Dla wszystkich uczniów uczęszczających na artystycznie rozwinięte próby pana Hussie’ego, było istną zgrozą usłyszenie o jego lekarskim zwolnieniu, z powodu zachorowania na ospę wietrzną. Musieli powracać do swoich nudnych sal, na nudne lekcje, z nudnymi nauczycielami, a dodatkowo data wystawienia owego zacnego przedstawienia musiała zostać przesunięta co okropnie przeżywała znaczna większość aktorów – czyt. Tavros i Aradia przeżywali tak mocno, że doskonale użalali się za ponad połowę grupy. Andrew powysyłał wszystkim aktorom na maila – do tej pory nikt nie wie jak się o ich mailach dowiedział, bo nie podpisywali żadnego paktu z diabłem gdzie musieli uzupełnić rubryczkę o nazwie „Twój e-mail” - szczegóły dotyczące tego jak poszczególny aktor, bądź ktoś inny, ma ćwiczyć oraz kilka pocieszających słów, iż przedstawienie odbędzie się, nawet gdyby miał umierać na przewlekłego raka z przerzutami od płuc, do serca i mózgu, a dodatkowo musieliby mu połowę tego mięsa wyciąć, przez co nawet nie byłby w stanie odpowiednio jeść papki ryżowej oraz pizzy. Tak, cóż to za wspaniały nauczyciel z idealnym podejściem do młodzieży.
Jeśli chodzi o rozwinięcie się sprawy kochanej dwójki…
Wszyscy ich przyjaciele przyjęli to z istną miłością oraz gratulacjami. Co chwilę, przez pierwszy miesiąc słyszeli „Ach jak dobrze, że w końcu jesteście razem”, albo „Wiedziałem, że do tego dojdzie”, czy nawet „ACHHHH” fanatycznych fanek Stridera, które w większości były yaoistkami i w sumie przestawiły się z prześladowania non stop blondyna, na prześladowanie ich nowego ukochanego shipu. Nie wiecie nawet jak wattpad opływał w fanfiki pisane przez owe, upośledzone, dziewczęta, które dotyczyły złamanego serca Dave’a, który aż począł grać w niebieskiego wieloryba, jednak miłość do „nowego ucznia” go ocaliła, bla bla bla… Mam małe deja vu…? No, nieważne.
Najważniejsze było to, że chłopcy byli naprawdę szczęśliwi. Nawet wizyty Gamzee’ego u psychologa stały się o wiele spokojniejsze – nic dziwnego, skoro nastał najszczęśliwszy okres w jego życiu. Terapeuta co poniedziałek musiał wysłuchiwać jak ten klaun opowiada o całym swoim tygodniu spędzonym w towarzystwie uroczej kulki nienawiści. Co chwilę „Byliśmy w kawiarni i jakaś pani wylała kawę obok naszego stolika, a Karkuś pomógł jej sprzątać”, albo „Mówiłem panu jak to Karkuś dzisiaj sprzątał nasz pokój?”, lub też „A Karkuś to tam…” i wtedy lekarz mu przerywał mówiąc, że czas się skończył, ale jemu to nie przeszkadzało, by całą drogę powrotną wracać myślami, do owych wydarzeń, a przy tym rumienić się jak wcześniej wspomniane stado piszczących yaoistek, które jak tylko zauważą ich niewinne buziaki w policzki, stają się czerwone niczym sos pomidorowy obecny na pizzy pepperoni. Aradia i Terezi robiły im nawet za bodyguardów i odganiały one wszystkie napalone fanki, a szczególnie te, które nie powstydziły się porobić kilkunastu zdjęć swoimi nowoczesnymi aparatami firmy Canon. Przypadek?
Najgorszy czas nastał, gdy przyszły święta. Happy Easter!
Pan Makara, jak i pan Vantas zostali zmuszeni do dłuższej rozłąki. Głównie ze względu na rodzinę tego drugiego, bo jak wszyscy wiedzą, ten pierwszy jej nie miał. Karkat nie był skory do przedstawiania swojego nowego obiektu westchnień ojcu, skoro wiedział jak się skwasi. W końcu jako drugi w rodzinie, zaraz po swoim bracie, okazał się gejem. Czarnowłosy wolał na spokojnie porozmawiać z ojcem, co byłoby w jego przypadku bardzo trudne, ale by się postarał. Nie chciał tego ukrywać, jednak nie chciał również by to tak od razu skoczyło na ojca, jak groźny tygrys, na niewinną antylopę. Musiał wszystko przemyśleć i odpowiednio rozplanować.
Karkat ziewnął, znudzony już gadatliwością swojego starszego brata. Miał ochotę na niego nakrzyczeć by zamknął tą niewyparzoną vlogerską mordę, jednak żołądek za bardzo ściskał mu się ze stresu, by cokolwiek powiedzieć. Zbyt przejmował się ojcem.
- No to moi drodzy – kończył swoją wypowiedź starszy z Vantasów, nagrywając krótkie pożegnanie na snapchata, swoim nowiutkim Iphonem, czy czymś takim. - Do zobaczenia po świętach i spędźcie je wesoło z rodziną, jak ja z moją – tu przysunął się znacznie do swojego braciszka, obejmując go ramieniem. - Pożegnaj się Karkat!
Czarnowłosy burknął tylko coś niewyraźnego oraz niemiłego, zakrywając swoją bladą mordkę rękami. Chciał mieć jak najmniej wspólnego z internetowym życiem Kankriego, który swoją logiką, moralnością, a także pojęciem o świecie przyciągał coraz większą liczbę fanów. Jak?!
Kankri był wyższy o ponad głowę od swojego młodszego brata. Miał prawie białe włosy, bardziej srebrzyste, u których były lekko widoczne ciemne odrosty. Jak można się domyślić – farbował, ale ostatnio nie miał zbytnio czasu, by wybrać się do fryzjera, a dodatkowo uznał, że to w sumie nie wygląda tak źle i zostawił, jak zostawił. Był on od jakiegoś czasu już dosyć zabiegany, chociaż jego jedyną stałą pracą było nagrywanie vlogów na youtube, prowadzenie bloga oraz, ewentualnie, zajmowanie się swoim leniwym chłopakiem.
- No już, nie bulwersuj się – odparł starszy, chowając przenośne urządzenie, do swojej brązowej, męskiej, torby i zwracając wzrok w stronę czarnowłosego. - Złość piękności szkodzi.
Karkat znów coś burknął.
- Rozumiem – westchnął Kankri. - Masz zamiar dziś powiedzieć ojcu o twoim małym romansie?
Niskiego chłopaka przeszedł zimny dreszcz po karku. Natychmiast się wyprostował i zatrzymał.
- Skąd… - zaczął, jednak nie wiedział jak się dalej wysłowić.
- Mam swoje dojścia – odparł z uśmieszkiem jego brat, po czym ujął go za ramię, ciągnąc w stronę chodnika. W końcu tamten stanął na środku ulicy. - I nie mówię o Dave’ie – dodał, nie chcąc być źle zrozumianym. Dalej musiał prowadzić młodszego, który miał ochotę zapaść się pod ziemię.
Ta za długa chwila ciszy była dla Karkata przytłaczająca. Najwyraźniej jego brat czekał na wyjaśnienia, ale w tej chwili to czarnowłosy chciałby wiedzieć skąd Kankri ma takie informacje, skoro jedyną wiadomością jaką się z nim dzielił, to było to co zjadł na obiad!
Białowłosy ponownie wydał z siebie westchnięcie.
- Cronus rozmawiał niedawno ze swoim bratem. No wiesz, tym co ma tak krzywo pofarbowane
włosy – powiedział w końcu, krzywiąc się lekko na wspomnienie owej fryzury Eridana. - Jak dobrze, że przynajmniej jeden z Amporów nie szaleje za farbowaniem i niszczeniem swojej głowy, jednak nadmiar żelu na ich kłakach to chyba jakaś rodzinna tradycja, albo w genach przenoszone przyzwyczajenie. Nie zdziwiłbym się jakby pierwszą czynnością jaką Cro wykonał po narodzinach było zaczesanie włosów do tyłu, a przy tym zapalenie papierosa.
- Cronus nadal nałogowo pali? - zagadnął czarnowłosy, udając zainteresowanie. Chciał zmienić jak najszybciej temat, nie lubił bratu opowiadać o swoich sprawach prywatnych, a szczególnie na temat tego z kim się teraz umawia.
- Niestety tak. Nie potrafię na niego wpłynąć w tej sprawie, ale wierzę, że w końcu mi się uda. Moja siła perswazji przecież potrafi zdziałać cuda. Jak byłeś mały oduczyłem cię gryzienia własnych palców, pamiętasz?
- Jakbym mógł zapomnieć… - mruknął Karkat, krzyżując ręce na klatce piersiowej. - Nadawałeś mi przez ponad tydzień jakie to może mieć skutki, chociaż taka prawda, że żadnych by nie miało.
- Ale było to niehigieniczne oraz trochę obrzydliwe.
- Miałem pięć lat!
- No to co? Jakaś etykieta obowiązuje w każdym wieku.
- Połowy rzeczy, które mi powiedziałeś nie zrozumiałem!
- Jestem pewny, że rozumiałeś, tylko udawałeś, że nie rozumiesz. W końcu jesteśmy spokrewnieni. To o czymś musi świadczyć i nie tylko o fakcie, że obaj mamy czerwone oczy oraz czarne włosy, a także podobne rysy twarzy.
- Mówiłeś o farbowaniu oraz niszczeniu włosów. Sam farbujesz geniuszu – burknął mu niższy na odchodne.
- Ale ja to robię u profesjonalistów, którzy wiedzą jak obchodzić się z takimi delikatnymi włosami, a zarazem starają się by tak delikatne pozostały.
- Jak dla mnie to siwiejesz.
- Po świętach umówiłem się już do fryzjera na odnowienie koloru. Pozostanę przy srebrzystym, niżeli śnieżnobiałym. Ten drugi zaczął mnie już troszkę razić, wolę mieć teraz bardziej stonowany kolor.
Czarnowłosy wywrócił oczami.
- Skąd ty masz pieniądze na tych „profesjonalistów”, skoro od dłuższego czasu już nie przyjmujesz datków od ojca? Zarabiasz tylko na robieniu jakiś super-ultra-mądrościowych vlogów na youtubie – zapytał chłopak, nie oszczędzając na sarkazmie i wrednym, przesiąkniętym zazdrością tonem.
- Od niedawna mam własną, małą firmę. Przynajmniej staram się by mogła z godnością nosić miano „firmy”. Na razie jeszcze dużo się uczę. Staram się ją jak najlepiej rozwinąć, a dzięki wtykom Damary w Japonii idzie mi całkiem nieźle, jednak nie chwalę dnia przed zachodem słońca. Muszę być przygotowanym na wszystko.
- Na czym polega… Czym zajmuje się ta twoja firma niby?
- A to już mój kochany braciszku, pozostanie moją tajemnicą, dopóki odpowiednio się nie rozrośnie – odrzekł Kankri z uśmieszkiem, czochrając czarną czuprynę swojego brata.
- Ugh…
Stali już akurat przed drzwiami do domu ich ojca, a kiedyś owszem i ich. Karkat nadal przyjeżdżał tu na wakacje lub dłuższą przerwę od szkoły, jednak Kankri, posiadacz własnego mieszkania, nie był tu od początku nowego roku.
- Wiesz, że staremu było przykro z powodu tego, że go nie odwiedzałeś? - zapytał retorycznie niższy.
- Ojcu, nie staremu, ojcu. I wiem, że było – odpowiedział białowłosy, po czym zadzwonił dzwonkiem do drzwi.
Po chwili w przejściu stanęła wysoka kobieta o ciemnobrązowych, długich włosach oraz promiennym uśmiechem na ustach. Miała lekko opaloną skórę, a także radosne piegi na policzkach. Ubrana była prosto, ale ewidentnie odświętnie, co bez skrupułów miał ochotę skomentować Kankri. Szczególnie zły dobór butów. Chociaż to były papcie, a w domu papcie obowiązują. Jednak zanim starszy z braci się odezwał, przerwała mu owa dama:
- Chłopcy już są! - krzyknęła ewidentnie do kogoś, znajdującego się w środku. Nie minęła nawet minuta, gdy u jej boku ukazał się wysoki mężczyzna, o czarnych włosach i kilkudniowym zaroście. Po czerwonej barwie tęczówek można było się domyślić czyj ojciec to właśnie jest.
- Witaj tato – przywitał się wpierw białowłosy ze swoim rodzicem, by po sekundzie zwrócić się ku kobiecie. - I pani Leijon – kiwnął w jej stronę głową tylko na przywitanie.
- Dzień dobry… - mruknął Karkat, speszony obecnością owej brązowowłosej oraz własnym ojcem. Miał teraz w głowie pomysł na „zabij się challenge” i to w wersji ekspresowej. Po co w ogóle tu przychodził skoro wiedział, że będzie czuł się niekomfortowo? Rodzina to chyba nie jest, aż taki SUPER argument.
- Nie stójcie tak w drzwiach, tylko wchodźcie – odezwał się najstarszy z Vantasów, podczas gdy panna Leijon potuptała niczym wesoły kotek do kuchni, by sprawdzić jak się trzymają jej dania.
Obaj chłopcy, gdy tylko weszli do środka, otrzymali ogromnego, wielkiego, olbrzymiego przytulasa od ich ojca. Karkat się skwasił, Kankri miał minę pokerface’a, przez którą przebijało się przyzwyczajenie. Chciał napomknąć coś o przestrzeni osobistej, jednak wolał raczej nie pouczać własnego taty, toteż zamilkł, czekając aż owa tortura się zakończy.
- Mam nadzieję, że jesteście głodni, bo jedzenie jest nie z tej ziemi! - odezwał się ponownie pan Vantas, puszczając swoich synów, a na odchodne, czochrając ich różnokolorowe czupryny.
Najmłodszy westchnął, niczym niewolnik egipski wycieńczony budową piramidy.
- Nie narzekaj – upomniał go starszy, zdejmując z siebie kurtkę i zawieszając ją na wieszaku. Poprawił on zaraz swój ukochany czerwony sweter oraz mankiety białej koszuli, która znajdowała się pod nim. Idealnie odświętny strój w jego mniemaniu. - Zawsze mogło być gorzej.
- Na przykład?
- Na przykład siedziałbyś teraz przy stole wraz z rodziną Zahhaków i zastanawiałbyś się czy ta ściereczka na stole jest do wytarcia ust po obiedzie, czy do potu.
Karkat chcąc nie chcąc cicho parsknął śmiechem.
A Kankri słysząc to, miał ochotę się przeżegnać, chociaż wierzący nie był.
- Ty się zaśmiałeś.
- Nie, zaskrzeczałem jak pterodaktyl – odburknął w odpowiedzi czarnowłosy, by po chwili również, jak wcześniej starszy, ściągnąć kurtkę.
Obaj po chwili znaleźli się w salonie, gdzie to miał się odbyć iście wspaniały rodzinny obiad, w rodzinnej atmosferze, w rodzinnym gronie, z kochaną rodziną. Tak, naprawdę musiałem dać ten nacisk na wszystko co z familią związane.
Karkat był spięty. Okropnie spięty.
Ale już nie przez sam fakt ojca, czy obecności pani Leijon. Zorientował się właśnie, że skoro jest tu ta kobieta oraz, że do stołu nakrywa starsza z jej córek, to gdzieś tu musi być…
- KITTY! - jebs w plecy, torpeda, kręgosłup złamany nananana nakurwiam węg-- a to nie to, sorry.
- K-kurwa… - tylko tyle wydobyło się z sinych ust czarnowłosego, kiedy to tak leżał wlepiony jak guma do żucia w podłogę, a do jego pleców przytulała się mała, zielono-niebieska, jasnobrązowa kocia kulka.
- Purr, purrr, purrrrr!
- Witaj Nepeto – przywitał się grzecznie Kankri, czytający akurat spam wiadomości od swojego chłopaka. Teraz to on westchnął, niczym niewolnik, by po chwili schować telefon, a wcześniej wyłączyć w ogóle opcje wibracji oraz dźwięku.
- Ja pierdole, N-nep złaź! - warknął w końcu mniejszy, chcąc się pozbyć dziewczyny ze swoich barków.
- Kochanie, bądź grzeczna! - wtem pojawiła się przy nich pani Leijon, która niczym rasowa opiekunka kotków ujęła swoją najmłodszą córkę pod pachy i ściągnęła ją z biednego Karkata. - Idź pomóż swojej siostrze przy nakrywaniu do stołu.
- Czy ja też bym się do czegoś przydał proszę pani? - zagadnął białowłosy, chcąc jakoś odpędzić ponure myśli, od swojego chłopaka, który był zmuszony siedzieć teraz u swojego ojca, wraz z wkurzającym młodszym bratem. O, deja vu x2.
- Tak! - odpowiedziała od razu, zadowolona. - Każda para rąk się przyda! - dodała, po czym bez chwili zastanowienia wysłała ową dwójkę do kuchni. Musiała w końcu jeszcze pomóc najmłodszemu wstać. - Przepraszam za nią, po prostu dawno cię nie widziała.
- T-tak… Wiem właśnie… - odpowiedział z przekąsem czarnowłosy, rozmasowując swoje bolące od upadku czoło.
- Usiądź już do stołu, zaraz podamy obiad.
Chłopak przytaknął.
Panna Leijon się oddaliła, a on, jak mu owa kobieta kazała, odsunął jedno krzesło, usiadł, rozejrzał się, a po chwili tego pożałował. Do drugiego końca stołu przysiadła się starsza siostra Nepety – Meulin. Ciemne włosy miała słabo rozczesane, blado-zielona grzywka przysłaniała jej twarz, która sama w sobie była wypłowiała i przygnębiona, wręcz trupia, osłupiała. Karkata, aż przeszły ciarki. Nie tak ją do końca zapamiętał, kiedy to ostatnim razem miał z nią styczność. Wcześniej kocia kulka, dziś koci szkielet.
Dobra. Rekonstrukcja wydarzeń.
Nepeta ma ADHD, więc to normalne, że tak się zachowuje, pani Leijon zawsze była miła, w końcu jest nauczycielką w przedszkolu, a Meulin była mocno podobna do ich obu, więc od kiedy…? W dzieciństwie bardzo dużo bawiła się ze swoją siostrą oraz innymi, nawet z Kankrim. Karkat to wszystko dobrze pamięta. Kogo w tych wspomnieniach brakuje…?
No nic. Czarnowłosy później nad tym więcej pomyśli. Teraz będzie musiał się skupić na przetrwaniu rodzinnego obiadu, w ultra hiper rodzinnej atmosferze, w gronie ukochanej rodziny… I rodziny Leijon.
Tak, o niczym innym nie marzył.
Długo nie musiał nawet czekać, gdy do stołu przysiadła się reszta obecnych osób. Oczywiście pan Vantas i pani Leijon usiedli obok siebie, podczas gdy to po lewej stronie Karkata, bez żadnych skrupułów, zasiadła Nepeta, ze świecącymi się jak gwiazdki oczkami, pełnymi błagania kota ze Shreka. Proszę, nie tylko Tavros posiadał takie umiejętności. Na szczęście, bądź nieszczęście, czarnowłosy miał również po swojej prawej Kankriego, który jakby co mógłby go… Nie wiem, zanudzić na śmierć, prawdopodobnie.
Jak na ironię ów obiad przebiegał w bardzo miłej atmosferze. Szczególnie dla najstarszych, którzy mogli cieszyć się swoim towarzystwem. Karkat starał się jak najmniej odzywać, a jego brat, nadal miał w głowie ostatnie wiadomości od swojego chłopaka, więc w sumie był rozkojarzony. Nepeta co chwilę machała łyżką, albo pytała o coś czarnowłosego, zwracając się do niego per Kitty. Tylko Meulin wykazywała taką chęć uczestniczenia w tym wszystkim, że ani razu się nie odezwała, ani również nic nie zjadła. Mimo największych starań pani Leijon, dziewczyna nie widziała większego sensu w czymkolwiek. Tylko przytakiwała, uśmiechała się sztucznie i brodziła widelcem w jedzeniu. Tak, naprawdę wspaniały rodzinny obiad, w rodzinnej atmosferze oraz w rodzinnym gronie.
- Słuchajcie dzieciaki… - zaczął najstarszy z obecnych, pan domu. - Mamy wam coś ważnego do powiedzenia.
Wszyscy grzecznie odłożyli sztućce, wpatrując się jak pani Leijon oraz pan Vantas wstają z krzeseł i łapią się za ręce.
- No więc tak… - dodała kobieta, ale jednak nie miała ochoty kończyć. - Ty im powiedz.
Spojrzała swoimi kocimi, zielonkawymi oczętami na mężczyznę stojącego u jej boku.
- Pobieramy się!
Cisza.
Cisza nastała.
Albo jednak nie.
- CO?! - Nepeta, wraz z Karkatem krzyknęli jednocześnie, również wstając od stołu. Spojrzeli po sobie, zdezorientowani, po czym z powrotem na swoich rodziców. - JAK TO?!
- No wiecie… - zaczęła brązowowłosa. - Tak to jest kiedy dwoje ludzi się spotka i zakocha.
- Ale, ale… - dziewczynka w niebieskiej, kociej czapce miała ochotę wyskoczyć przez okno. - K-kitty… Będzie moim bratem?
Oboje dorosłych przytaknęło.
- A Nep… - teraz zaczął KK. - Moją siostrą?
- Na to wychodzi. Dziwi to was, aż tak?
- Mnie nie – wtrącił się Kankri, który również wstał. - Tylko czekałem, aż to się stanie. Jeśli nie ma pani nic przeciwko, chętnie pomogę w wyborze sukni ślubnej, a raczej użyję moich kontaktów, by za jak najlepszą cenę mogła pani mieć szytą na miarę.
- N-nie musisz się aż tak starać, mam już jedną upatrzoną – odparła, lekko speszona kocia panna.
- Nawet jeśli. Jak zmieni pani zdanie, to wystarczy do mnie zadzwonić – wtem białowłosy sobie coś uświadomił. - Mam się nadal zwracać do pani per pani, czy może mamo?
Kobieta otworzyła szerzej oczy z szoku. Natychmiast okrążyła stół i przytuliła do siebie starszego z braci, chcąc mu tym samym okazać swoje szczęście.
- Możesz mówić mi mamo!
Karkat z powrotem usiadł. Nepeta powstrzymywała się od wybuchu rozpaczliwego płaczu. Skrzyżowała chude rączki na swojej klatce piersiowej, również siadając. Była zdenerwowana i nie zamierzała tego ukrywać. Stanie się teraz ze swoim obiektem westchnień rodziną! W jej mniemaniu tak nie powinno być!
Wyciągnęła z kieszeni swojej kurteczki notesik oraz ołówek. Otworzyła na stronie przeznaczonej shipom, po czym z ogromnym skupieniem skreśliła wszystkie serduszka nad rysunkiem jej oraz KK, a następnie nawet całą pracę. Zamknęła go i zostawiła na stole, patrząc się teraz pusto w przestrzeń.
Czarnowłosy nie bardzo wiedział jak miał zareagować. Niby był zły, ale wiedział teraz, że jego odwieczna „fanka” pozostawi go w większym spokoju. Przynajmniej tyle. Chociaż nie wyobrażał sobie, by mógł wytrzymać częstsze spotykanie się z nią. Wszystkie święta? Każdy przypadkowy dzień kiedy uzna, że wybranie się do ojca to dobry pomysł? No nic, najwyżej będzie rzadziej tu widziany, jak Kankri.
Myślał, że to już wystarczy jak na dziś, ale jednak nie. Nagle jego telefon zaczął rytmicznie wibrować, powiadamiając go o przychodzącym połączeniu. To był Sollux. Uznał, że pierdolić rodzinę i odbierze.
- Ta?
- KK! - usłyszał głos swojego przyjaciela, który ewidentnie był właśnie w biegu. - Ara i Gamz trafili do szpitala… Właśnie tam… Kurwa… PATRZ JAK JEDZIESZ!
Chłopak zacisnął rękę mocniej na telefonie.
Właśnie sobie przypomniał kogo brakowało w rekonstrukcji.
Kurloz.
Jeśli chodzi o rozwinięcie się sprawy kochanej dwójki…
Wszyscy ich przyjaciele przyjęli to z istną miłością oraz gratulacjami. Co chwilę, przez pierwszy miesiąc słyszeli „Ach jak dobrze, że w końcu jesteście razem”, albo „Wiedziałem, że do tego dojdzie”, czy nawet „ACHHHH” fanatycznych fanek Stridera, które w większości były yaoistkami i w sumie przestawiły się z prześladowania non stop blondyna, na prześladowanie ich nowego ukochanego shipu. Nie wiecie nawet jak wattpad opływał w fanfiki pisane przez owe, upośledzone, dziewczęta, które dotyczyły złamanego serca Dave’a, który aż począł grać w niebieskiego wieloryba, jednak miłość do „nowego ucznia” go ocaliła, bla bla bla… Mam małe deja vu…? No, nieważne.
Najważniejsze było to, że chłopcy byli naprawdę szczęśliwi. Nawet wizyty Gamzee’ego u psychologa stały się o wiele spokojniejsze – nic dziwnego, skoro nastał najszczęśliwszy okres w jego życiu. Terapeuta co poniedziałek musiał wysłuchiwać jak ten klaun opowiada o całym swoim tygodniu spędzonym w towarzystwie uroczej kulki nienawiści. Co chwilę „Byliśmy w kawiarni i jakaś pani wylała kawę obok naszego stolika, a Karkuś pomógł jej sprzątać”, albo „Mówiłem panu jak to Karkuś dzisiaj sprzątał nasz pokój?”, lub też „A Karkuś to tam…” i wtedy lekarz mu przerywał mówiąc, że czas się skończył, ale jemu to nie przeszkadzało, by całą drogę powrotną wracać myślami, do owych wydarzeń, a przy tym rumienić się jak wcześniej wspomniane stado piszczących yaoistek, które jak tylko zauważą ich niewinne buziaki w policzki, stają się czerwone niczym sos pomidorowy obecny na pizzy pepperoni. Aradia i Terezi robiły im nawet za bodyguardów i odganiały one wszystkie napalone fanki, a szczególnie te, które nie powstydziły się porobić kilkunastu zdjęć swoimi nowoczesnymi aparatami firmy Canon. Przypadek?
Najgorszy czas nastał, gdy przyszły święta. Happy Easter!
Pan Makara, jak i pan Vantas zostali zmuszeni do dłuższej rozłąki. Głównie ze względu na rodzinę tego drugiego, bo jak wszyscy wiedzą, ten pierwszy jej nie miał. Karkat nie był skory do przedstawiania swojego nowego obiektu westchnień ojcu, skoro wiedział jak się skwasi. W końcu jako drugi w rodzinie, zaraz po swoim bracie, okazał się gejem. Czarnowłosy wolał na spokojnie porozmawiać z ojcem, co byłoby w jego przypadku bardzo trudne, ale by się postarał. Nie chciał tego ukrywać, jednak nie chciał również by to tak od razu skoczyło na ojca, jak groźny tygrys, na niewinną antylopę. Musiał wszystko przemyśleć i odpowiednio rozplanować.
Karkat ziewnął, znudzony już gadatliwością swojego starszego brata. Miał ochotę na niego nakrzyczeć by zamknął tą niewyparzoną vlogerską mordę, jednak żołądek za bardzo ściskał mu się ze stresu, by cokolwiek powiedzieć. Zbyt przejmował się ojcem.
- No to moi drodzy – kończył swoją wypowiedź starszy z Vantasów, nagrywając krótkie pożegnanie na snapchata, swoim nowiutkim Iphonem, czy czymś takim. - Do zobaczenia po świętach i spędźcie je wesoło z rodziną, jak ja z moją – tu przysunął się znacznie do swojego braciszka, obejmując go ramieniem. - Pożegnaj się Karkat!
Czarnowłosy burknął tylko coś niewyraźnego oraz niemiłego, zakrywając swoją bladą mordkę rękami. Chciał mieć jak najmniej wspólnego z internetowym życiem Kankriego, który swoją logiką, moralnością, a także pojęciem o świecie przyciągał coraz większą liczbę fanów. Jak?!
Kankri był wyższy o ponad głowę od swojego młodszego brata. Miał prawie białe włosy, bardziej srebrzyste, u których były lekko widoczne ciemne odrosty. Jak można się domyślić – farbował, ale ostatnio nie miał zbytnio czasu, by wybrać się do fryzjera, a dodatkowo uznał, że to w sumie nie wygląda tak źle i zostawił, jak zostawił. Był on od jakiegoś czasu już dosyć zabiegany, chociaż jego jedyną stałą pracą było nagrywanie vlogów na youtube, prowadzenie bloga oraz, ewentualnie, zajmowanie się swoim leniwym chłopakiem.
- No już, nie bulwersuj się – odparł starszy, chowając przenośne urządzenie, do swojej brązowej, męskiej, torby i zwracając wzrok w stronę czarnowłosego. - Złość piękności szkodzi.
Karkat znów coś burknął.
- Rozumiem – westchnął Kankri. - Masz zamiar dziś powiedzieć ojcu o twoim małym romansie?
Niskiego chłopaka przeszedł zimny dreszcz po karku. Natychmiast się wyprostował i zatrzymał.
- Skąd… - zaczął, jednak nie wiedział jak się dalej wysłowić.
- Mam swoje dojścia – odparł z uśmieszkiem jego brat, po czym ujął go za ramię, ciągnąc w stronę chodnika. W końcu tamten stanął na środku ulicy. - I nie mówię o Dave’ie – dodał, nie chcąc być źle zrozumianym. Dalej musiał prowadzić młodszego, który miał ochotę zapaść się pod ziemię.
Ta za długa chwila ciszy była dla Karkata przytłaczająca. Najwyraźniej jego brat czekał na wyjaśnienia, ale w tej chwili to czarnowłosy chciałby wiedzieć skąd Kankri ma takie informacje, skoro jedyną wiadomością jaką się z nim dzielił, to było to co zjadł na obiad!
Białowłosy ponownie wydał z siebie westchnięcie.
- Cronus rozmawiał niedawno ze swoim bratem. No wiesz, tym co ma tak krzywo pofarbowane
włosy – powiedział w końcu, krzywiąc się lekko na wspomnienie owej fryzury Eridana. - Jak dobrze, że przynajmniej jeden z Amporów nie szaleje za farbowaniem i niszczeniem swojej głowy, jednak nadmiar żelu na ich kłakach to chyba jakaś rodzinna tradycja, albo w genach przenoszone przyzwyczajenie. Nie zdziwiłbym się jakby pierwszą czynnością jaką Cro wykonał po narodzinach było zaczesanie włosów do tyłu, a przy tym zapalenie papierosa.
- Cronus nadal nałogowo pali? - zagadnął czarnowłosy, udając zainteresowanie. Chciał zmienić jak najszybciej temat, nie lubił bratu opowiadać o swoich sprawach prywatnych, a szczególnie na temat tego z kim się teraz umawia.
- Niestety tak. Nie potrafię na niego wpłynąć w tej sprawie, ale wierzę, że w końcu mi się uda. Moja siła perswazji przecież potrafi zdziałać cuda. Jak byłeś mały oduczyłem cię gryzienia własnych palców, pamiętasz?
- Jakbym mógł zapomnieć… - mruknął Karkat, krzyżując ręce na klatce piersiowej. - Nadawałeś mi przez ponad tydzień jakie to może mieć skutki, chociaż taka prawda, że żadnych by nie miało.
- Ale było to niehigieniczne oraz trochę obrzydliwe.
- Miałem pięć lat!
- No to co? Jakaś etykieta obowiązuje w każdym wieku.
- Połowy rzeczy, które mi powiedziałeś nie zrozumiałem!
- Jestem pewny, że rozumiałeś, tylko udawałeś, że nie rozumiesz. W końcu jesteśmy spokrewnieni. To o czymś musi świadczyć i nie tylko o fakcie, że obaj mamy czerwone oczy oraz czarne włosy, a także podobne rysy twarzy.
- Mówiłeś o farbowaniu oraz niszczeniu włosów. Sam farbujesz geniuszu – burknął mu niższy na odchodne.
- Ale ja to robię u profesjonalistów, którzy wiedzą jak obchodzić się z takimi delikatnymi włosami, a zarazem starają się by tak delikatne pozostały.
- Jak dla mnie to siwiejesz.
- Po świętach umówiłem się już do fryzjera na odnowienie koloru. Pozostanę przy srebrzystym, niżeli śnieżnobiałym. Ten drugi zaczął mnie już troszkę razić, wolę mieć teraz bardziej stonowany kolor.
Czarnowłosy wywrócił oczami.
- Skąd ty masz pieniądze na tych „profesjonalistów”, skoro od dłuższego czasu już nie przyjmujesz datków od ojca? Zarabiasz tylko na robieniu jakiś super-ultra-mądrościowych vlogów na youtubie – zapytał chłopak, nie oszczędzając na sarkazmie i wrednym, przesiąkniętym zazdrością tonem.
- Od niedawna mam własną, małą firmę. Przynajmniej staram się by mogła z godnością nosić miano „firmy”. Na razie jeszcze dużo się uczę. Staram się ją jak najlepiej rozwinąć, a dzięki wtykom Damary w Japonii idzie mi całkiem nieźle, jednak nie chwalę dnia przed zachodem słońca. Muszę być przygotowanym na wszystko.
- Na czym polega… Czym zajmuje się ta twoja firma niby?
- A to już mój kochany braciszku, pozostanie moją tajemnicą, dopóki odpowiednio się nie rozrośnie – odrzekł Kankri z uśmieszkiem, czochrając czarną czuprynę swojego brata.
- Ugh…
Stali już akurat przed drzwiami do domu ich ojca, a kiedyś owszem i ich. Karkat nadal przyjeżdżał tu na wakacje lub dłuższą przerwę od szkoły, jednak Kankri, posiadacz własnego mieszkania, nie był tu od początku nowego roku.
- Wiesz, że staremu było przykro z powodu tego, że go nie odwiedzałeś? - zapytał retorycznie niższy.
- Ojcu, nie staremu, ojcu. I wiem, że było – odpowiedział białowłosy, po czym zadzwonił dzwonkiem do drzwi.
Po chwili w przejściu stanęła wysoka kobieta o ciemnobrązowych, długich włosach oraz promiennym uśmiechem na ustach. Miała lekko opaloną skórę, a także radosne piegi na policzkach. Ubrana była prosto, ale ewidentnie odświętnie, co bez skrupułów miał ochotę skomentować Kankri. Szczególnie zły dobór butów. Chociaż to były papcie, a w domu papcie obowiązują. Jednak zanim starszy z braci się odezwał, przerwała mu owa dama:
- Chłopcy już są! - krzyknęła ewidentnie do kogoś, znajdującego się w środku. Nie minęła nawet minuta, gdy u jej boku ukazał się wysoki mężczyzna, o czarnych włosach i kilkudniowym zaroście. Po czerwonej barwie tęczówek można było się domyślić czyj ojciec to właśnie jest.
- Witaj tato – przywitał się wpierw białowłosy ze swoim rodzicem, by po sekundzie zwrócić się ku kobiecie. - I pani Leijon – kiwnął w jej stronę głową tylko na przywitanie.
- Dzień dobry… - mruknął Karkat, speszony obecnością owej brązowowłosej oraz własnym ojcem. Miał teraz w głowie pomysł na „zabij się challenge” i to w wersji ekspresowej. Po co w ogóle tu przychodził skoro wiedział, że będzie czuł się niekomfortowo? Rodzina to chyba nie jest, aż taki SUPER argument.
- Nie stójcie tak w drzwiach, tylko wchodźcie – odezwał się najstarszy z Vantasów, podczas gdy panna Leijon potuptała niczym wesoły kotek do kuchni, by sprawdzić jak się trzymają jej dania.
Obaj chłopcy, gdy tylko weszli do środka, otrzymali ogromnego, wielkiego, olbrzymiego przytulasa od ich ojca. Karkat się skwasił, Kankri miał minę pokerface’a, przez którą przebijało się przyzwyczajenie. Chciał napomknąć coś o przestrzeni osobistej, jednak wolał raczej nie pouczać własnego taty, toteż zamilkł, czekając aż owa tortura się zakończy.
- Mam nadzieję, że jesteście głodni, bo jedzenie jest nie z tej ziemi! - odezwał się ponownie pan Vantas, puszczając swoich synów, a na odchodne, czochrając ich różnokolorowe czupryny.
Najmłodszy westchnął, niczym niewolnik egipski wycieńczony budową piramidy.
- Nie narzekaj – upomniał go starszy, zdejmując z siebie kurtkę i zawieszając ją na wieszaku. Poprawił on zaraz swój ukochany czerwony sweter oraz mankiety białej koszuli, która znajdowała się pod nim. Idealnie odświętny strój w jego mniemaniu. - Zawsze mogło być gorzej.
- Na przykład?
- Na przykład siedziałbyś teraz przy stole wraz z rodziną Zahhaków i zastanawiałbyś się czy ta ściereczka na stole jest do wytarcia ust po obiedzie, czy do potu.
Karkat chcąc nie chcąc cicho parsknął śmiechem.
A Kankri słysząc to, miał ochotę się przeżegnać, chociaż wierzący nie był.
- Ty się zaśmiałeś.
- Nie, zaskrzeczałem jak pterodaktyl – odburknął w odpowiedzi czarnowłosy, by po chwili również, jak wcześniej starszy, ściągnąć kurtkę.
Obaj po chwili znaleźli się w salonie, gdzie to miał się odbyć iście wspaniały rodzinny obiad, w rodzinnej atmosferze, w rodzinnym gronie, z kochaną rodziną. Tak, naprawdę musiałem dać ten nacisk na wszystko co z familią związane.
Karkat był spięty. Okropnie spięty.
Ale już nie przez sam fakt ojca, czy obecności pani Leijon. Zorientował się właśnie, że skoro jest tu ta kobieta oraz, że do stołu nakrywa starsza z jej córek, to gdzieś tu musi być…
- KITTY! - jebs w plecy, torpeda, kręgosłup złamany nananana nakurwiam węg-- a to nie to, sorry.
- K-kurwa… - tylko tyle wydobyło się z sinych ust czarnowłosego, kiedy to tak leżał wlepiony jak guma do żucia w podłogę, a do jego pleców przytulała się mała, zielono-niebieska, jasnobrązowa kocia kulka.
- Purr, purrr, purrrrr!
- Witaj Nepeto – przywitał się grzecznie Kankri, czytający akurat spam wiadomości od swojego chłopaka. Teraz to on westchnął, niczym niewolnik, by po chwili schować telefon, a wcześniej wyłączyć w ogóle opcje wibracji oraz dźwięku.
- Ja pierdole, N-nep złaź! - warknął w końcu mniejszy, chcąc się pozbyć dziewczyny ze swoich barków.
- Kochanie, bądź grzeczna! - wtem pojawiła się przy nich pani Leijon, która niczym rasowa opiekunka kotków ujęła swoją najmłodszą córkę pod pachy i ściągnęła ją z biednego Karkata. - Idź pomóż swojej siostrze przy nakrywaniu do stołu.
- Czy ja też bym się do czegoś przydał proszę pani? - zagadnął białowłosy, chcąc jakoś odpędzić ponure myśli, od swojego chłopaka, który był zmuszony siedzieć teraz u swojego ojca, wraz z wkurzającym młodszym bratem. O, deja vu x2.
- Tak! - odpowiedziała od razu, zadowolona. - Każda para rąk się przyda! - dodała, po czym bez chwili zastanowienia wysłała ową dwójkę do kuchni. Musiała w końcu jeszcze pomóc najmłodszemu wstać. - Przepraszam za nią, po prostu dawno cię nie widziała.
- T-tak… Wiem właśnie… - odpowiedział z przekąsem czarnowłosy, rozmasowując swoje bolące od upadku czoło.
- Usiądź już do stołu, zaraz podamy obiad.
Chłopak przytaknął.
Panna Leijon się oddaliła, a on, jak mu owa kobieta kazała, odsunął jedno krzesło, usiadł, rozejrzał się, a po chwili tego pożałował. Do drugiego końca stołu przysiadła się starsza siostra Nepety – Meulin. Ciemne włosy miała słabo rozczesane, blado-zielona grzywka przysłaniała jej twarz, która sama w sobie była wypłowiała i przygnębiona, wręcz trupia, osłupiała. Karkata, aż przeszły ciarki. Nie tak ją do końca zapamiętał, kiedy to ostatnim razem miał z nią styczność. Wcześniej kocia kulka, dziś koci szkielet.
Dobra. Rekonstrukcja wydarzeń.
Nepeta ma ADHD, więc to normalne, że tak się zachowuje, pani Leijon zawsze była miła, w końcu jest nauczycielką w przedszkolu, a Meulin była mocno podobna do ich obu, więc od kiedy…? W dzieciństwie bardzo dużo bawiła się ze swoją siostrą oraz innymi, nawet z Kankrim. Karkat to wszystko dobrze pamięta. Kogo w tych wspomnieniach brakuje…?
No nic. Czarnowłosy później nad tym więcej pomyśli. Teraz będzie musiał się skupić na przetrwaniu rodzinnego obiadu, w ultra hiper rodzinnej atmosferze, w gronie ukochanej rodziny… I rodziny Leijon.
Tak, o niczym innym nie marzył.
Długo nie musiał nawet czekać, gdy do stołu przysiadła się reszta obecnych osób. Oczywiście pan Vantas i pani Leijon usiedli obok siebie, podczas gdy to po lewej stronie Karkata, bez żadnych skrupułów, zasiadła Nepeta, ze świecącymi się jak gwiazdki oczkami, pełnymi błagania kota ze Shreka. Proszę, nie tylko Tavros posiadał takie umiejętności. Na szczęście, bądź nieszczęście, czarnowłosy miał również po swojej prawej Kankriego, który jakby co mógłby go… Nie wiem, zanudzić na śmierć, prawdopodobnie.
Jak na ironię ów obiad przebiegał w bardzo miłej atmosferze. Szczególnie dla najstarszych, którzy mogli cieszyć się swoim towarzystwem. Karkat starał się jak najmniej odzywać, a jego brat, nadal miał w głowie ostatnie wiadomości od swojego chłopaka, więc w sumie był rozkojarzony. Nepeta co chwilę machała łyżką, albo pytała o coś czarnowłosego, zwracając się do niego per Kitty. Tylko Meulin wykazywała taką chęć uczestniczenia w tym wszystkim, że ani razu się nie odezwała, ani również nic nie zjadła. Mimo największych starań pani Leijon, dziewczyna nie widziała większego sensu w czymkolwiek. Tylko przytakiwała, uśmiechała się sztucznie i brodziła widelcem w jedzeniu. Tak, naprawdę wspaniały rodzinny obiad, w rodzinnej atmosferze oraz w rodzinnym gronie.
- Słuchajcie dzieciaki… - zaczął najstarszy z obecnych, pan domu. - Mamy wam coś ważnego do powiedzenia.
Wszyscy grzecznie odłożyli sztućce, wpatrując się jak pani Leijon oraz pan Vantas wstają z krzeseł i łapią się za ręce.
- No więc tak… - dodała kobieta, ale jednak nie miała ochoty kończyć. - Ty im powiedz.
Spojrzała swoimi kocimi, zielonkawymi oczętami na mężczyznę stojącego u jej boku.
- Pobieramy się!
Cisza.
Cisza nastała.
Albo jednak nie.
- CO?! - Nepeta, wraz z Karkatem krzyknęli jednocześnie, również wstając od stołu. Spojrzeli po sobie, zdezorientowani, po czym z powrotem na swoich rodziców. - JAK TO?!
- No wiecie… - zaczęła brązowowłosa. - Tak to jest kiedy dwoje ludzi się spotka i zakocha.
- Ale, ale… - dziewczynka w niebieskiej, kociej czapce miała ochotę wyskoczyć przez okno. - K-kitty… Będzie moim bratem?
Oboje dorosłych przytaknęło.
- A Nep… - teraz zaczął KK. - Moją siostrą?
- Na to wychodzi. Dziwi to was, aż tak?
- Mnie nie – wtrącił się Kankri, który również wstał. - Tylko czekałem, aż to się stanie. Jeśli nie ma pani nic przeciwko, chętnie pomogę w wyborze sukni ślubnej, a raczej użyję moich kontaktów, by za jak najlepszą cenę mogła pani mieć szytą na miarę.
- N-nie musisz się aż tak starać, mam już jedną upatrzoną – odparła, lekko speszona kocia panna.
- Nawet jeśli. Jak zmieni pani zdanie, to wystarczy do mnie zadzwonić – wtem białowłosy sobie coś uświadomił. - Mam się nadal zwracać do pani per pani, czy może mamo?
Kobieta otworzyła szerzej oczy z szoku. Natychmiast okrążyła stół i przytuliła do siebie starszego z braci, chcąc mu tym samym okazać swoje szczęście.
- Możesz mówić mi mamo!
Karkat z powrotem usiadł. Nepeta powstrzymywała się od wybuchu rozpaczliwego płaczu. Skrzyżowała chude rączki na swojej klatce piersiowej, również siadając. Była zdenerwowana i nie zamierzała tego ukrywać. Stanie się teraz ze swoim obiektem westchnień rodziną! W jej mniemaniu tak nie powinno być!
Wyciągnęła z kieszeni swojej kurteczki notesik oraz ołówek. Otworzyła na stronie przeznaczonej shipom, po czym z ogromnym skupieniem skreśliła wszystkie serduszka nad rysunkiem jej oraz KK, a następnie nawet całą pracę. Zamknęła go i zostawiła na stole, patrząc się teraz pusto w przestrzeń.
Czarnowłosy nie bardzo wiedział jak miał zareagować. Niby był zły, ale wiedział teraz, że jego odwieczna „fanka” pozostawi go w większym spokoju. Przynajmniej tyle. Chociaż nie wyobrażał sobie, by mógł wytrzymać częstsze spotykanie się z nią. Wszystkie święta? Każdy przypadkowy dzień kiedy uzna, że wybranie się do ojca to dobry pomysł? No nic, najwyżej będzie rzadziej tu widziany, jak Kankri.
Myślał, że to już wystarczy jak na dziś, ale jednak nie. Nagle jego telefon zaczął rytmicznie wibrować, powiadamiając go o przychodzącym połączeniu. To był Sollux. Uznał, że pierdolić rodzinę i odbierze.
- Ta?
- KK! - usłyszał głos swojego przyjaciela, który ewidentnie był właśnie w biegu. - Ara i Gamz trafili do szpitala… Właśnie tam… Kurwa… PATRZ JAK JEDZIESZ!
Chłopak zacisnął rękę mocniej na telefonie.
Właśnie sobie przypomniał kogo brakowało w rekonstrukcji.
Kurloz.
