sobota, 25 marca 2017

Chapter VIII: CaN… cAn I jUsT… pLeAsE?

- autor uważa, iż ta piosenka idealnie oddaje owe stosunki niżej występujących postaci. Hope you like it -

Gamzee wrócił dłuższy czas po Karkacie, który miał dość czasu by się uspokoić. Patrzył teraz tępo w przeciwległą ścianę, nie mając siły ani chęci się podnosić. Mimo braku większego roztargnienia, jego policzki nadal były mokre, a czasami nawet zdarzyło się spłynąć pojedynczej łzie. Klaun w pierwszej sekundzie nie pojął sytuacji, ale na szczęście to była tylko sekunda. Zaraz znalazł się naprzeciwko swojego przyjaciela.
- Karkuś…? Co się stało? - Makara chciał się przysunąć i go przytulić, najlepiej jak najszybciej, po co w ogóle coś mówił, mógł to od razu zrobić, ale… Czarnowłosy nie miał nawet najmniejszego zamiaru się na to zgodzić, od razu się odsunął.
- Nie dotykaj mnie! - warknął, nadal jeszcze płaczliwym głosem. Chłopak posłusznie zabrał od niego ręce. Vantas przygryzł dolną wargę i zamknął oczy, by się na nowo nie rozpłakać.
- Powiesz… Co się stało? - zagadnął spokojnie na nowo jego przyjaciel.
- A może ty, kurwa, powiesz co tak przede mną ukrywałeś?! Najlepszy przyjaciel do siedmiu boleści!
Klaun nie miał w ogóle pojęcia o co może mu chodzić. Przekręcił głowę na jedną stronę, wpatrując się pytająco w Karkata.
- Karkuś, ja przed tobą niczego nie ukrywam – odpowiedział, dopiero po dłuższej chwili.
- TA, JASNE! POWIEDZ TO WRESZCIE! CHCE TO USŁYSZEĆ OD CIEBIE!
- Emm…
- Kurwa… Nienawidzę cię, słyszysz?! NIENAWIDZĘ CIĘ! – chłopak nie wytrzymał i z jego czerwonych oczek na nowo zaczęły spływać łzy. - Tak bardzo cię nienawidzę! Nikt nienawidzi cię bardziej ode mnie! - tak go poniosło, że pięściami zaczął nawet okładać zdezorientowanego Makarę. Były to jednak bardzo słabe ciosy, godne jedynie wkurzonego pięciolatka. - Nienawidzę, nienawidzę, nienawidzę!!!
Gamzee nie wiedząc co więcej zrobić, ujął go w ramiona, przysunął do siebie i mocno przytulił, nie zważając na protesty oraz okładanie po głowie.
- Już… Już spokojnie Karkuś…
- Zostaw mnie! Nie słyszałeś?! Nienawidzę cię!
- Słyszałem… - można powiedzieć, że kochane klaunie serduszko trochę popękało. - Jak tylko się uspokoisz, to stąd idę. Nie zobaczysz mnie już więcej i nie będziesz musiał nikogo nienawidzić.
Ostatnie zdanie, a w szczególności pierwsze stwierdzenie przed „i” poruszyło Vantasem na tyle, że nagle wtulił się najmocniej jak potrafi w klauna oraz zacisnął dłonie na jego koszulce.
- N-nie idź… - wyłkał po chwili. - Nigdzie masz nie iść idioto…
- Ale mnie nienawidzisz…
- Nieprawda! Czemu kurwa słuchasz tego co mówię?! Masz zostać! - to się nazywa hipokryzja, rodem kobiety z okresem.
- Honk… - Makara posłusznie przytaknął.
Karkat pociągnął jeszcze nosem, opatulił mocniej chłopaka rękami i już nie zamierzał puścić dopóki nie uśnie. Albo nie umrze. Po prostu nie chciał, żeby nagle gdzieś poszedł. Nawet do łazienki. Teraz to jest jego przytulanka, której nigdy w swoim nędznym życiu nie puści.
„Wy bez siebie nie potraficie żyć.”
- G-gamzee… - odezwała się wtem niezdecydowana kulka nienawiści.
- Tak?
- Dlaczego… - zaczął Vantas, odsuwając się, ale tylko na kilka centymetrów, od swojego przyjaciela. - Nie powiedziałeś… M-mi nigdy, że mnie lubisz?
- Mówiłem ci to setki razy Karkuś.
- Ale nie w takim znaczeniu!
- To w jakim? - Makara, taki trochę internet explorer, ledwo łączył wątki. Kulka nienawiści wyklinała go za to w myślach.
- Co jest dalej po przyjaźni?
- Super przyjaźń?
- A dalej?
- Miłość jak do rodzeństwa?
- Daaalej.
- Nie wiem co jest dalej.
- Gamzee kretynie! Dlaczego mi nigdy nie powiedziałeś, że się we mnie zakochałeś?! - wykrzyknął zirytowany, po czym dłońmi zaraz zakrył swoje usta. Nie chciał pytać o to tak w prost, bo to był w tej sytuacji mocno niezręczny temat, przynajmniej w jego mniemaniu, ale co się powiedziało, się nie odpowie.
- Karkuś… - akurat to pan explorer pojął od razu. Jak dobrze, że miał ten swój makijaż, który mógł ukryć jego rumieńce. - Ja… Ja po prostu… - jak tu się wysłowić, co Makara? - Po prostu!
- „Po prostu”? - Vantas skrzyżował ręce na klatce piersiowej, a klaun tylko przytaknął. - Nie wiem, naprawdę nie wiem-
I jak to się stało, że wypowiedź Karkata została przerwana?

To już w następnym odcinku!

…dobra, wiem, że nie wytrzymacie.
Gamzee ujął ostrożnie twarz czarnowłosego. Ten się lekko zdezorientował, dlatego przerwał to co już zaczął mówić.
- Mogę…? - dopytał klaun, nawet sam nie będąc pewnym co chce zrobić.
Vantas w delikatnej panice przytaknął. Chłopak, nie zastanawiając się dłużej, przysunął się do niego i go pocałował. Ostrożnie, by zbytnio nie spłoszyć małej kulki nienawiści. Sam Karkat ledwo ogarnął co się dzieje, a na jego policzki wpłynął iście truskawkowy rumieniec. Aż by się go zjeść chciało. Aktualnie ten mniejszy nie wiedział co robić, w życiu się na poważniej nie całował i ledwo co był wstanie odwzajemnić, ale… Jako tako, to zrobił. Jego wargi drżały ze zdenerwowania, jak i język.
A Gamzee? Jeśli go pamięć nie myli, raz się całował, a teraz starał się by było Karkusiowi jak najmilej. Nawet trochę dziwnie to całowanie się przedłużało… Ale cóż zrobić, jeśli było to dla nich obojgu takie fajne? Przyjemne?
Jednak w końcu któryś musiał się odsunąć. Można się nawet domyśleć który. Kejkej z okresem, niby jest dobrze, ale mówi nie. Czy któraś z kobiet wyjaśni narratorowi jak można być tak niezdecydowanym?
- Przepraszam… - wydukał szeptem Makara.
- Nie masz za co przepraszać… - odparł Vantas, wycierając mokre policzki własnymi bandażami.
- Chodź, zmienimy je – dodał wyższy, wstając i łapiąc zapłakanego, umęczonego chłopca, delikatnie za rączkę.
Karkat nawet nie protestował. Pociągnął jeszcze noskiem, po czym wstał, udając się tam, gdzie kochany klaun go ciągnie, czyli do łazienki. Po chwilce usiadł na toalecie. Gamzee ostrożnie ujął jego ręce, po czym zaczął odwijać bandaże. Kilka świeżych ran trochę przeciekło, Vantas nie miał akurat ochoty wyjaśnić skąd też pojawiły się nowe siniaki. Mogło się zdarzyć, że kilka razy przywalił tymi rękami o szafkę, kiedy tego drugiego jeszcze nie było. Makara nic na ten temat również nie powiedział. Wiedział doskonale z jakimi emocjami jego przyjaciel podchodzi do niektórych spraw, a aktualna sytuacja była aż zbyt wyniszczająca dla czerwoniutkiego jak cukierek serduszka, które woła o trochę więcej czułości, z powodu ich niedoboru.
Vantas, patrząc jak klaun o niego dba, zaczął myślami wracać do przeszłości. Do tych miłych wspomnień, wspólnie zrobionych wraz z tym jedynym przyjacielem. Spędzili razem połowę swojego dotychczasowego życia, nie rozstawali się i jakoś nigdy nie mieli dość. To nie była obsesja, tylko najzwyklejsza chęć spędzania wspólnie czasu. Najczystsza, wspierająca i platoniczna miłość przyjacielska, którą pragnąłby każdy. „Dlaczego tego nigdy nie zauważyłem?” - zapytał samego siebie w myślach Karkat, czując ukłucie w środku klatki piersiowej. - „Dlaczego nigdy nie zauważyłem jak blisko jesteśmy…?”
- Gotowe – odparł Gamzee, gdy tylko skończył zawijać dłonie Vantasa w nowe bandaże.
Czarnowłosy, dając się ponieść nowym, w końcu zrozumiałym emocjom, ale jednocześnie, bojąc się wszystkiego dookoła, zsunął się na kolana, na nowo przytulając się do tego klauna, tak mocno jak wcześniej. Nie chcąc puścić, nie chcąc zostawić, chcąc być zawsze z nim, a jednocześnie mieć go za kogoś bliższego niż najlepszego przyjaciela do końca życia, świata, galaktyki, całego wszechświata i innych planet oraz nawet jeszcze dłużej w piekle, albo niebie.
- Przepraszam… - szepnął, na nowo zachodząc się łzami. - Przepraszam, że nigdy nie zauważyłem, że ja… - no dalej, powiedz to. - Ja… - Karkat, nie daj nam dłużej czekać. - J-ja… - chłopie od siedmiu boleści, tu shipperzy czekają! A narratorowi również spływają łzy po policzkach gdy to pisze.
- Rozumiem Karkuś, ja ciebie też – odparł klaun, jak najbardziej wszystko rozumiejąc. Poprawił włosy, znajdujące się na czole niższego przyjaciela, po czym go w owe miejsce pocałował.
Chłopak przełknął ciężką gulę w gardle. Nie musiał tego mówić, ale chciał, jednak strach jaki się wiązał z wielkością tych słów był dla niego zbyt obciążający. Był tych uczuć pewny, ale jednocześnie… Wow to coś dla niego nowego.
Gamzee głaskał go po głowie, na co Vantas nie zwrócił większej uwagi, chociaż była to jedna z tych najmilszych rzeczy, którą chciałby czuć cały czas. W sumie czuje prawie co noc, kiedy tylko nie może zasnąć, a klaun nie śpi jak zwykle. Słodko.
- Jesteś na pewno baardzo zmęczony – powiedział nagle Makara, jakby zwracał się do pięcioletniego dziecka. - Pora nyny.
KK pokręcił przecząco główką, wtulając się mocniej w tors klauna.
- Karkusiu, jeśli mnie nie posłuchasz będę na ciebie bardzo, ale to bardzo zły – dodała niania z powrotem, grożąc chłopczykowi palcem. - Posłuchaj mnie i grzecznie pomaszeruj do łóżka.
Teraz Vantas lekko zachichotał, ponownie kręcąc łebkiem na nie.
- Opowiem ci bajeczkę i ucałuje na dobranoc jeśli w ciągu trzech sekund znajdziesz się w łóżku – Gamzee wstał, podnosząc wraz ze sobą swojego chłopca, który na odchodne wytknął mu, z lekkim uśmiechem, język, po czym potuptał do łóżka, ciągnąc oczywiście wysoką nianię za sobą.
- Zadowolony? - niby burknął, niby nie, w stronę swojej opiekunki.
- Jak najbardziej – odparł ten, z szerokim, zadowolonym z siebie, uśmiechem.
Makara ostrożnie wtulił w siebie małe ciałko ukochanego przyjaciela, po czym ostrożnie przykrył ich oboje cienką kołderką we wzorek z żółwiami. Nie pytajcie czemu z żółwiami, nie obchodzi mnie, że to najmniej ważny aspekt tego opowiadania.
Karkat cicho westchnął, zaciskając dłonie na koszulce klauna, nie chcąc oczywiście jej następnie puszczać.
- Więc… - zaczął cicho, zamykając oczy i przygotowując się do ubłaganego odpoczynku. - Wychodzi na to, że… My razem…?
- Po prostu?
Czarnowłosy zachichotał.
- Po prostu… Cię kocham.

I w tym momencie panie i panowie, oto ten ship stał się canonem.


sobota, 4 marca 2017

Chapter VII: LOVE IS JUST A FUCKING MISTAKE.

- To jak… Niedługo będziesz, co? - głos Karkata był nad wyraz przyjazny. Na jego policzkach widniał lekki rumieniec, a oczka mu się świeciły jak po wypiciu dwóch kieliszków dobrego wina. Gdyby nie fakt, że spędził cały dzień w łóżku pod okiem Gamza, można by nawet uznać to za pewniak.
- Tak, za jakąś godzinę! - odparł wesolutki głos w jego telefonie.
- Uhm… - chłopak spojrzał na zegarek. - O dziewiętnastej?
- No tak, jak widzisz, hehe.
- To może… Około… No wiesz, jeśli chcesz, heh… Ten, około dwudziestej byśmy się spotkali?
- Czy ja wiem Karkat…
- Chociaż na półgodziny, może…?
Dziewczyna westchnęła.
- W porządku. I tak uważam, że powinnam z tobą porozmawiać, więc im szybciej tym lepiej.
- Heh… - czarnowłosy odetchnął z ulgą. - Przed szkołą? Czy po ciebie przyjść? Albo--
- Przed szkołą będzie dobrze!
- Jasne… To… Do potem…
- Papa!
Ich rozmowa się zakończyła. Czerwonooki miał serce dosłownie w gardle i biło mu jak oszalałe.
W końcu dziś, może niefortunnie, ale postanowił na poważnie porozmawiać ze swoim obiektem westchnień. Ona najprawdopodobniej już widziała wszystkie niszczące mu opinie zdjęcia, wolał więc jak najszybciej to wyjaśnić, a może mu się poszczęści. Mówiła też coś, że musi z nim pogadać, pewnie chodziło jej o to samo co jemu… Takie miał przynajmniej podejrzenia.
Wtem jego telefon zawibrował.

TA: yo KK.

Karkat nie miał ani czasu, ani chęci z nim gadać. Musiał się przygotować na swoje wymarzone spotkanie. Szczególnie wziąć prysznic. Jak na jego nos pachniał za bardzo Gamzem…

CG: CZEGO.
CG: I SZYBKO, BO CZASU NIE MAM.

TA: chciiałem 2iię tylko 2pytać czy iidziie2z na tą dzii2iiej2zą iimprezę u pana iidealnego.
CG: NIE MAM ZAMIARU SIĘ W OGÓLE DO NIEGO ZBLIŻAĆ DO KOŃCA MOJEGO PIEPRZONEGO ŻYCIA.
CG: MASZ, ODPOWIEDŹ IDEALNĄ.

TA: to w takiim raziie ja chyba też niie iidę.
TA: nowe 2krzynkii w c2’iie 2iię 2ame niie pootwiierają.

CG:  W OVERWATCHU TEŻ COŚ PODODAWALI.
CG: WIDZIAŁEŚ?

TA: je2zcze 2iię pyta2z.
CG: W SUMIE FAKT.
CG: TY JUŻ PEWNIE POŁOWĘ TYCH FANTÓW MASZ.

TA: niie połowę ale co2 2iię znajdziie.
CG: DOBRA, KOŃCZĘ.
CG: MIŁYCH OPPENINGÓW I BANKRUCTWA.

TA: dziiękii KK.

Po skończonej rozmowie, natychmiast odłożył telefon i udał się pędem pod prysznic. W tym samym czasie Gamz grał w Simsy na jego laptopie.

Zegarek tykał, a wskazówki się przesuwały, dając znak Karkatowi, że jeszcze jedna zmiana stroju, może go kosztować spóźnieniem. Zachowywał się sam teraz jak typowa nastolatka z serialu dla dziewczyn, która chce zaimponować swojemu chłopakowi, jednak było w tej sytuacji na odwrót.
- Bro, w tamtym czarnym swetrze było ci dobrze – skomentował klaun, widząc jak jego przyjaciel krząta się w tą i z powrotem, z łazienki do szafki, ciągle zmieniając koszulki.
- Ale jest niewyprany – burknął zirytowany Vantas, siadając w końcu, bez górnej części stroju, na toalecie. Starał się wtedy również za żadne skarby świata nie spoglądać na swoje zabandażowane ręce.
- A ta czerwona koszulka? - dopytał Gamzee, stając w drzwiach łazienki i podrzucając mu ową bluzkę.
- Ma krótki rękaw…
- Założysz tą bluzę.
- Którą?
- Ode mnie?
Czerwone oczy stały się nagle większe. Karkat wypadł z toalety, zakładając w pędzie ubranie, które wybrał dla niego jego przyjaciel, a zaraz potem wpadł – dosłownie i w przenośni - do szafki, starając się znaleźć tą magiczną bluzę. Tą bluzę, którą jego przyjaciel podarował mu na ostatnie urodziny. Była cała szara z czarnym kapturem i rękawami, a na jednym z ramion widniała mała naszywka przedstawiająca śpiącego kraba.
- Całkowicie o niej zapomniałem… - mruknął cicho jej właściciel, po czym natychmiast ją na siebie założył. - Dzięki Gamz – dodał, zakładając w pośpiechu buty i kurtkę.
Na pożegnanie przybił jeszcze ze swoim najlepszym przyjacielem przysłowiowego żółwika.

Vantas wdychał nerwowo powietrze. Albo się dusił. W sumie zapowietrzał, czyli dusił też. Był spóźniony i modlił się teraz tylko o to, by Terezi nie była zła. To w jakim będzie humorze, będzie zależało jaką decyzję podejmie w jego sprawie. Najprawdopodobniej sama doskonale już zadawała sobie sprawę o co mogło chodzić Karkatowi. Liczył, że ten wieczór będzie jego wieczorem. Wieczorem jego szczęścia.
- Hejka!
Panna Pyrope siedziała na szkolnym murku, ubrana  w czerwony, ciepły płaszcz oraz zimową czapkę z włochatą kulką na czubku. Jasno-rude włosy schowała pod nią, jednak swoich czerwonych okularów zdjąć nie miała zamiaru. Uśmiechała się szeroko w stronę swojego bliskiego kolegi.
- No hej… - odrzekł Karkat z niepewnym uśmiechem.
- Chciałeś pogadać, no to jestem! - dziewczyna zeskoczyła z murku, po czym czule przytuliła pana Chodzące Zdenerwowanie.
- Właśnie, tak… Uhm… - chłopak rozejrzał się szybko po okolicy, jakby szukając ratunku, po czym wbił wzrok w zaśnieżały chodnik. - Słuchaj, może przejdziemy się w cieplejsze miejsce, do kawiarenki, albo gdzieś…? - zaproponował, niby obojętnie, wzruszając przy tym ramionami.
- Wolałabym zostać tutaj. I tak nie mam za dużo czasu – odparła, cicho wzdychając.
- Oh… Okay… - czyli najwidoczniej na marne przekopał się przez połowę szafy, pozostawiając pokój w bursie jak po przejściu tornada.
Terezi z powrotem zgrabnie wspięła się na murek, a Karkat postarał się zrobić to równie z gracją, jednak… Wyszło jak wyszło, czyli prawie przewalił się do tyłu, gdyby nie szybkie załapanie przez niego równowagi. Na szczęście. Dość się ośmieszyłem już wcześniej. Nie spieprz tego Karkat, nie możesz… - dodał sobie w myślach otuchy, po czym wziął głęboki wdech i otworzył usta, chcąc coś powiedzieć:
- Słuchaj, Karkat, daj mi mówić pierwsza – jednak, panna Pyrope, wyprzedziła go w kolejności wypowiedzi.
Vantas zamrugał szybciej, przetrawiając jej słowa, po czym przytaknął. Miał nadzieję wyrzucić z siebie wszystko jak najprędzej, ale skoro dziewczyna „jego marzeń” chce mówić pierwsza, to niby miałby jej nie pozwolić?
- Dziękuję… - westchnęła. Teraz ona musiała się przygotować, na jego reakcję. - Heh… Karkat… Ja nie wiem jak zacząć, chociaż już nie raz starałam się wyobrazić przebieg tej rozmowy, jednak… - podrapała się w tył głowy, szukając dalszej części wypowiedzi. - Po prostu się nie da, z tobą się nie da.
- Huh? - po jego minie można było wywnioskować, że w ogóle nie rozumiał co jego przyjaciółka ma mu do przekazania.
- No tak… Karkat, ja wiem, że ty… Że ty mnie bardzo lubisz.
Chłopak przytaknął. Wyjęła mu to z ust, część swojej przemowy mógł już pominąć.
- Ale… Ja ciebie nie.
…rany na rękach Karkata jakby zapiekły świeżością, a jego serce nagle zastygło. Zacisnął dłonie na rękawie swojej kurtki.
- Nie chce żebyś odebrał to źle. Jesteś moim przyjacielem i nim pozostaniesz, jednak… Nic więcej.
Chłopak patrzył na nią, a jego czerwone oczy zakryła szarawa kurtyna. Pusty wzrok, który mówił, że chce iść do domu i najlepiej… Wypłakać się w poduszkę (?).
- Karkat… - złapała go ostrożnie za rękę, na co on się wzdrygnął. - Wiem, że… - Terezi nadal gubiła się we własnych myślach. Zupełnie nie wiedziała jak ubrać w słowa to, co chodzi jej po głowie. - To nie twoja wina. Nie obwiniaj się. Nie sprawiaj sobie bólu, proszę… - zacisnęła mocniej dłoń na
jego. - Jesteś wspaniałym przyjacielem, trochę wybuchowym, ale można na tobie polegać. Potrzebuję takiego przyjaciela, więc nie… Nie dopowiadaj nic, do moich słów. Jesteś świetny, ale mimo to, ja… Nie mogę z Tobą być.
Czarnowłosy jak zaklęty milcząco przytaknął. To nie było do niego podobne, szczególnie, że wewnątrz kulił się jak dziecko i krzyczał.
- Ale… - to pełne nadziei słowo. Dziewczyna delikatnie się uśmiechnęła. - Pomyśl teraz kto by mógł.
Karkat nie chciał myśleć. W wyobraźni zabijał się na tysiąc różnych sposobów. Znowu czuł się jak niepotrzebny śmieć.
- Owa osoba specjalnie dla ciebie zawaliła swój ostatni rok, by móc nadal mieszkać z tobą pod jednym dachem. Nie zorientowałeś się nawet wtedy?
Chłopak wtem ocknął się z morderczych wizji i w końcu zamrugał.
- Uch… - nic więcej nie potrafił wydusić z zaciśniętego gardła.
- Przyznał się Tavrosowi, a Tavros… No cóż, wygadał nam. Ja nie dam ci takiego szczęścia, jakie on ofiaruje ci codziennie. Przecież widzę. Wszyscy widzą.
Vantas potrząsnął przecząco głową, zabierając rękę z jej uścisku. Czuł jakby ją paliła.
- Karkat… Chce tylko byś otworzył oczy, na osobę która naprawdę cię kocha i czeka tylko, aż sam ją zauważysz. Dbasz o niego, a on o ciebie. Nikt nie chce cię stracić… A on w szczególności. Pamiętasz ten dzień kiedy trafiłeś do szpitala?
Czerwonooki tym razem nie patrzył na nią, tylko w dół. W ziemię. Nie chciał jej słuchać, a nie miał innego wyboru. Oczywiście, że pamiętał ten dzień. Jakby mógł zapomnieć?
- Nie odstępował twojego łóżka na krok, dopóki siłą go nie wyrzucili z sali. A wiesz co zrobił
potem? - dziewczyna nerwowo się zaśmiała. - Wziął jedną butelkę, potem drugą… I nim się obejrzeliśmy był wstawiony… Powiedział wtedy, że jeśli się nie obudzisz, skoczy z budynku szkoły.
Skrzyżował ręce, przyciskając je mocno do swojej klatki piersiowej. Nie chciał uwierzyć, że ten „cholerny” klaun miałby zrobić coś takiego. Głupek… - skomentował w głowie.
- Nie mówię tego, ze względu na litość, tylko na to, że wy bez siebie nie potraficie żyć… Więc proszę cię teraz, jak przyjaciółka, zauważ go i zauważ to jak bardzo się o ciebie stara…
Po dłuższej chwili milczenia z jego strony, przysunęła się do niego, objęła rękami i ciepło przytuliła. Vantas ani drgnął. Chciał udawać martwego, a przy tym mieć nadzieję, że smok porzuci żer.
- Przepraszam… W końcu i tak musiałeś się dowiedzieć… - ucałowała go jeszcze na pożegnanie w skroń, po czym zeszła z murku. - Odprowadzić cię do bursy? Mam jeszcze trochę czasu zanim zacznie się impreza u Stridera…
Na wspomnienie tego nazwiska, tylko bardziej się w nim zagotowało. Dawno, bardzo dawno nie czuł takiej nienawiści do samego siebie.
- Poradzę sobie… - mruknął, schodząc z murku i idąc zaraz w stronę domu. Do wspólnego domu z…
- No… Dobrze… Trzymaj się Karkat – rzuciła za nim, machając jeszcze, ale on się nie odwrócił, nie odpowiedział.
…Terezi zaczęła się martwić o niego jak nigdy w tej chwili.

Pokoik w bursie był pusty. Czarnowłosy wyczuł, że ten klaun musiał siedzieć u chłoptasia na wózku.
Zdjął z siebie kurtkę, buty, bluzę od przyjaciela rzucił w kąt. Usiadł na łóżku, oparł się o ścianę i przysunął kolana pod brodę, obejmując je rękami. Po chwili jednak te dłonie powędrowały na głowę.
Rozpłakał się.
I płakał teraz jak to dziecko, które wewnątrz niego nadal siedziało.