captorowi, na to wspomnienie uniosły się lekko kąciki ust. - D-dobra, idź do niego… - dodał, odsuwając od siebie Karkata.
Czarnowłosy wziął głęboki wdech, po czym skierował się ku otwartym od kilku minut drzwiom. Serce chciało mu wyskoczyć z klatki piersiowej, jak tylko przekraczał próg.


niedziela, 9 kwietnia 2017

Chapter IX: EASTER EGG WITH A SURPRISE.

Dla wszystkich uczniów uczęszczających na artystycznie rozwinięte próby pana Hussie’ego, było istną zgrozą usłyszenie o jego lekarskim zwolnieniu, z powodu zachorowania na ospę wietrzną. Musieli powracać do swoich nudnych sal, na nudne lekcje, z nudnymi nauczycielami, a dodatkowo data wystawienia owego zacnego przedstawienia musiała zostać przesunięta co okropnie przeżywała znaczna większość aktorów – czyt. Tavros i Aradia przeżywali tak mocno, że doskonale użalali się za ponad połowę grupy. Andrew powysyłał wszystkim aktorom na maila – do tej pory nikt nie wie jak się o ich mailach dowiedział, bo nie podpisywali żadnego paktu z diabłem gdzie musieli uzupełnić rubryczkę o nazwie „Twój e-mail” - szczegóły dotyczące tego jak poszczególny aktor, bądź ktoś inny, ma ćwiczyć oraz kilka pocieszających słów, iż przedstawienie odbędzie się, nawet gdyby miał umierać na przewlekłego raka z przerzutami od płuc, do serca i mózgu, a dodatkowo musieliby mu połowę tego mięsa wyciąć, przez co nawet nie byłby w stanie odpowiednio jeść papki ryżowej oraz pizzy. Tak, cóż to za wspaniały nauczyciel z idealnym podejściem do młodzieży.
Jeśli chodzi o rozwinięcie się sprawy kochanej dwójki…
Wszyscy ich przyjaciele przyjęli to z istną miłością oraz gratulacjami. Co chwilę, przez pierwszy miesiąc słyszeli „Ach jak dobrze, że w końcu jesteście razem”, albo „Wiedziałem, że do tego dojdzie”, czy nawet „ACHHHH” fanatycznych fanek Stridera, które w większości były yaoistkami i w sumie przestawiły się z prześladowania non stop blondyna, na prześladowanie ich nowego ukochanego shipu. Nie wiecie nawet jak wattpad opływał w fanfiki pisane przez owe, upośledzone, dziewczęta, które dotyczyły złamanego serca Dave’a, który aż począł grać w niebieskiego wieloryba, jednak miłość do „nowego ucznia” go ocaliła, bla bla bla… Mam małe deja vu…? No, nieważne.
Najważniejsze było to, że chłopcy byli naprawdę szczęśliwi. Nawet wizyty Gamzee’ego u psychologa stały się o wiele spokojniejsze – nic dziwnego, skoro nastał najszczęśliwszy okres w jego życiu. Terapeuta co poniedziałek musiał wysłuchiwać jak ten klaun opowiada o całym swoim tygodniu spędzonym w towarzystwie uroczej kulki nienawiści. Co chwilę „Byliśmy w kawiarni i jakaś pani wylała kawę obok naszego stolika, a Karkuś pomógł jej sprzątać”, albo „Mówiłem panu jak to Karkuś dzisiaj sprzątał nasz pokój?”, lub też „A Karkuś to tam…” i wtedy lekarz mu przerywał mówiąc, że czas się skończył, ale jemu to nie przeszkadzało, by całą drogę powrotną wracać myślami, do owych wydarzeń, a przy tym rumienić się jak wcześniej wspomniane stado piszczących yaoistek, które jak tylko zauważą ich niewinne buziaki w policzki, stają się czerwone niczym sos pomidorowy obecny na pizzy pepperoni. Aradia i Terezi robiły im nawet za bodyguardów i odganiały one wszystkie napalone fanki, a szczególnie te, które nie powstydziły się porobić kilkunastu zdjęć swoimi nowoczesnymi aparatami firmy Canon. Przypadek?
Najgorszy czas nastał, gdy przyszły święta. Happy Easter!
Pan Makara, jak i pan Vantas zostali zmuszeni do dłuższej rozłąki. Głównie ze względu na rodzinę tego drugiego, bo jak wszyscy wiedzą, ten pierwszy jej nie miał. Karkat nie był skory do przedstawiania swojego nowego obiektu westchnień ojcu, skoro wiedział jak się skwasi. W końcu jako drugi w rodzinie, zaraz po swoim bracie, okazał się gejem. Czarnowłosy wolał na spokojnie porozmawiać z ojcem, co byłoby w jego przypadku bardzo trudne, ale by się postarał. Nie chciał tego ukrywać, jednak nie chciał również by to tak od razu skoczyło na ojca, jak groźny tygrys, na niewinną antylopę. Musiał wszystko przemyśleć i odpowiednio rozplanować.

Karkat ziewnął, znudzony już gadatliwością swojego starszego brata. Miał ochotę na niego nakrzyczeć by zamknął tą niewyparzoną vlogerską mordę, jednak żołądek za bardzo ściskał mu się ze stresu, by cokolwiek powiedzieć. Zbyt przejmował się ojcem.
- No to moi drodzy – kończył swoją wypowiedź starszy z Vantasów, nagrywając krótkie pożegnanie na snapchata, swoim nowiutkim Iphonem, czy czymś takim. - Do zobaczenia po świętach i spędźcie je wesoło z rodziną, jak ja z moją – tu przysunął się znacznie do swojego braciszka, obejmując go ramieniem. - Pożegnaj się Karkat!
Czarnowłosy burknął tylko coś niewyraźnego oraz niemiłego, zakrywając swoją bladą mordkę rękami. Chciał mieć jak najmniej wspólnego z internetowym życiem Kankriego, który swoją logiką, moralnością, a także pojęciem o świecie przyciągał coraz większą liczbę fanów. Jak?!
Kankri był wyższy o ponad głowę od swojego młodszego brata. Miał prawie białe włosy, bardziej srebrzyste, u których były lekko widoczne ciemne odrosty. Jak można się domyślić – farbował, ale ostatnio nie miał zbytnio czasu, by wybrać się do fryzjera, a dodatkowo uznał, że to w sumie nie wygląda tak źle i zostawił, jak zostawił. Był on od jakiegoś czasu już dosyć zabiegany, chociaż jego jedyną stałą pracą było nagrywanie vlogów na youtube, prowadzenie bloga oraz, ewentualnie, zajmowanie się swoim leniwym chłopakiem.
- No już, nie bulwersuj się – odparł starszy, chowając przenośne urządzenie, do swojej brązowej, męskiej, torby i zwracając wzrok w stronę czarnowłosego. - Złość piękności szkodzi.
Karkat znów coś burknął.
- Rozumiem – westchnął Kankri. - Masz zamiar dziś powiedzieć ojcu o twoim małym romansie?
Niskiego chłopaka przeszedł zimny dreszcz po karku. Natychmiast się wyprostował i zatrzymał.
- Skąd… - zaczął, jednak nie wiedział jak się dalej wysłowić.
- Mam swoje dojścia – odparł z uśmieszkiem jego brat, po czym ujął go za ramię, ciągnąc w stronę chodnika. W końcu tamten stanął na środku ulicy. - I nie mówię o Dave’ie – dodał, nie chcąc być źle zrozumianym. Dalej musiał prowadzić młodszego, który miał ochotę zapaść się pod ziemię.
Ta za długa chwila ciszy była dla Karkata przytłaczająca. Najwyraźniej jego brat czekał na wyjaśnienia, ale w tej chwili to czarnowłosy chciałby wiedzieć skąd Kankri ma takie informacje, skoro jedyną wiadomością jaką się z nim dzielił, to było to co zjadł na obiad!
Białowłosy ponownie wydał z siebie westchnięcie.
- Cronus rozmawiał niedawno ze swoim bratem. No wiesz, tym co ma tak krzywo pofarbowane
włosy – powiedział w końcu, krzywiąc się lekko na wspomnienie owej fryzury Eridana. - Jak dobrze, że przynajmniej jeden z Amporów nie szaleje za farbowaniem i niszczeniem swojej głowy, jednak nadmiar żelu na ich kłakach to chyba jakaś rodzinna tradycja, albo w genach przenoszone przyzwyczajenie. Nie zdziwiłbym się jakby pierwszą czynnością jaką Cro wykonał po narodzinach było zaczesanie włosów do tyłu, a przy tym zapalenie papierosa.
- Cronus nadal nałogowo pali? - zagadnął czarnowłosy, udając zainteresowanie. Chciał zmienić jak najszybciej temat, nie lubił bratu opowiadać o swoich sprawach prywatnych, a szczególnie na temat tego z kim się teraz umawia.
- Niestety tak. Nie potrafię na niego wpłynąć w tej sprawie, ale wierzę, że w końcu mi się uda. Moja siła perswazji przecież potrafi zdziałać cuda. Jak byłeś mały oduczyłem cię gryzienia własnych palców, pamiętasz?
- Jakbym mógł zapomnieć… - mruknął Karkat, krzyżując ręce na klatce piersiowej. - Nadawałeś mi przez ponad tydzień jakie to może mieć skutki, chociaż taka prawda, że żadnych by nie miało.
- Ale było to niehigieniczne oraz trochę obrzydliwe.
- Miałem pięć lat!
- No to co? Jakaś etykieta obowiązuje w każdym wieku.
- Połowy rzeczy, które mi powiedziałeś nie zrozumiałem!
- Jestem pewny, że rozumiałeś, tylko udawałeś, że nie rozumiesz. W końcu jesteśmy spokrewnieni. To o czymś musi świadczyć i nie tylko o fakcie, że obaj mamy czerwone oczy oraz czarne włosy, a także podobne rysy twarzy.
- Mówiłeś o farbowaniu oraz niszczeniu włosów. Sam farbujesz geniuszu – burknął mu niższy na odchodne.
- Ale ja to robię u profesjonalistów, którzy wiedzą jak obchodzić się z takimi delikatnymi włosami, a zarazem starają się by tak delikatne pozostały.
- Jak dla mnie to siwiejesz.
- Po świętach umówiłem się już do fryzjera na odnowienie koloru. Pozostanę przy srebrzystym, niżeli śnieżnobiałym. Ten drugi zaczął mnie już troszkę razić, wolę mieć teraz bardziej stonowany kolor.
Czarnowłosy wywrócił oczami.
- Skąd ty masz pieniądze na tych „profesjonalistów”, skoro od dłuższego czasu już nie przyjmujesz datków od ojca? Zarabiasz tylko na robieniu jakiś super-ultra-mądrościowych vlogów na youtubie – zapytał chłopak, nie oszczędzając na sarkazmie i wrednym, przesiąkniętym zazdrością tonem.
- Od niedawna mam własną, małą firmę. Przynajmniej staram się by mogła z godnością nosić miano „firmy”. Na razie jeszcze dużo się uczę. Staram się ją jak najlepiej rozwinąć, a dzięki wtykom Damary w Japonii idzie mi całkiem nieźle, jednak nie chwalę dnia przed zachodem słońca. Muszę być przygotowanym na wszystko.
- Na czym polega… Czym zajmuje się ta twoja firma niby?
- A to już mój kochany braciszku, pozostanie moją tajemnicą, dopóki odpowiednio się nie rozrośnie – odrzekł Kankri z uśmieszkiem, czochrając czarną czuprynę swojego brata.
- Ugh…
Stali już akurat przed drzwiami do domu ich ojca, a kiedyś owszem i ich. Karkat nadal przyjeżdżał tu na wakacje lub dłuższą przerwę od szkoły, jednak Kankri, posiadacz własnego mieszkania, nie był tu od początku nowego roku.
- Wiesz, że staremu było przykro z powodu tego, że go nie odwiedzałeś? - zapytał retorycznie niższy.
- Ojcu, nie staremu, ojcu. I wiem, że było – odpowiedział białowłosy, po czym zadzwonił dzwonkiem do drzwi.
Po chwili w przejściu stanęła wysoka kobieta o ciemnobrązowych, długich włosach oraz promiennym uśmiechem na ustach. Miała lekko opaloną skórę, a także radosne piegi na policzkach. Ubrana była prosto, ale ewidentnie odświętnie, co bez skrupułów miał ochotę skomentować Kankri. Szczególnie zły dobór butów. Chociaż to były papcie, a w domu papcie obowiązują. Jednak zanim starszy z braci się odezwał, przerwała mu owa dama:
- Chłopcy już są! - krzyknęła ewidentnie do kogoś, znajdującego się w środku. Nie minęła nawet minuta, gdy u jej boku ukazał się wysoki mężczyzna, o czarnych włosach i kilkudniowym zaroście. Po czerwonej barwie tęczówek można było się domyślić czyj ojciec to właśnie jest.
- Witaj tato – przywitał się wpierw białowłosy ze swoim rodzicem, by po sekundzie zwrócić się ku kobiecie. - I pani Leijon – kiwnął w jej stronę głową tylko na przywitanie.
- Dzień dobry… - mruknął Karkat, speszony obecnością owej brązowowłosej oraz własnym ojcem. Miał teraz w głowie pomysł na „zabij się challenge” i to w wersji ekspresowej. Po co w ogóle tu przychodził skoro wiedział, że będzie czuł się niekomfortowo? Rodzina to chyba nie jest, aż taki SUPER argument.
- Nie stójcie tak w drzwiach, tylko wchodźcie – odezwał się najstarszy z Vantasów, podczas gdy panna Leijon potuptała niczym wesoły kotek do kuchni, by sprawdzić jak się trzymają jej dania.
Obaj chłopcy, gdy tylko weszli do środka, otrzymali ogromnego, wielkiego, olbrzymiego przytulasa od ich ojca. Karkat się skwasił, Kankri miał minę pokerface’a, przez którą przebijało się przyzwyczajenie. Chciał napomknąć coś o przestrzeni osobistej, jednak wolał raczej nie pouczać własnego taty, toteż zamilkł, czekając aż owa tortura się zakończy.
- Mam nadzieję, że jesteście głodni, bo jedzenie jest nie z tej ziemi! - odezwał się ponownie pan Vantas, puszczając swoich synów, a na odchodne, czochrając ich różnokolorowe czupryny.
Najmłodszy westchnął, niczym niewolnik egipski wycieńczony budową piramidy.
- Nie narzekaj – upomniał go starszy, zdejmując z siebie kurtkę i zawieszając ją na wieszaku. Poprawił on zaraz swój ukochany czerwony sweter oraz mankiety białej koszuli, która znajdowała się pod nim. Idealnie odświętny strój w jego mniemaniu. - Zawsze mogło być gorzej.
- Na przykład?
- Na przykład siedziałbyś teraz przy stole wraz z rodziną Zahhaków i zastanawiałbyś się czy ta ściereczka na stole jest do wytarcia ust po obiedzie, czy do potu.
Karkat chcąc nie chcąc cicho parsknął śmiechem.
A Kankri słysząc to, miał ochotę się przeżegnać, chociaż wierzący nie był.
- Ty się zaśmiałeś.
- Nie, zaskrzeczałem jak pterodaktyl – odburknął w odpowiedzi czarnowłosy, by po chwili również, jak wcześniej starszy, ściągnąć kurtkę.
Obaj po chwili znaleźli się w salonie, gdzie to miał się odbyć iście wspaniały rodzinny obiad, w rodzinnej atmosferze, w rodzinnym gronie, z kochaną rodziną. Tak, naprawdę musiałem dać ten nacisk na wszystko co z familią związane.
Karkat był spięty. Okropnie spięty.
Ale już nie przez sam fakt ojca, czy obecności pani Leijon. Zorientował się właśnie, że skoro jest tu ta kobieta oraz, że do stołu nakrywa starsza z jej córek, to gdzieś tu musi być…
- KITTY! - jebs w plecy, torpeda, kręgosłup złamany nananana nakurwiam węg-- a to nie to, sorry.
- K-kurwa… - tylko tyle wydobyło się z sinych ust czarnowłosego, kiedy to tak leżał wlepiony jak guma do żucia w podłogę, a do jego pleców przytulała się mała, zielono-niebieska, jasnobrązowa kocia kulka.
- Purr, purrr, purrrrr!
- Witaj Nepeto – przywitał się grzecznie Kankri, czytający akurat spam wiadomości od swojego chłopaka. Teraz to on westchnął, niczym niewolnik, by po chwili schować telefon, a wcześniej wyłączyć w ogóle opcje wibracji oraz dźwięku.
- Ja pierdole, N-nep złaź! - warknął w końcu mniejszy, chcąc się pozbyć dziewczyny ze swoich barków.
- Kochanie, bądź grzeczna! - wtem pojawiła się przy nich pani Leijon, która niczym rasowa opiekunka kotków ujęła swoją najmłodszą córkę pod pachy i ściągnęła ją z biednego Karkata. - Idź pomóż swojej siostrze przy nakrywaniu do stołu.
- Czy ja też bym się do czegoś przydał proszę pani? - zagadnął białowłosy, chcąc jakoś odpędzić ponure myśli, od swojego chłopaka, który był zmuszony siedzieć teraz u swojego ojca, wraz  z wkurzającym młodszym bratem. O, deja vu x2.
- Tak! - odpowiedziała od razu, zadowolona. - Każda para rąk się przyda! - dodała, po czym bez chwili zastanowienia wysłała ową dwójkę do kuchni. Musiała w końcu jeszcze pomóc najmłodszemu wstać. - Przepraszam za nią, po prostu dawno cię nie widziała.
- T-tak… Wiem właśnie… - odpowiedział z przekąsem czarnowłosy, rozmasowując swoje bolące od upadku czoło.
- Usiądź już do stołu, zaraz podamy obiad.
Chłopak przytaknął.
Panna Leijon się oddaliła, a on, jak mu owa kobieta kazała, odsunął jedno krzesło, usiadł, rozejrzał się, a po chwili tego pożałował. Do drugiego końca stołu przysiadła się starsza siostra Nepety – Meulin. Ciemne włosy miała słabo rozczesane, blado-zielona grzywka przysłaniała jej twarz, która sama w sobie była wypłowiała i przygnębiona, wręcz trupia, osłupiała. Karkata, aż przeszły ciarki. Nie tak ją do końca zapamiętał, kiedy to ostatnim razem miał z nią styczność. Wcześniej kocia kulka, dziś koci szkielet.
Dobra. Rekonstrukcja wydarzeń.
Nepeta ma ADHD, więc to normalne, że tak się zachowuje, pani Leijon zawsze była miła, w końcu jest nauczycielką w przedszkolu, a Meulin była mocno podobna do ich obu, więc od kiedy…? W dzieciństwie bardzo dużo bawiła się ze swoją siostrą oraz innymi, nawet z Kankrim. Karkat to wszystko dobrze pamięta. Kogo w tych wspomnieniach brakuje…?
No nic. Czarnowłosy później nad tym więcej pomyśli. Teraz będzie musiał się skupić na przetrwaniu rodzinnego obiadu, w ultra hiper rodzinnej atmosferze, w gronie ukochanej rodziny… I rodziny Leijon.
Tak, o niczym innym nie marzył.
Długo nie musiał nawet czekać, gdy do stołu przysiadła się reszta obecnych osób. Oczywiście pan Vantas i pani Leijon usiedli obok siebie, podczas gdy to po lewej stronie Karkata, bez żadnych skrupułów, zasiadła Nepeta, ze świecącymi się jak gwiazdki oczkami, pełnymi błagania kota ze Shreka. Proszę, nie tylko Tavros posiadał takie umiejętności. Na szczęście, bądź nieszczęście, czarnowłosy miał również po swojej prawej Kankriego, który jakby co mógłby go… Nie wiem, zanudzić na śmierć, prawdopodobnie.
Jak na ironię ów obiad przebiegał w bardzo miłej atmosferze. Szczególnie dla najstarszych, którzy mogli cieszyć się swoim towarzystwem. Karkat starał się jak najmniej odzywać, a jego brat, nadal miał w głowie ostatnie wiadomości od swojego chłopaka, więc w sumie był rozkojarzony. Nepeta co chwilę machała łyżką, albo pytała o coś czarnowłosego, zwracając się do niego per Kitty. Tylko Meulin wykazywała taką chęć uczestniczenia w tym wszystkim, że ani razu się nie odezwała, ani również nic nie zjadła. Mimo największych starań pani Leijon, dziewczyna nie widziała większego sensu w czymkolwiek. Tylko przytakiwała, uśmiechała się sztucznie i brodziła widelcem w jedzeniu. Tak, naprawdę wspaniały rodzinny obiad, w rodzinnej atmosferze oraz w rodzinnym gronie.
- Słuchajcie dzieciaki… - zaczął najstarszy z obecnych, pan domu. - Mamy wam coś ważnego do powiedzenia.
Wszyscy grzecznie odłożyli sztućce, wpatrując się jak pani Leijon oraz pan Vantas wstają z krzeseł i łapią się za ręce.
- No więc tak… - dodała kobieta, ale jednak nie miała ochoty kończyć. - Ty im powiedz.
Spojrzała swoimi kocimi, zielonkawymi oczętami na mężczyznę stojącego u jej boku.
- Pobieramy się!
Cisza.
Cisza nastała.
Albo jednak nie.
- CO?! - Nepeta, wraz z Karkatem krzyknęli jednocześnie, również wstając od stołu. Spojrzeli po sobie, zdezorientowani, po czym z powrotem na swoich rodziców. - JAK TO?!
- No wiecie… - zaczęła brązowowłosa. - Tak to jest kiedy dwoje ludzi się spotka i zakocha.
- Ale, ale… - dziewczynka w niebieskiej, kociej czapce miała ochotę wyskoczyć przez okno. - K-kitty… Będzie moim bratem?
Oboje dorosłych przytaknęło.
- A Nep… - teraz zaczął KK. - Moją siostrą?
- Na to wychodzi. Dziwi to was, aż tak?
- Mnie nie – wtrącił się Kankri, który również wstał. - Tylko czekałem, aż to się stanie. Jeśli nie ma pani nic przeciwko, chętnie pomogę w wyborze sukni ślubnej, a raczej użyję moich kontaktów, by za jak najlepszą cenę mogła pani mieć szytą na miarę.
- N-nie musisz się aż tak starać, mam już jedną upatrzoną – odparła, lekko speszona kocia panna.
- Nawet jeśli. Jak zmieni pani zdanie, to wystarczy do mnie zadzwonić – wtem białowłosy sobie coś uświadomił. - Mam się nadal zwracać do pani per pani, czy może mamo?
Kobieta otworzyła szerzej oczy z szoku. Natychmiast okrążyła stół i przytuliła do siebie starszego z braci, chcąc mu tym samym okazać swoje szczęście.
- Możesz mówić mi mamo!
Karkat z powrotem usiadł. Nepeta powstrzymywała się od wybuchu rozpaczliwego płaczu. Skrzyżowała chude rączki na swojej klatce piersiowej, również siadając. Była zdenerwowana i nie zamierzała tego ukrywać. Stanie się teraz ze swoim obiektem westchnień rodziną! W jej mniemaniu tak nie powinno być!
Wyciągnęła z kieszeni swojej kurteczki notesik oraz ołówek. Otworzyła na stronie przeznaczonej shipom, po czym z ogromnym skupieniem skreśliła wszystkie serduszka nad rysunkiem jej oraz KK, a następnie nawet całą pracę. Zamknęła go i zostawiła na stole, patrząc się teraz pusto w przestrzeń.
Czarnowłosy nie bardzo wiedział jak miał zareagować. Niby był zły, ale wiedział teraz, że jego odwieczna „fanka” pozostawi go w większym spokoju. Przynajmniej tyle. Chociaż nie wyobrażał sobie, by mógł wytrzymać częstsze spotykanie się z nią. Wszystkie święta? Każdy przypadkowy dzień kiedy uzna, że wybranie się do ojca to dobry pomysł? No nic, najwyżej będzie rzadziej tu widziany, jak Kankri.
Myślał, że to już wystarczy jak na dziś, ale jednak nie. Nagle jego telefon zaczął rytmicznie wibrować, powiadamiając go o przychodzącym połączeniu. To był Sollux. Uznał, że pierdolić rodzinę i odbierze.
- Ta?
- KK! - usłyszał głos swojego przyjaciela, który ewidentnie był właśnie w biegu. - Ara i Gamz trafili do szpitala… Właśnie tam… Kurwa… PATRZ JAK JEDZIESZ!
Chłopak zacisnął rękę mocniej na telefonie.
Właśnie sobie przypomniał kogo brakowało w rekonstrukcji.
Kurloz.


sobota, 25 marca 2017

Chapter VIII: CaN… cAn I jUsT… pLeAsE?

- autor uważa, iż ta piosenka idealnie oddaje owe stosunki niżej występujących postaci. Hope you like it -

Gamzee wrócił dłuższy czas po Karkacie, który miał dość czasu by się uspokoić. Patrzył teraz tępo w przeciwległą ścianę, nie mając siły ani chęci się podnosić. Mimo braku większego roztargnienia, jego policzki nadal były mokre, a czasami nawet zdarzyło się spłynąć pojedynczej łzie. Klaun w pierwszej sekundzie nie pojął sytuacji, ale na szczęście to była tylko sekunda. Zaraz znalazł się naprzeciwko swojego przyjaciela.
- Karkuś…? Co się stało? - Makara chciał się przysunąć i go przytulić, najlepiej jak najszybciej, po co w ogóle coś mówił, mógł to od razu zrobić, ale… Czarnowłosy nie miał nawet najmniejszego zamiaru się na to zgodzić, od razu się odsunął.
- Nie dotykaj mnie! - warknął, nadal jeszcze płaczliwym głosem. Chłopak posłusznie zabrał od niego ręce. Vantas przygryzł dolną wargę i zamknął oczy, by się na nowo nie rozpłakać.
- Powiesz… Co się stało? - zagadnął spokojnie na nowo jego przyjaciel.
- A może ty, kurwa, powiesz co tak przede mną ukrywałeś?! Najlepszy przyjaciel do siedmiu boleści!
Klaun nie miał w ogóle pojęcia o co może mu chodzić. Przekręcił głowę na jedną stronę, wpatrując się pytająco w Karkata.
- Karkuś, ja przed tobą niczego nie ukrywam – odpowiedział, dopiero po dłuższej chwili.
- TA, JASNE! POWIEDZ TO WRESZCIE! CHCE TO USŁYSZEĆ OD CIEBIE!
- Emm…
- Kurwa… Nienawidzę cię, słyszysz?! NIENAWIDZĘ CIĘ! – chłopak nie wytrzymał i z jego czerwonych oczek na nowo zaczęły spływać łzy. - Tak bardzo cię nienawidzę! Nikt nienawidzi cię bardziej ode mnie! - tak go poniosło, że pięściami zaczął nawet okładać zdezorientowanego Makarę. Były to jednak bardzo słabe ciosy, godne jedynie wkurzonego pięciolatka. - Nienawidzę, nienawidzę, nienawidzę!!!
Gamzee nie wiedząc co więcej zrobić, ujął go w ramiona, przysunął do siebie i mocno przytulił, nie zważając na protesty oraz okładanie po głowie.
- Już… Już spokojnie Karkuś…
- Zostaw mnie! Nie słyszałeś?! Nienawidzę cię!
- Słyszałem… - można powiedzieć, że kochane klaunie serduszko trochę popękało. - Jak tylko się uspokoisz, to stąd idę. Nie zobaczysz mnie już więcej i nie będziesz musiał nikogo nienawidzić.
Ostatnie zdanie, a w szczególności pierwsze stwierdzenie przed „i” poruszyło Vantasem na tyle, że nagle wtulił się najmocniej jak potrafi w klauna oraz zacisnął dłonie na jego koszulce.
- N-nie idź… - wyłkał po chwili. - Nigdzie masz nie iść idioto…
- Ale mnie nienawidzisz…
- Nieprawda! Czemu kurwa słuchasz tego co mówię?! Masz zostać! - to się nazywa hipokryzja, rodem kobiety z okresem.
- Honk… - Makara posłusznie przytaknął.
Karkat pociągnął jeszcze nosem, opatulił mocniej chłopaka rękami i już nie zamierzał puścić dopóki nie uśnie. Albo nie umrze. Po prostu nie chciał, żeby nagle gdzieś poszedł. Nawet do łazienki. Teraz to jest jego przytulanka, której nigdy w swoim nędznym życiu nie puści.
„Wy bez siebie nie potraficie żyć.”
- G-gamzee… - odezwała się wtem niezdecydowana kulka nienawiści.
- Tak?
- Dlaczego… - zaczął Vantas, odsuwając się, ale tylko na kilka centymetrów, od swojego przyjaciela. - Nie powiedziałeś… M-mi nigdy, że mnie lubisz?
- Mówiłem ci to setki razy Karkuś.
- Ale nie w takim znaczeniu!
- To w jakim? - Makara, taki trochę internet explorer, ledwo łączył wątki. Kulka nienawiści wyklinała go za to w myślach.
- Co jest dalej po przyjaźni?
- Super przyjaźń?
- A dalej?
- Miłość jak do rodzeństwa?
- Daaalej.
- Nie wiem co jest dalej.
- Gamzee kretynie! Dlaczego mi nigdy nie powiedziałeś, że się we mnie zakochałeś?! - wykrzyknął zirytowany, po czym dłońmi zaraz zakrył swoje usta. Nie chciał pytać o to tak w prost, bo to był w tej sytuacji mocno niezręczny temat, przynajmniej w jego mniemaniu, ale co się powiedziało, się nie odpowie.
- Karkuś… - akurat to pan explorer pojął od razu. Jak dobrze, że miał ten swój makijaż, który mógł ukryć jego rumieńce. - Ja… Ja po prostu… - jak tu się wysłowić, co Makara? - Po prostu!
- „Po prostu”? - Vantas skrzyżował ręce na klatce piersiowej, a klaun tylko przytaknął. - Nie wiem, naprawdę nie wiem-
I jak to się stało, że wypowiedź Karkata została przerwana?

To już w następnym odcinku!

…dobra, wiem, że nie wytrzymacie.
Gamzee ujął ostrożnie twarz czarnowłosego. Ten się lekko zdezorientował, dlatego przerwał to co już zaczął mówić.
- Mogę…? - dopytał klaun, nawet sam nie będąc pewnym co chce zrobić.
Vantas w delikatnej panice przytaknął. Chłopak, nie zastanawiając się dłużej, przysunął się do niego i go pocałował. Ostrożnie, by zbytnio nie spłoszyć małej kulki nienawiści. Sam Karkat ledwo ogarnął co się dzieje, a na jego policzki wpłynął iście truskawkowy rumieniec. Aż by się go zjeść chciało. Aktualnie ten mniejszy nie wiedział co robić, w życiu się na poważniej nie całował i ledwo co był wstanie odwzajemnić, ale… Jako tako, to zrobił. Jego wargi drżały ze zdenerwowania, jak i język.
A Gamzee? Jeśli go pamięć nie myli, raz się całował, a teraz starał się by było Karkusiowi jak najmilej. Nawet trochę dziwnie to całowanie się przedłużało… Ale cóż zrobić, jeśli było to dla nich obojgu takie fajne? Przyjemne?
Jednak w końcu któryś musiał się odsunąć. Można się nawet domyśleć który. Kejkej z okresem, niby jest dobrze, ale mówi nie. Czy któraś z kobiet wyjaśni narratorowi jak można być tak niezdecydowanym?
- Przepraszam… - wydukał szeptem Makara.
- Nie masz za co przepraszać… - odparł Vantas, wycierając mokre policzki własnymi bandażami.
- Chodź, zmienimy je – dodał wyższy, wstając i łapiąc zapłakanego, umęczonego chłopca, delikatnie za rączkę.
Karkat nawet nie protestował. Pociągnął jeszcze noskiem, po czym wstał, udając się tam, gdzie kochany klaun go ciągnie, czyli do łazienki. Po chwilce usiadł na toalecie. Gamzee ostrożnie ujął jego ręce, po czym zaczął odwijać bandaże. Kilka świeżych ran trochę przeciekło, Vantas nie miał akurat ochoty wyjaśnić skąd też pojawiły się nowe siniaki. Mogło się zdarzyć, że kilka razy przywalił tymi rękami o szafkę, kiedy tego drugiego jeszcze nie było. Makara nic na ten temat również nie powiedział. Wiedział doskonale z jakimi emocjami jego przyjaciel podchodzi do niektórych spraw, a aktualna sytuacja była aż zbyt wyniszczająca dla czerwoniutkiego jak cukierek serduszka, które woła o trochę więcej czułości, z powodu ich niedoboru.
Vantas, patrząc jak klaun o niego dba, zaczął myślami wracać do przeszłości. Do tych miłych wspomnień, wspólnie zrobionych wraz z tym jedynym przyjacielem. Spędzili razem połowę swojego dotychczasowego życia, nie rozstawali się i jakoś nigdy nie mieli dość. To nie była obsesja, tylko najzwyklejsza chęć spędzania wspólnie czasu. Najczystsza, wspierająca i platoniczna miłość przyjacielska, którą pragnąłby każdy. „Dlaczego tego nigdy nie zauważyłem?” - zapytał samego siebie w myślach Karkat, czując ukłucie w środku klatki piersiowej. - „Dlaczego nigdy nie zauważyłem jak blisko jesteśmy…?”
- Gotowe – odparł Gamzee, gdy tylko skończył zawijać dłonie Vantasa w nowe bandaże.
Czarnowłosy, dając się ponieść nowym, w końcu zrozumiałym emocjom, ale jednocześnie, bojąc się wszystkiego dookoła, zsunął się na kolana, na nowo przytulając się do tego klauna, tak mocno jak wcześniej. Nie chcąc puścić, nie chcąc zostawić, chcąc być zawsze z nim, a jednocześnie mieć go za kogoś bliższego niż najlepszego przyjaciela do końca życia, świata, galaktyki, całego wszechświata i innych planet oraz nawet jeszcze dłużej w piekle, albo niebie.
- Przepraszam… - szepnął, na nowo zachodząc się łzami. - Przepraszam, że nigdy nie zauważyłem, że ja… - no dalej, powiedz to. - Ja… - Karkat, nie daj nam dłużej czekać. - J-ja… - chłopie od siedmiu boleści, tu shipperzy czekają! A narratorowi również spływają łzy po policzkach gdy to pisze.
- Rozumiem Karkuś, ja ciebie też – odparł klaun, jak najbardziej wszystko rozumiejąc. Poprawił włosy, znajdujące się na czole niższego przyjaciela, po czym go w owe miejsce pocałował.
Chłopak przełknął ciężką gulę w gardle. Nie musiał tego mówić, ale chciał, jednak strach jaki się wiązał z wielkością tych słów był dla niego zbyt obciążający. Był tych uczuć pewny, ale jednocześnie… Wow to coś dla niego nowego.
Gamzee głaskał go po głowie, na co Vantas nie zwrócił większej uwagi, chociaż była to jedna z tych najmilszych rzeczy, którą chciałby czuć cały czas. W sumie czuje prawie co noc, kiedy tylko nie może zasnąć, a klaun nie śpi jak zwykle. Słodko.
- Jesteś na pewno baardzo zmęczony – powiedział nagle Makara, jakby zwracał się do pięcioletniego dziecka. - Pora nyny.
KK pokręcił przecząco główką, wtulając się mocniej w tors klauna.
- Karkusiu, jeśli mnie nie posłuchasz będę na ciebie bardzo, ale to bardzo zły – dodała niania z powrotem, grożąc chłopczykowi palcem. - Posłuchaj mnie i grzecznie pomaszeruj do łóżka.
Teraz Vantas lekko zachichotał, ponownie kręcąc łebkiem na nie.
- Opowiem ci bajeczkę i ucałuje na dobranoc jeśli w ciągu trzech sekund znajdziesz się w łóżku – Gamzee wstał, podnosząc wraz ze sobą swojego chłopca, który na odchodne wytknął mu, z lekkim uśmiechem, język, po czym potuptał do łóżka, ciągnąc oczywiście wysoką nianię za sobą.
- Zadowolony? - niby burknął, niby nie, w stronę swojej opiekunki.
- Jak najbardziej – odparł ten, z szerokim, zadowolonym z siebie, uśmiechem.
Makara ostrożnie wtulił w siebie małe ciałko ukochanego przyjaciela, po czym ostrożnie przykrył ich oboje cienką kołderką we wzorek z żółwiami. Nie pytajcie czemu z żółwiami, nie obchodzi mnie, że to najmniej ważny aspekt tego opowiadania.
Karkat cicho westchnął, zaciskając dłonie na koszulce klauna, nie chcąc oczywiście jej następnie puszczać.
- Więc… - zaczął cicho, zamykając oczy i przygotowując się do ubłaganego odpoczynku. - Wychodzi na to, że… My razem…?
- Po prostu?
Czarnowłosy zachichotał.
- Po prostu… Cię kocham.

I w tym momencie panie i panowie, oto ten ship stał się canonem.


sobota, 4 marca 2017

Chapter VII: LOVE IS JUST A FUCKING MISTAKE.

- To jak… Niedługo będziesz, co? - głos Karkata był nad wyraz przyjazny. Na jego policzkach widniał lekki rumieniec, a oczka mu się świeciły jak po wypiciu dwóch kieliszków dobrego wina. Gdyby nie fakt, że spędził cały dzień w łóżku pod okiem Gamza, można by nawet uznać to za pewniak.
- Tak, za jakąś godzinę! - odparł wesolutki głos w jego telefonie.
- Uhm… - chłopak spojrzał na zegarek. - O dziewiętnastej?
- No tak, jak widzisz, hehe.
- To może… Około… No wiesz, jeśli chcesz, heh… Ten, około dwudziestej byśmy się spotkali?
- Czy ja wiem Karkat…
- Chociaż na półgodziny, może…?
Dziewczyna westchnęła.
- W porządku. I tak uważam, że powinnam z tobą porozmawiać, więc im szybciej tym lepiej.
- Heh… - czarnowłosy odetchnął z ulgą. - Przed szkołą? Czy po ciebie przyjść? Albo--
- Przed szkołą będzie dobrze!
- Jasne… To… Do potem…
- Papa!
Ich rozmowa się zakończyła. Czerwonooki miał serce dosłownie w gardle i biło mu jak oszalałe.
W końcu dziś, może niefortunnie, ale postanowił na poważnie porozmawiać ze swoim obiektem westchnień. Ona najprawdopodobniej już widziała wszystkie niszczące mu opinie zdjęcia, wolał więc jak najszybciej to wyjaśnić, a może mu się poszczęści. Mówiła też coś, że musi z nim pogadać, pewnie chodziło jej o to samo co jemu… Takie miał przynajmniej podejrzenia.
Wtem jego telefon zawibrował.

TA: yo KK.

Karkat nie miał ani czasu, ani chęci z nim gadać. Musiał się przygotować na swoje wymarzone spotkanie. Szczególnie wziąć prysznic. Jak na jego nos pachniał za bardzo Gamzem…

CG: CZEGO.
CG: I SZYBKO, BO CZASU NIE MAM.

TA: chciiałem 2iię tylko 2pytać czy iidziie2z na tą dzii2iiej2zą iimprezę u pana iidealnego.
CG: NIE MAM ZAMIARU SIĘ W OGÓLE DO NIEGO ZBLIŻAĆ DO KOŃCA MOJEGO PIEPRZONEGO ŻYCIA.
CG: MASZ, ODPOWIEDŹ IDEALNĄ.

TA: to w takiim raziie ja chyba też niie iidę.
TA: nowe 2krzynkii w c2’iie 2iię 2ame niie pootwiierają.

CG:  W OVERWATCHU TEŻ COŚ PODODAWALI.
CG: WIDZIAŁEŚ?

TA: je2zcze 2iię pyta2z.
CG: W SUMIE FAKT.
CG: TY JUŻ PEWNIE POŁOWĘ TYCH FANTÓW MASZ.

TA: niie połowę ale co2 2iię znajdziie.
CG: DOBRA, KOŃCZĘ.
CG: MIŁYCH OPPENINGÓW I BANKRUCTWA.

TA: dziiękii KK.

Po skończonej rozmowie, natychmiast odłożył telefon i udał się pędem pod prysznic. W tym samym czasie Gamz grał w Simsy na jego laptopie.

Zegarek tykał, a wskazówki się przesuwały, dając znak Karkatowi, że jeszcze jedna zmiana stroju, może go kosztować spóźnieniem. Zachowywał się sam teraz jak typowa nastolatka z serialu dla dziewczyn, która chce zaimponować swojemu chłopakowi, jednak było w tej sytuacji na odwrót.
- Bro, w tamtym czarnym swetrze było ci dobrze – skomentował klaun, widząc jak jego przyjaciel krząta się w tą i z powrotem, z łazienki do szafki, ciągle zmieniając koszulki.
- Ale jest niewyprany – burknął zirytowany Vantas, siadając w końcu, bez górnej części stroju, na toalecie. Starał się wtedy również za żadne skarby świata nie spoglądać na swoje zabandażowane ręce.
- A ta czerwona koszulka? - dopytał Gamzee, stając w drzwiach łazienki i podrzucając mu ową bluzkę.
- Ma krótki rękaw…
- Założysz tą bluzę.
- Którą?
- Ode mnie?
Czerwone oczy stały się nagle większe. Karkat wypadł z toalety, zakładając w pędzie ubranie, które wybrał dla niego jego przyjaciel, a zaraz potem wpadł – dosłownie i w przenośni - do szafki, starając się znaleźć tą magiczną bluzę. Tą bluzę, którą jego przyjaciel podarował mu na ostatnie urodziny. Była cała szara z czarnym kapturem i rękawami, a na jednym z ramion widniała mała naszywka przedstawiająca śpiącego kraba.
- Całkowicie o niej zapomniałem… - mruknął cicho jej właściciel, po czym natychmiast ją na siebie założył. - Dzięki Gamz – dodał, zakładając w pośpiechu buty i kurtkę.
Na pożegnanie przybił jeszcze ze swoim najlepszym przyjacielem przysłowiowego żółwika.

Vantas wdychał nerwowo powietrze. Albo się dusił. W sumie zapowietrzał, czyli dusił też. Był spóźniony i modlił się teraz tylko o to, by Terezi nie była zła. To w jakim będzie humorze, będzie zależało jaką decyzję podejmie w jego sprawie. Najprawdopodobniej sama doskonale już zadawała sobie sprawę o co mogło chodzić Karkatowi. Liczył, że ten wieczór będzie jego wieczorem. Wieczorem jego szczęścia.
- Hejka!
Panna Pyrope siedziała na szkolnym murku, ubrana  w czerwony, ciepły płaszcz oraz zimową czapkę z włochatą kulką na czubku. Jasno-rude włosy schowała pod nią, jednak swoich czerwonych okularów zdjąć nie miała zamiaru. Uśmiechała się szeroko w stronę swojego bliskiego kolegi.
- No hej… - odrzekł Karkat z niepewnym uśmiechem.
- Chciałeś pogadać, no to jestem! - dziewczyna zeskoczyła z murku, po czym czule przytuliła pana Chodzące Zdenerwowanie.
- Właśnie, tak… Uhm… - chłopak rozejrzał się szybko po okolicy, jakby szukając ratunku, po czym wbił wzrok w zaśnieżały chodnik. - Słuchaj, może przejdziemy się w cieplejsze miejsce, do kawiarenki, albo gdzieś…? - zaproponował, niby obojętnie, wzruszając przy tym ramionami.
- Wolałabym zostać tutaj. I tak nie mam za dużo czasu – odparła, cicho wzdychając.
- Oh… Okay… - czyli najwidoczniej na marne przekopał się przez połowę szafy, pozostawiając pokój w bursie jak po przejściu tornada.
Terezi z powrotem zgrabnie wspięła się na murek, a Karkat postarał się zrobić to równie z gracją, jednak… Wyszło jak wyszło, czyli prawie przewalił się do tyłu, gdyby nie szybkie załapanie przez niego równowagi. Na szczęście. Dość się ośmieszyłem już wcześniej. Nie spieprz tego Karkat, nie możesz… - dodał sobie w myślach otuchy, po czym wziął głęboki wdech i otworzył usta, chcąc coś powiedzieć:
- Słuchaj, Karkat, daj mi mówić pierwsza – jednak, panna Pyrope, wyprzedziła go w kolejności wypowiedzi.
Vantas zamrugał szybciej, przetrawiając jej słowa, po czym przytaknął. Miał nadzieję wyrzucić z siebie wszystko jak najprędzej, ale skoro dziewczyna „jego marzeń” chce mówić pierwsza, to niby miałby jej nie pozwolić?
- Dziękuję… - westchnęła. Teraz ona musiała się przygotować, na jego reakcję. - Heh… Karkat… Ja nie wiem jak zacząć, chociaż już nie raz starałam się wyobrazić przebieg tej rozmowy, jednak… - podrapała się w tył głowy, szukając dalszej części wypowiedzi. - Po prostu się nie da, z tobą się nie da.
- Huh? - po jego minie można było wywnioskować, że w ogóle nie rozumiał co jego przyjaciółka ma mu do przekazania.
- No tak… Karkat, ja wiem, że ty… Że ty mnie bardzo lubisz.
Chłopak przytaknął. Wyjęła mu to z ust, część swojej przemowy mógł już pominąć.
- Ale… Ja ciebie nie.
…rany na rękach Karkata jakby zapiekły świeżością, a jego serce nagle zastygło. Zacisnął dłonie na rękawie swojej kurtki.
- Nie chce żebyś odebrał to źle. Jesteś moim przyjacielem i nim pozostaniesz, jednak… Nic więcej.
Chłopak patrzył na nią, a jego czerwone oczy zakryła szarawa kurtyna. Pusty wzrok, który mówił, że chce iść do domu i najlepiej… Wypłakać się w poduszkę (?).
- Karkat… - złapała go ostrożnie za rękę, na co on się wzdrygnął. - Wiem, że… - Terezi nadal gubiła się we własnych myślach. Zupełnie nie wiedziała jak ubrać w słowa to, co chodzi jej po głowie. - To nie twoja wina. Nie obwiniaj się. Nie sprawiaj sobie bólu, proszę… - zacisnęła mocniej dłoń na
jego. - Jesteś wspaniałym przyjacielem, trochę wybuchowym, ale można na tobie polegać. Potrzebuję takiego przyjaciela, więc nie… Nie dopowiadaj nic, do moich słów. Jesteś świetny, ale mimo to, ja… Nie mogę z Tobą być.
Czarnowłosy jak zaklęty milcząco przytaknął. To nie było do niego podobne, szczególnie, że wewnątrz kulił się jak dziecko i krzyczał.
- Ale… - to pełne nadziei słowo. Dziewczyna delikatnie się uśmiechnęła. - Pomyśl teraz kto by mógł.
Karkat nie chciał myśleć. W wyobraźni zabijał się na tysiąc różnych sposobów. Znowu czuł się jak niepotrzebny śmieć.
- Owa osoba specjalnie dla ciebie zawaliła swój ostatni rok, by móc nadal mieszkać z tobą pod jednym dachem. Nie zorientowałeś się nawet wtedy?
Chłopak wtem ocknął się z morderczych wizji i w końcu zamrugał.
- Uch… - nic więcej nie potrafił wydusić z zaciśniętego gardła.
- Przyznał się Tavrosowi, a Tavros… No cóż, wygadał nam. Ja nie dam ci takiego szczęścia, jakie on ofiaruje ci codziennie. Przecież widzę. Wszyscy widzą.
Vantas potrząsnął przecząco głową, zabierając rękę z jej uścisku. Czuł jakby ją paliła.
- Karkat… Chce tylko byś otworzył oczy, na osobę która naprawdę cię kocha i czeka tylko, aż sam ją zauważysz. Dbasz o niego, a on o ciebie. Nikt nie chce cię stracić… A on w szczególności. Pamiętasz ten dzień kiedy trafiłeś do szpitala?
Czerwonooki tym razem nie patrzył na nią, tylko w dół. W ziemię. Nie chciał jej słuchać, a nie miał innego wyboru. Oczywiście, że pamiętał ten dzień. Jakby mógł zapomnieć?
- Nie odstępował twojego łóżka na krok, dopóki siłą go nie wyrzucili z sali. A wiesz co zrobił
potem? - dziewczyna nerwowo się zaśmiała. - Wziął jedną butelkę, potem drugą… I nim się obejrzeliśmy był wstawiony… Powiedział wtedy, że jeśli się nie obudzisz, skoczy z budynku szkoły.
Skrzyżował ręce, przyciskając je mocno do swojej klatki piersiowej. Nie chciał uwierzyć, że ten „cholerny” klaun miałby zrobić coś takiego. Głupek… - skomentował w głowie.
- Nie mówię tego, ze względu na litość, tylko na to, że wy bez siebie nie potraficie żyć… Więc proszę cię teraz, jak przyjaciółka, zauważ go i zauważ to jak bardzo się o ciebie stara…
Po dłuższej chwili milczenia z jego strony, przysunęła się do niego, objęła rękami i ciepło przytuliła. Vantas ani drgnął. Chciał udawać martwego, a przy tym mieć nadzieję, że smok porzuci żer.
- Przepraszam… W końcu i tak musiałeś się dowiedzieć… - ucałowała go jeszcze na pożegnanie w skroń, po czym zeszła z murku. - Odprowadzić cię do bursy? Mam jeszcze trochę czasu zanim zacznie się impreza u Stridera…
Na wspomnienie tego nazwiska, tylko bardziej się w nim zagotowało. Dawno, bardzo dawno nie czuł takiej nienawiści do samego siebie.
- Poradzę sobie… - mruknął, schodząc z murku i idąc zaraz w stronę domu. Do wspólnego domu z…
- No… Dobrze… Trzymaj się Karkat – rzuciła za nim, machając jeszcze, ale on się nie odwrócił, nie odpowiedział.
…Terezi zaczęła się martwić o niego jak nigdy w tej chwili.

Pokoik w bursie był pusty. Czarnowłosy wyczuł, że ten klaun musiał siedzieć u chłoptasia na wózku.
Zdjął z siebie kurtkę, buty, bluzę od przyjaciela rzucił w kąt. Usiadł na łóżku, oparł się o ścianę i przysunął kolana pod brodę, obejmując je rękami. Po chwili jednak te dłonie powędrowały na głowę.
Rozpłakał się.
I płakał teraz jak to dziecko, które wewnątrz niego nadal siedziało.


piątek, 6 stycznia 2017

Chapter VI: bEsT fRiEnD…? :o(

Rano Karkat czuł się jak po solidnej, ciężkiej pracy, która polegała na przenoszeniu kilkukilogramowych worków z igłami z jednego stosu na drugi i z powrotem. To też mu się śniło. Nawet w tym śnie ktoś go również przenosił. Człowiek z igieł? Jakoś tak…
Podparł się na otępiałych z bólu rękach, by jednak zaraz usiąść wyprostowany. Zbyt dawały znać o swoim cierpieniu, by mógł się na nich teraz podpierać. Spojrzał po sobie skołowany, dosłownie ledwo przytomny. Zamiast jego zwykłej koszulki, wisiała na nim jakaś fioletowa, z nadrukiem waty cukrowej i na krótki rękaw, przez co odsłaniała całkowicie jego ręce, które… aż po łokcie były owinięte bandażami. Złapał za materiał swojej bluzki, by niepewnie ją powąchać. Znajomy zapach nie-do-końca mieszanki francuskich perfum, czyt. Faygo i pewna bliska mu osoba.
Rozejrzał się teraz po pokoju. Znajdował się na łóżku. Sam. Było mu cholernie zimno, a jego samopoczucie i zdrowie schodziło do temperatury mocno poniżej zera. Przydałoby się gorące kakao na rozgrzanie wewnętrznej, przybitej atmosfery. Zalatywało tam doprawdy grobową chęcią na życie.
Wtem, jak na zawołanie, drzwi się otworzyły. Wchodzący, najwidoczniej ręce miał zajęte, bo wchodził tyłem, a następnie, odwracając się, zatrzasną przejście za pomocą nogi. W dłoniach trzymał tacę, na której znajdowało się gorące i świeże śniadanie – kubek kakaa oraz gofry z dżemem i cukrem pudrem. Przynosząca, wysoka osoba, w pierwszym wrażeniu wydała się dla Karkata pokojówką. Kręcone włosy miała spięte w kucyk - chociaż niewiele on dawał, bo pojedyncze kosmyki i tak żyły własnym życiem - a dodatkowo nosiła ona uroczy, różowy fartuszek.
Dopiero po chwili Vantas zorientował się, że to Gamzee. Wina braku makijażu, czy tego, że ma na sobie ten, a nie inny, fartuszek?
- Jak się spało bro? - zapytał, siadając na krawędzi łóżka, a tacę z jedzeniem kładąc ostrożnie obok swojego przyjaciela. Karkat patrzył na niego tylko niezrozumiałym wzrokiem, dwojąc się i trojąc, by przypomnieć sobie skąd jego klauni przyjaciel ma ten fartuszek.
Tak, aktualnie tylko to go interesowało.
- Bro? - Makara delikatnie ujął podbródek czarnowłosego, chcąc by wzrok tych czerwonych oczek spoczął na jego twarzy.
- U-ugh… - dopiero teraz Vantas przypomniał sobie wczorajszy wieczór. - Źle – mruknął, odsuwając głowę.
- Zjedz coś słodkiego, poczujesz się lepiej – odparł klaun z uśmiechem. Widząc jednak, że Karkat nie ma ochoty na samodzielne jedzenie, wziął widelec i nabił na niego kawałek gofra, po czym podsunął go pod jego blade usta. - Powiedz am.
Znowu niezrozumiałe spojrzenie czerwonych oczu, a zarazem niepewne uchylenie warg.
- Honk! - radość, bo niejadek zjadł obiadek. To znaczy śniadanie.
- Skąd wytrzasnąłeś gofry? - dopytał się niejadek, żujący w swych ustach słodki obiadek. To znaczy śniadanie.
- John pożyczył mi przepis swojej babci, a Tavros pomógł mi je zrobić – odrzekł, podsuwając chłopakowi kolejny kawałek pysznych gofrów. Kolejne am.
- Okej… -  przełknął, a po sekundzie następny kawałek został wsunięty do jego ust. - Która
godzina? - zapytał, jeszcze z pełną buzią, a tym samym, odruchowo wzrokiem powędrował w stronę zegarka przy łóżkach. - Jedenasta…? - chwila na złączenie wątków. - A LEKCJE?! - gdyby nie Gamz, Vantas prawdopodobnie wyskoczył by spod kołdry i jeszcze padł na podłogę.
- Shoosh… - ostrożnie go powstrzymując przed natychmiastowym wyleceniem poza bezpieczny obręb łóżka, zaczął delikatnie głaskać tą jego czarnowłosą, gorącą główkę. - Powiedziałem Aradii, że źle się czujesz.
- I co to da?! - gdyby tylko Karkat miał w tej chwili więcej energii, dałby radę uciec.
- Usprawiedliwi.
- A co z tobą?! Idź na lekcje!
Klaun pokręcił przecząco głową.
- Ja się tobą dziś zajmuję bro – przytulił tego rozchwianego emocjonalnie nastolatka, który naprawdę w tej chwili potrzebował przyjaciela. Przez moment ten jeszcze się rzucał i wiercił, ale, jak zawsze, dał za wygraną. Potrzebował go jak prawie nigdy…
- Nie ma dziś żadnej ważnej lekcji, nie…?
- Nie bro, spokojnie.
Temperatura samopoczucia trochę się podniosła.
Karkat odsunął się od swojego klauna, wzdychając. Przeczesał palcami rozczochrane włosy, gapiąc się jeszcze smętnie w ścianę. Po chwili poczuł jak kciuk Gamza przejechał po jego ustach. Zwrócił na nowo wzrok ku niemu. Najwidoczniej miał na wargach trochę dżemu, który w tym momencie Makara zlizywał ze swojego palca. Vantas wziął w swoje rączki gorący kubek z kakałkiem.
- Dzięki… - powiedział cicho, nawet trochę za bardzo, ale nie uszło to uwadze jego przyjaciela.
- Dla ciebie wszystko Karkuś - odparł z szerokim uśmiechem.
Kto by się w tym momencie nie rozpłynął od nadmiaru cukru?
Karkat delektował się ciepłym napojem i dziękował światu, że ma takiego przyjaciela. Chociaż… To co mówił w nocy… Sam do siebie… Był nadal tego pewny. Czuł się nadal samolubnie, ponieważ chciał trzymać go przy sobie. Rękami i nogami by się zaparł, byleby tylko nie odszedł. To niezdrowe. Niemądre. Tak nie powinno być!
- Gamz… - odezwał się, podczas gdy wzrok jego, nagle pustych oczu, spoczywał na jasnobrązowej cieczy.
- Hm?
- Ch-chce ci powiedzieć… ż-że… jak tylko będziesz… jak tylko będziesz chciał odejść i zająć się w końcu sobą to ja cię nie zatrzymam. I-i tak jestem dla ciebie dużym ciężarem… n-nie musiałeś--
Ręka klauna spoczęła na ustach czarnowłosego. Palec jego drugiej dłoni przyłożył do swoich ust chcąc mu pokazać by zachował ciszę. Po czym przesunął pierwszą na tą jego nieułożoną czuprynę, jeszcze bardziej ją czochrając.

~*~

- Gdzie jesteś?
- W pociągu! Szkoda, że nie widzisz tych widoków!
- Jakbyś obróciła kamerę to bym zobaczyła – odparła z przekąsem Aradia.
- Oh… Fakt, hehe! - przy tym śmiechu, na ekranie telefonu bordowowłosej ukazał się piękny górski widok, dający wrażenie jakby płynął, z powodu poruszającej się maszyny.
- Nie wiem czy wszystko widzisz, ale proszę bardzo!
- Zazdroszczę ci, że mogłaś przedłużyć swoje ferie.
Dziewczyna właśnie pracowała nad dekoracjami do przedstawienia. Rozrysowywała plan ich ustawienia oraz co jak mniej więcej miałoby wyglądać.
- Aj tam, nie ma co zazdrościć, hehe! - kamera w telefonie z powrotem przeniosła się na twarz rozpromienionej rozmówczyni. - Jak tylko będę na miejscu zabiorę się za moją część dekoracji!
- Prawdopodobnie padniesz ze zmęczenia… - westchnęła Megido, po czym zaczęła wycinać różnorakie elementy z tektury.
- W sumie… Możliwe, w takim razie pomogę ci jutro!
Przy tym Aradia przytaknęła z uśmiechem.
- Gdzie nasza Wendy?! - po scenie nagle rozniósł się rozjuszony głos pana Hussiego.
Dziewczyna udała, że nie słyszy tego pytania z powodu wsuniętych do uszu słuchawek. Była w końcu zbyt zajęta rozmową z przyjaciółką.
- To ten scenarzysta? - zapytała, a ta znów poruszyła głową na „tak”.
- Rozchorowała się, p-proszę pana – odpowiedział mu nieco zmieszany głos Egberta, który prawdopodobnie wolałby być gdzie indziej niż tu.
- Jak to?! Dubler!
- J-jej też nie ma… - odparł ponownie John, drapiąc się nerwowo po karku.
- Świetnie! - sarkastyczne wykrzyknięcie jednego słowa, a potem przejechanie uważnym wzrokiem po sali. - Ty! - palec wskazany na ukochanego idola połowy pierwszoklasistek. - Zastąpisz ją!
Cisza ogarnęła na moment wszystkich członków zajmujących się poszczególnymi częściami spektaklu. Jedynie Aradia nuciła pod nosem piosenkę Heathens, nie zwracając uwagi na resztę osobników dookoła. W końcu siedziała w kącie sceny, wpatrzona w swój plan oraz tekturę, no i telefon gdzie poruszała się twarz jej czerwono-okularnikowej przyjaciółki.
- Spoko – odparł Strider, wskakując jednym zgrabnym ruchem na scenę. Poprawił jeszcze włosy, przy czym w tle można było usłyszeć magiczne „achh” jego fanek. W ogóle, one nie powinny być na lekcjach?…
Pan H. wręczył mu kopię tekstu, zszedł ze sceny i klasnął w dłonie. Miało to oznaczać start dla ich cudownego zagrania pierwszej sceny całego przedstawienia. W sumie próby zagrania, bo i John i Dave posiadali kartki z tekstem. Ten pierwszy stał na drżących nogach, panikując, że prawie dwie osoby na niego patrzą, reszta miała to nawet nie powiem gdzie.
- Oh, a cóż to? - powiedział nagle blondyn. - Czyżby duch? Gdzie lecisz! Wracaj tu!
Najwidoczniej zaczął już grać. Prawdopodobnie. Tak przynajmniej wydawało się czarnowłosemu. Chociaż. Nawet nie. Mówił to tak obojętnym tonem, wyżartym z emocji, że trudno było się domyślić, czy gra, czy mówi jakiś normalny tekst, który mógłby mówić do listonosza, kiedy ten wkłada mu listy do skrzynki. I przez to brzmiało to dla wszystkich cholernie cool.
- Uhm…! - nagle Egbert przypomniał sobie, że też powinien coś odpowiedzieć. - Puk puk!
…i w tej chwili zabrzmiał dzwonek, przez który nasz Piotruś Pan wypuścił z rąk kartki papieru. W panice zaczął je zbierać.
- Dziewczynko! Czekaj! - dodał do wcześniejszej wypowiedzi, gdy tylko znalazł papier oznaczony numerem 1.
- I mam cię! - w tej chwili trzeba sobie wyobrazić jak Wendy łapie cień, czego akurat w żaden sposób nie przedstawił Dave.
- M-masz go! - odpowiedział czarnowłosy zgodnie z tekstem.
- A ty to kto? Twoje to, to, to?
- A-a no moje! Jestem Pan! Piotruś Pan!
- Jaki Pan?
- Piotruś! - jak można było się domyślić, obecność blondyna, który wcielił się w rolę Wendy działała bardzo… Uspokajająco na nerwy Egberta. - Oddasz mi mój cień?
- To cień?
- No a nie widzisz! Ostatnio często ode mnie ucieka!
Hussie przerwał ów próbę, ponownie klaszcząc w dłonie. Usiadł na krześle w pierwszym rzędzie, założył nogę na nogę i uważnie przyjrzał się owej dwójce. Po sali przeszły szmery rozmów. Niektóre wyrażały troszkę nieprzychylne komentarze na temat owego „występu”, ale co się przejmować. To dopiero pierwsza próba, później będzie lepiej…
- Czyż nie? - …panie Andrew, proszę nie dokańczać retorycznych kwestii narratora. Ów pan odchrząknął. - Czyż nie wyszło wam to świetnie?! Wręcz wspaniale! Oczywiście, kilka rzeczy trzeba dopracować, ale to nic… - machnął ręką, śmiejąc się, a wręcz chichocząc jak paryska dziewoja. - Zagrajcie to jeszcze raz – i klasnął w dłonie.
- Pssst… - w słuchawkach Aradii na nowo odezwał się głos jej przyjaciółki. - Możesz ustawić telefon tak bym widziała jak grają?
Drugi raz nie trzeba było się pytać. Dziewczyna oparła telefon o swoją nogę, tak by kamera była ustawiona wprost na aktorską parkę. Sama nie była zbytnio pochłonięta ich występem, bardziej skupiła się na dekoracjach.
- Bu!
...i Megido podskoczyła, a jej telefon zsunął się z owego miejsca, z powodu braku podpory. Rozmówczyni widziała już tylko sufit salki.
- Haha, aleś się wystraszyła – znajomy głos pewnej Mega Bitch. I nie, narrator nie ma tu na myśli Audrey z HuniePop.
Aradia przemilczała ów śmiech, by poprawić umieszczenie telefonu.
- No dobra, a teraz się nie gniewaj. Mów co mam robić – okularnica usiadła sobie obok niej, jednocześnie bez żadnych skrupułów zerkając na plany wszystkich dekoracji. - W czym pomóc. Cokolwiek! - jej entuzjazm wydawał się, aż nazbyt podejrzany, jednak bordowowłosa postanowiła to zignorować.
- Powycinaj z tego motyle – podała jej nożyczki, wraz z tekturą na której były już narysowane różnorodnego kształtu owady. Serket przytaknęła z uśmiechem, zabierając się do swojej części pracy.
- Jak te pacany skończą grać, to będzie moja część prób, więc cię z tym zostawię, okej? - zapytała zaraz, gdy tylko ostrza nożyczek przecięły skrawek makulatury.
Megido przytaknęła, dając znać, że zrozumiała.
- I się rozchmurz!
Gdy jednak owa dziewczyna tego nie zrobiła, Vriska dźgnęła ją lekko łokciem w bok. Przyjaźnie, jakby znały się od dziecka.
Coś tu jest nie tak…