poniedziałek, 5 grudnia 2016

Chapter V: DRUNK ASSHOLE

TG: czekaj
TG: wyślę ci coś
TG: https://snapchat.films//1200862937


To – jak link podpowiada – był filmik nagrany Snapchatem. Karkat go nie widział, ale prawdopodobnie inni widzieli. Aktualnie on, oglądał go teraz.
Był to materiał z ostatniej imprezy u Stridera, gdzie tematem przewodni było Halloween. Słysząc śmiech zza kamery, Vantas domyślił się, że nagrywał to Egbert.

Na ekranie widział siebie. I Dave’a. Całujących się.

Wo wo wo, emocje, wybuchy, krew i wino, Wiedźmin, jednorożce.
Jednorożce nie zmieniają jednak faktu jak lagująco zareagował Karkat.
Włączył to wideo jeszcze raz. Nie wiedział po co. Po prostu może chciał znaleźć jakąś lukę, która pokaże, że GO do tego ZMUSZONO? I tak, ten capslock był tutaj potrzebny.
Na nagraniu jednak nic nie znalazł. Zaczynało się od chichotów Egberta pod nosem i kamery w podłodze, a potem przesunięcie na łóżko, aż w końcu na ich twarze. Trwało to krótko, ale wynikało z tego, że to właśnie Vantas domagał się całej tej sytuacji. Nie wyglądał on normalnie. Widział siebie, ale to jakby nie był on. Ręce zaczęły mu drżeć.

TG: mam jeszcze jakieś zdjęcia
TG: http://snapchat/25pkc95.jpg


Nie był pewny czy chce otworzyć ten link, szczególnie, że z przerażenia pobladł. Mógł się teraz bez problemu zmieszać z bielą kafelek w łazience.
Kliknął jednak i poczekał, aż się załaduje.
Rogi… No tak, przebrał się wtedy za jakiegoś niedorobionego diabełka, bo Gamzee i Tavros go namówili. Uważali, że to do niego „pasuje”. Miał teraz tylko nadzieję, że po prostu spał na jego kolanach. Mniejsze zło już było lepszym wyjściem, nie…?

CG: Ile osób już to widziało?


...i nagle Karkat przypomniał sobie co mówiła Aradia kilka dni wcześniej: „Wydaje mi się, że od niedawna jest jakoś dziwnie miły…”

TG: cała szkoła bro
TG: snapchat to magiczne miejsce
TG: wszyscy mnie obserwują
TG: i jeszcze więcej
TG: taki skutek bycia znanym

CG: ...usuń ten film i te zdjęcia.
CG: Mają zniknąć.
CG: Nikt więcej ma ich nie widzieć.
CG: JASNE?

TG: to już się nie uda Vantas
TG: kilka yaoistek z pierwszych klas ma ten filmik na swoich telefonach
TG: nie wiem jakim cudem
TG: a najwięcej screenów miałem przy zdjęciach
TG: z tobą
TG: nabijasz mi fejm bro

CG: wiesz, że cIE KURWA NIENAWIDZĘ
CG: ŻYCZĘ CI RAKA
CG: I PIERDOLI MNIE TO, ŻE TAK NIE POWINNO SIĘ MÓWIĆ
CG: SZCZERZE
CG: CIĘ
CG: NIENAWIDZĘ.

TG: ja się dziwię, że sam tego nie widziałeś
TG: skoro na snapie wszystko było
TG: a 24h to dużo czasu

CG: NA DRUGI DZIEŃ ZDYCHAŁEM
CG: NIE RUSZYŁEM TELEFONU
CG: NIE WIERZĘ W PRAWDZIWOŚĆ TEGO FILMU.

TG: sorry Vantas
TG: on jest prawdziwy

CG: UGHHHHH
CG: PIERDOL SIĘ

TG: może ktoś ci czegoś dosypał
TG: do napoju
TG: nie wiem
TG: nie wiem
TG: ale byłeś tak zachłanny
TG: wohoo

CG: …
TG: aż sam byłem zdziwiony
CG: WIDZIAŁEŚ, ŻE ZACHOWUJĘ SIĘ JAK NIE JA I MIMO TO NIC, KURWA, NIE ZROBIŁEŚ?
TG: a co miałem zrobić
TG: ?

CG: ZOSTAWIENIE MNIE NA ŚRODKU ULICY, ALBO W CIEMNEJ ULICZCE Z WYGŁODNIAŁYMI KOTAMI JUŻ BY BYŁO LEPSZE.
TG: jeszcze czego

Karkat potrafił sobie dosłownie i dobitnie wyobrazić jak ta rozmowa bawi tą blond księżniczkę.

TG: dobrze całujesz

A teraz chciał znaleźć młotek, którym mógłby tą blond główkę rozjebać.

TG: szkoda że to nie poszło dalej
TG: zasnąłeś
TG: albo raczej
TG: straciłeś przytomność


…Vantasowi nagle ulżyło. Mniejsze zło, pamiętajmy. Jednak to nie zmieniło faktu, że inne zło zostało popełnione.
Uznał, że ma dość.
Skoro wszyscy widzieli ten film i zdjęcia, czemu nikt mu o tym nie powiedział?
Czemu Sollux nie szydził z niego przez następny tydzień?
Czemu Aradia ani słowem o tym nie wspomniała, udając, że „tylko wydaje jej się”?
Czemu Gamzee…?
Terezi! Ona też na pewno to widziała!
- Nienawidzę cię Strider… - mruknął przez zaciśnięte zęby. Chciał w tej chwili jakby za pomocą własnych rąk zgnieść telefon, by stał się tylko pyłem, albo częściami z których nic nie da się złożyć. Niestety nie miał takiej siły.
Nie wiedzieć czemu… Łzy napłynęły do jego oczu. Od tak. Był wściekły, tak wściekły, że aż żałośnie smutny, a dodatkowo znienawidził samego siebie jeszcze bardziej. Po co się spił? Po co w ogóle ruszał cokolwiek w domu tej „gwiazdki”? Miał ochotę uderzyć z całej siły swoją głową o ścianę. Najlepiej dla niego – i według niego – jakby dzięki temu się rozbiła.
Po raz kolejny miał dość.

Czy ktoś przypomina sobie, jak w pierwszej części całej opowieści wspomniane było o tym, że Karkat nosi ciągle koszule na długi rękaw, by ukryć „stan” swoich rąk?
Czy ktoś wtedy zwrócił na to uwagę?

Z tego co narrator pytał niektórych, to nikt.
Tak samo tu.
Nikt nigdy nie przejął się jego stanem
...więc po raz kolejny miał dość.

W tej chwili wściekłość, która wpierw była spowodowana samą rozmową z blond księżniczką, przeszła na nienawiść do samego siebie. Nienawidził się. Tak bardzo, że nie potrafił znieść myśli, że tak żałosna osoba ma tyle osób dookoła siebie. W jego mniemaniu powinien być sam. Uważał, że nie nadaje się na bycie drugą połówką swojej miłości, że nigdy nie będzie spełniał priorytetów brata, czy ojca, że Sollux i Aradia i tak by o nim zapomnieli, że jest najgorszym przyjacielem dla Gamzee’ego, jaki kiedykolwiek mógł się pojawić w życiu tego chorego klauna.
To ostatnie prawdopodobnie najbardziej go dobiło. Fakt, że nie potrafi mu pomóc, ani odpowiednio dostosować do życia, by działał samodzielnie… Że trzyma go przy sobie specjalnie, mając tą złudną nadzieję, że chociaż on przy nim zostanie, kiedy innych nie będzie, ale…
- P-przestań się oszukiwać… - znów powiedział do ciszy, wycierając załzawione oczy rękawem
bluzy. - N-nikt nigdy z t-tobą nie zostanie… W-w końcu wszyscy będą mieć cię dość…

Nienawiść do samego siebie jest często zgubna.

~*~

EB: i jak?
EB: wyjaśniłeś wszystko z Karkatem?

TG: przestał mi odpisywać
TG: ale pewnie zrozumiał
TG: i właśnie zamierza do mnie przyjść
TG: paść na kolana
TG: i prosić mnie o rękę

EB: …:B
TG: a ty co
TG: nadal w toalecie siedzisz
TG: ?

EB: zaraz wychodzę.
EB: już.


Po korytarzu, aż do pokoju Stridera, echem przebiegł trzask drzwi. Po chwili w owym pomieszczeniu pojawiła się znajoma główka z prostokątnymi okularami na nosie.
- Dzięki jeszcze raz za pożyczenie bluzy – odezwał się Egbert, poprawiając swoją czerwoną „sukienkę”, która wisiała na nim jak na wieszaku. Miał na sobie tylko nią, bokserki w chmurki oraz skarpetki przyozdobione twarzą Nicolasa Cage’a.
- Nie ma problemu stary – odparł Dave, leżący brzuchem na swoim łóżku i z telefonem w dłoniach, a co najważniejsze… Bez okularów! - Kto by pomyślał, że dasz radę oblać się cały jedną szklanką soku.
- To ty mnie nią oblałeś – John zrobił w tej chwili taką minę, jaką najczęściej używa podczas pisania z innymi. Po prostu czysta emotikona na twarzy.
- Dzięki temu ocaliłem ci życie – odparł Strider, przeczesując palcami swoją blond grzywę.
- Niby jak?!
- Mucha po tobie chodziła. Ocaliłem cię przed muchą. Dziękuj mi Egbert.
Niebieskooki otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, jednak po chwili zrezygnował i machnął ręką. Zamiast tego jednak, położył się obok swojego przyjaciela.
- Twój bro nie ma nic przeciwko, że tu dziś nocuję, albo, że urządzasz jutro kolejną imprezę? - zapytał, wyciągając z kieszeni tej czerwonej, olbrzymiej bluzy, swój telefon.
- Mój bro jest najlepszym bro na tym świecie, więc jasne, że nie ma nic przeciwko – jedno spojrzenie tych czerwonych tęczówek, przyozdobionych długimi rzęsami, potrafiło powalić stado zakochanych fanek. Dlatego John tak uważnie go unikał. To znaczy… Nie dlatego. Po prostu go to peszyło. Nie był przyzwyczajony do widzenia oczu swojego best kumpla.
- A to nie wina tego, że znalazł sobie chłopaka?
- Nie mieszajmy spraw prywatnych mojego bro, ze sprawami prywatnymi mojego bro, jasne?
- Emm… - dajmy Egberckiemu móżdżkowi chwilę na zanalizowanie wypowiedzi Stridera. - Jasne.
- Ja się bardziej zdziwiłem, że tobie ojciec pozwolił dziś zostać – blondyn ziewnął przeciągle, przekręcając się na plecy.
- Umyłem mu auto i obiecałem nie ruszać kapeluszy przez następny tydzień – westchnął John, chowając twarz w poduszce… która, według niego, miło pachniała. Czystą esencją zajebistości Stridera oczywiście.
I tym miłym akcentem zakończył się męczący – dla niektórych – dzień.

niedziela, 27 listopada 2016

Chapter IV: MoThErFuCkInG cIrCus :o)

- Chodźcie szybciej, no! Zaraz się zacznie! Nie możemy się spóźnić!! - ekscytacja Tavrosa udzielała się tylko Gamzee’emu oraz Aradii. Reszta przyszła, bo była zmuszona, bądź też zaszantażowana za pomocą oczu kota w butach. Nitram był w tej dziedzinie raczej mistrzem.
Udali się wspólnie do małej salki widowiskowej, w której znajdowała się średniej wielkości scena oraz trybuny z krzeseł. Usiedli wspólnie gdzieś tam z boku, stawiając wózek inwalidzki swojego kolegi, tak by nie tarasował przejścia.
- Ale atmosfera! - skomentowała Aradia, która najwidoczniej lubowała przebywać w grobowych ciemnościach, albo raczej wampirycznych, ponieważ w kątach sali stały lampki w kształcie świec, dające słabą poświatę. Najbardziej oświetlona była jednak scena, gdyż na suficie znajdował się reflektor ustawiony w jej kierunku.
- Co kto lubi – odparł Sollux, bardziej zaabsorbowany grą w Fallout Shelter na telefonie, niż pomieszczeniem, czy zachwytami swojej dziewczyny. Ara jednak zignorowała jego własną ignorancję, wplątując się w podekscytowaną rozmowę z Tavrosem.
Długo nie musieli czekać, gdy salka zaczęła zapełniać się innymi uczniami. Większość z nich przyszła pewnie ze względu na to, że dzięki temu nie mają lekcji, a jak zostaną przydzieleni do jakiegoś zadania, spłynie na nich odpowiedzialność za przedstawienie, przez co luźniej będą podchodzić do nich nauczyciele. Jedynie Karkat wolałby być bardziej teraz na lekcji, niż tu – w ciemnej jaskini, tego dziwnego pana o nazwisku Hussie.
Jak na ironię i wiele przywilejów, które mogła oferować praca nad spektaklem, dużo osób nie przyszło, z czego cicho cieszył się Nitram, mający nadzieję, że dzięki temu dostanie jakąś ważniejszą rolę niż tylko drzewa.
Kiedy zadzwonił dzwonek do pomieszczenia, jak torpeda – Luxtorpeda! - wpadł nie kto inny jak organizator oraz pomysłodawca całego przedstawienia. Miał na sobie czarny płaszcz, a włosy rozczochrane, jakby właśnie wpadł pod samochód. Przejechał tylko szybko wzrokiem po twarzach zebranych, po czym bez słowa zasiadł na scenie, by być dla wszystkich dobrze widocznym. Otworzył usta jakby chciał coś powiedzieć, ale po sekundzie jednak na nowo je zamknął. Podczas tego całego cyrku uczniowie siedzieli w grobowym milczeniu i zdezorientowaniu. Tavros chciał to przerwać, więc niepewnie podniósł rękę. Nauczyciel wskazał na niego, zezwalając mu zabrać głos. Drżący głos.
- P-przepraszam… A-ale jak będą… Uch… Przebiegać przesłuchania? - zapytał, tak jak zawsze, czyli nieśmiało, miętoląc ze zdenerwowania rękawy swojego białego sweterka z wzorkiem wróżki na klatce piersiowej. Naprawdę mu zależało na jakiejś roli, oj naprawdę.
- A właśnie… Przesłuchania, taak… - odparł pan H. podpierając się łokciami o swoje kolana, a na rękach układając swą głowę. Zaraz jednak na powrót wstał, jakby w ekspresowym tempie zrobiło mu się niewygodnie. Wyciągnął spod swojego płaszcza, jak prawdziwy czarodziej, teczkę, w której trzymał plik papierów. - Rolami zajmiemy się na końcu! Teraz tylko dekoracje i stroje i reszta! - powiedział wyrzucając kilka kartek za siebie, które najwidoczniej nie były mu w tej chwili potrzebne. - Kto jest chętny zająć się dekoracjami?
- Ja – odparła Aradia, podnosząc rękę do góry. - Razem z koleżanką możemy się tym zająć.
- A twoja koleżanka to gdzie jest? Smok ją pożarł?
- Jest jeszcze na wyjeździe rodzinnym, ale z nią rozmawiałam i jest chętna.
- Jak się nazywacie?
- Aradia Megido i Terezi Pyrope.
- Czy ja też mogę? - nagle odezwał się inny, kobiecy, bardziej pewny siebie głos. Wzrok wszystkich przeniósł się na jego właścicielkę.
- Co ona tu robi…?! - szepnęła lekko przerażona bordowowłosa do swojego chłopaka, który nadal nie zwracał na nikogo uwagi.
Dziewczyna miała długie, ciemne, puszyste włosy, które odznaczały się dodatkowo niebieskimi pasemkami. Jej uśmiech, przyozdobiony również niebieską szminką, dawał wrażenie, że ma na kogoś ochotę. A w jakim sensie, to już sami się domyślcie.
- A ty się nazywasz…?
- Vriska Serket – odrzekła, poprawiając okulary.
- Dekoracje zaliczone! - odparł Andrew, robiąc na swojej kartce wielkiego ptaszka. Machnął tą ręką, jakby miał w niej miecz, chociaż był to tylko długopis… - Stroje?
- Pssst… Karkat… - zagadnął Gamzee do swojego przyjaciela. - A może Kan zajęłaby się chętnie ubraniami, co?
- Przecież ona się tu nie uczy – odpowiedział czarnowłosy, ukrywając się aż po nos w swojej bluzie.
- Nikt? - nauczyciel dalej szukał ofiary, która byłaby godna przejąć odpowiedzialność za kostiumy.
- Ale możesz być jej… Doręczycielem? Przynosicielem? Dostawcą? - klaun zaczął zgadywać, bo sam nie był pewny jakiego słowa chciał użyć.
- Poręczycielem – Sollux chętnie uzupełnił jego wypowiedź.
- Właśnie! Dzięki bro!
Karkat westchnął. W sumie bycie poręczycielem nie wydawało mu się takie złe – musiałby przekazać Kanay’i co ma uszyć, a sam by to tylko przyniósł do szkoły. Dzięki temu uniknąłby wplątania się w jakąś idiotyczną rolę. Podniósł rękę.
- Ja mogę.
- Zajmiesz się nimi sam?
- Nie sam… To znaczy… - na moment się zaciął, bo nie wiedział jak ubrać w słowa, to co chciał powiedzieć. - Echem… Moja przyjaciółka szyje, może je przygotować, ja bym je tylko przyniósł.
- Chodzi do naszej szkoły?
- Nie… Uczy się w domu – nie wiedział po co uzupełnił tym swą wypowiedź. Miał idiotyczne poczucie, że musi to jakoś wyjaśnić.
- No w porządku… Nazwisko?
- Vantas. Karkat Vantas.
- I stroje również już mamy - ponownie machnął tą ręką, jakby był nad nim smok i chciał go dźgnąć swym niewidzialnym mieczem. - Sufler? Hmm… Może ty, co? - nauczyciel wskazał swym orędziem na wysokiego chłopaka o długich włosach spiętych w kucyk, który siedział akurat w pierwszym
rzędzie. - Jak ci…?
- Equius proszę pana…
- Będziesz siedział pod sceną i pomagał tym półgłówkom, którzy zapomną tekstu? - znów się zamachnął, jakby pasował owego nastolatka na rycerza, lub innego jegomościa. Ten w odpowiedzi tylko przytaknął. - Nazwisko?
- Zahhak.
- Rozumiem, że fan Kapitana Haka, co Zah-hak? - przezabawny żart prowadzącego, ach, boki
zrywać. - A kto zajmie się sprzętem?
Tutaj Aradia podniosła do góry rękę swojego chłopaka, który nawet nie uniósł wzroku znad telefonu.
- On się zajmie!
- A ten on, to?
- Sollux Captor – który nie ma chęci się odzywać, więc jego dziewczyna zrobi wszystko za niego.
- Ja mogę zabrać się za muzykę – wtem odezwał się, znany na całą szkołę Rap God i narrator nie ma tu namyśli Eminema, chociaż ten też jest niezły. - Dave Strider – dodał, widząc jak nauczyciel już się szykuje, do zapytania o jego imię i nazwisko.
- A więc mamy komplet… Teraz aktorzy - Hussie westchnął, wyrzucając kolejną kartkę ze swojej teczki. - Ci którzy są chętni na grę aktorską – zszedł ze sceny i podał Equiusowi plik papierów, każąc mu je tym samym rozdać – mają piętnaście minut na nauczenie się tekstu, który otrzymają. Pokażecie się na scenie, a ja przydzielę wam tym samym role. Jakieś pytania?
Nikt nie śmiał się odezwać.
- Świetnie! Wracam za piętnaście minut! - i tak jak się pojawił, tak i zniknął, pozostawiając po sobie latające kartki papieru.
Wszyscy chętni zaraz przystąpili do obsesyjnej wręcz nauki tekstu. Najbardziej starał się Tavros, to raczej było oczywiste. Razem z Aradią, która chętnie mu pomagała, wypowiadał tekst. W scenie którą otrzymali, Piotruś po raz pierwszy spotyka Wendy, było to jednak… Bardzo odmienne co do filmu, czy oryginalnej opowieści. W końcu ta interpretacja wyszła spod ręki Andrew Hussie’ego, czego innego oprócz kosmitów można było się po nim spodziewać?

Piętnaście minut. Piętnaście skromnych minut na nauczenie się tekstu, który będą musieli zgrabnie oraz przekonująco wypowiedzieć, by dostać jakąś ciekawą rolę. Czy ta misja się powiedzie? Czy Tavros dostanie rolę wróżki, czy może drzewa? Czy Karkat w końcu uśnie? Czy Sollux odłoży swój telefon? Czy Dave Strider przestanie być tak zajebisty? Tego dowiecie się już w następnym odcinku!

...joke.
Hussie wrócił tak jak zapowiadał – punktualnie po piętnastu minutach, ale już bez swojej teczki i czarnego płaszcza, z bardziej ogarniętymi włosami oraz w zielonej, lekko rażącej koszulce z wizerunkiem miecza. Zasiadł w pierwszym rzędzie, albo raczej wygodnie się ułożył na środkowych czterech krzesełkach, prawie kładąc swoje stopy na kolanach Equiusa, który po chwili dyskretnie się odsunął.
- Zapraszam pierwszą osobę! - zawołał, ułożony na tych krzesłach w stylu, jak to mówi dzisiejsza młodzież, Get de London luk.
Do pójścia na scenę, pierwsza odważyła się wesoła, dość wysoka dziewczyna, której twarz ozdobiona była uroczym, różowym makijażem oraz brokatem. Poprawiła ona szybko bujne, ciemne loki, które dodatkowo były podtrzymywane przez pływackie gogle, po czym stanęła na samym środku. Po chwili zorientowała się, że kogoś u jej boku brakuje. Cofnęła się, by po sekundzie wrócić ze swoim kolegą, którego musiała aż siłą tu zaciągnąć.
Jej kumpel był o wiele bardziej ponury i raczej WIELCE niezadowolony z zaistniałem sytuacji. Przejechał, ozdobionymi przez wiele pierścieni, palcami, po kolorowym pasemku, na środku swoich włosów, po czym ściągnął okulary, by przetrzeć ich szkła materiałem białej koszuli.
- Wasze nazwiska? - zapytał Andrew, ukrywając za ręką fakt swojego ziewania.
- Feferi Peixes i Eridan Ampora – odpowiedziało podekscytowane dziecko szczęścia.
- No więc… Grajcie.
Dziewczyna przytaknęła, odwracając się w stronę swego przyjaciela. Podczas przerwy ustalili role i to jak mieli grać, chociaż… Szanowny pan Ampora nie wyglądał na chętnego do współpracy – czytał tekst, dodatkowo obojętnym tonem i bez żadnej krzty wczucia. Feferi nadrabiała zaś za dwóch. Starała się ogromnie, a swoim entuzjazmem zaimponowała Tavrosowi, któremu na widok jej grania, aż w oczach zaświeciły się gwiazdki. Szkoda, że zafascynowania Nitrama nie podzielał nauczyciel. Po odegranej scenie musiał zastanawiać się kolejne dziesięć minut, by zdecydować co z nimi zrobić, aż zadzwonił dzwonek na przerwę. Nikt jednak z sali nie wyszedł. Mogli tu zostać. Byli i tak zwolnieni z większości zajęć, na rzecz tego ważnego oraz rekreacyjnego zajęcia.
- Ty – Hussie wskazał na dziewczynę, która już od dłuższego czasu nerwowo bawiła się różowymi końcówkami swoich włosów. - Będziesz Dzwoneczkiem, a ten drugi dołączy do dziecięcej świty Piotrusia.
- Juhu! - krzyknęła podekscytowana Peixes, podskakując przy tym jak atletka, zaś Eridan wydał z siebie tylko ciche westchnięcie zażenowania.
- Następni!
Para przyjaciół zeszła ze sceny, a na ich miejsce wszedł najlepszy przyjaciel Stridera – ciemnowłosy John Egbert z jakąś przypadkową koleżanką, która, jak i on, nie miała pary do zagrania tejże sceny.
Podczas występów, Tavrosa zżerała okropna trema, dodatkowo przybił go fakt, że po jąkającym się oraz niedokładnym występie Egberta dostał on I TAK rolę Piotrusia Pana, czyli najważniejszą! Teraz zostały do obsadzenia te mniej ważne! Ale w sumie… Podobno miał się cieszyć z każdej rólki! Nawet tej najmniejszej! Tak, tak będzie! Będzie się cieszył ze wszystkiego!
- Kolejni! - donośny krzyk nauczyciela, przyprawił go prawie o atak serca.
No nic. Musiał się w końcu przełamać i wjechać na scenę. Wziąć się w garść, a zarazem zaprezentować wszystko jak najlepiej potrafi! Tak też zamierzał zrobić.
Aradia pomogła mu z wjechaniem na scenę, po czym go tam pozostawiła samemu sobie.
- Kto ci towarzysz? - zapytał, JUŻ NAPRAWDĘ znudzony pan H.
- J-ja sam… - odparł Tavros.
- Głupio, że masz sam grać. Wolniej to też przebiegnie. A jakbym jeszcze każdego miał osobno przesłuchiwać… No nic, zacz--
- Ja mogę mu pomóc! - wtem zaoferowała się Vriska przerywając wypowiedź szefa wszystkich szefów. Po sekundzie, bez żadnych skrupułów weszła na scenę.
- W porządku, grajcie w takim razie!
Tavros był zszokowany, a zarazem przerażony nagłą chęcią pomocy panny Serket. W końcu oni się dogadywali jak… Szczeniaczek z wrednym kocurem? Postanowił to jednak puścić w niepamięć, by skupić się na dobrym zagraniu danej im sceny. Postarał się schłodzić swoje emocje i przyłożyć się do tego, jak do niczego innego! Jego koleżance nawet też dobrze szło… O dziwo bardzo miło mu się z nią grało! Lepiej nawet, niż kiedy z Aradią ćwiczył podczas przerwy! Postanowił jednak jej tego nie mówić. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że potrafi odegrać coś przed publicznością bez jąkania się…
- Hmm… - Hussie zamyślił się tak, jak przy pierwszej parze. Tavros przełknął ślinę. - Wózek dołączysz do świty Piotrusia, a ty… Widzę cię w roli pirata.
- Pani Kapitan Hak? - dopytała się dziewczyna, zaczesując pojedyncze kosmyki włosów, które opadły na jej twarz, za ucho.
- Idealnie! - odparł nauczyciel, klaskając w dłonie. - Następni!
Przeciwieństwa zeszły ze sceny. Po wózek Nitrama tym razem przyszedł Gamzee, który po odwiezieniu swojego przyjaciela, musiał wrócić z powrotem na scenę, jednak… Każdy może się domyślić jak wyglądało jego granie. Na końcu został przydzielony do tej samej świty, gdzie Tavros.
- Poszło ci świetnie! - skomentowała Ara, gdy tylko znaleźli się poza salką widowiskową. Przesłuchania trwały przeszło dwie godziny lekcyjne, stracili niedużo.
- Hehe, najlepiej bro – do tych gratulacji dołączył się również i klaun. - Honk!
- Heh, dzięki… - odparł zawstydzony chłopak, drapiąc się po karku.
- To jak? Wracamy na fizykę? - wiadomo kto chętnie popsuł wszystkim dobry humor, przypominając o tym, jakie jeszcze przedmioty do przetrwania im zostały.

 ~*~

Wieczorem Karkat leżał na łóżku z telefonem w ręku, przeglądając listę dostępnych osób na chatcie. Był sam, ponieważ Tavros zaciągnął Gamzee’ego do sklepu zoologicznego, by pooglądać urocze zwierzątka. Miało to być małą nagrodą za to, że tak dobrze poszło im przesłuchanie. Vantas nie był jednak chętny do przyglądania się pyszczkom małych chomiczków, czy świnek morskich.

TG: yo karkat

O nie. Tylko nie to. Tylko nie ten arogancki dupek, którego czarnowłosy najchętniej by utopił w szkolnym akwarium.

CG: CZEGO CHCESZ SZUJO.

Miał nadzieję, że takie sympatyczne przywitanie skutecznie go odstraszy, albo jeszcze lepiej – wywoła na nim chęć utopienia się w szkolnym akwarium.
 
TG: a nic
TG: może w sumie jednak coś
TG: albo nic
TG: wiesz
TG: to zależy

CG: PRZEJDŹ DO RZECZY.
CG: NIE CHCE MI SIĘ NA CIEBIE TRACIĆ CZASU.

TG: jakiej rzeczy
TG: czyjej rzeczy
TG: ja tylko chciałem zapytać
TG: czy wbijesz do mnie na imprezę
TG: w piątek wieczorem
TG: czyli jutro

CG: …
CG: WOLĘ NIE. PO OSTATNIEJ NIC NIE PAMIĘTAM.
CG: DODATKOWO MIAŁEM KUREWSKO MOCNEGO KACA.


Dłuższą chwilę Dave nie odpowiadał, więc Karkat miał nadzieję, że ten dał mu spokój. Szybko jak na niego, ale lepiej i tak. Odłożył telefon pod poduszkę, zaraz wyciągając jeszcze spod niej książkę. Romantyczną. Kto by się spodziewał…
Na pewno nie jego komórka, która zawibrowała, tuż po tym, jak Vantas zdążył przeczytać jedno zdanie. Mógł wyłączyć jednak powiadomienia… Wyciągnął ją z powrotem.

TG: co
TG: nic nie pamiętasz?
TG: kompletnie nic??
TG: ale że nic???
TG: zero????
TG: null?????
TG: ?????????

CG: JAK MÓWIĘ, KURWA, ŻE NIC TO NIC.
TG: wow
TG: czyli
TG: nie pamiętasz
TG: jak
TG: ???????????????????

CG: MÓWIĘ
CG: ŻE
CG: NIC.

TG: czekaj
TG: wyślę ci coś


Karkat westchnął. Co to też ten głupi blondasek miał mu do pokazania? Swoją nową kolekcję płyt? Lakieru do włosów? Okularów?

...jednak to co otrzymał przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Przeszło, przyszło i wyszło zabierając ze sobą całe logiczne myślenie Vantasa. Upuścił telefon, pozostając w tak zwanym lagu. Glitch mózgu. Wirus, ale tym razem nie nadesłany przez Solluxa…

sobota, 24 września 2016

Chapter III: FUCKING STRIDER - DICK RIDER.

- autor poleca wsłuchać się w tym rozdziale w ów piosenkę: Something like Strider... -

Nad ranem, znana nam trójka graczy LoL'a, stała pod szkołą, wyczekując wspólnie na ten pierwszy dzwonek lekcyjny. Gamzee, wraz z Tavrosem, lepili niedaleko przysłowiowego bałwana z mieszanki mokrego piasku oraz śniegu, zdobiąc go jeszcze kilkoma pustymi butelkami po Faygo i uroczym szalikiem w kolorze pudrowego różu, który przypadkowo Nitram znalazł w swoim plecaku.
- Oni serio chcą się teraz bawić w tym błocie? - mruknęła, lekko zmartwiona Aradia, obserwując uważnie zabawę tamtej dwójki.
- Nie myśl, że oni udają takich idiotów. Oni naprawdę nimi są – wyjaśnił Karkat, pocierając swoje dłonie o siebie, chcąc je tym samym jakoś minimalnie rozgrzać. Dzisiaj był naprawdę mroźny dzień, ale nadal nie na tyle, by spadła sensowna warstwa śniegu, która ułatwiłaby lepienie bałwana, który już miał długie rogi z patyków.
- Może lepiej im powiedzieć by- - i nagle wypowiedź bordowowłosej dziewczyny przerwał donośny pisk opon, które zasygnalizowały silne hamowanie motocyklu.
- Blond księżniczka na swym rumaku przybyła… - mruknął Vantas, jakby sam do siebie, ale jednak do wszystkich.
Motocyklista zsiadł ze swojego pojazdu. Na szyi miał przewieszone czerwone, duże słuchawki, z których leciała pewna piosenka, idealnie opisująca owego kierowcę. Ściągnął swój kask, przeczesał palcami jedwabiste, blond włosy, po czym wyjął z kieszeni swojej skórzanej kurtki okulary przeciwsłoneczne, zaraz je zakładając. W tle można było usłyszeć wzdychanie zauroczonych pierwszoklasistek aka fangirlów. Muzyka idealnie wpasowała się w tą sytuację – He's 20% cooler, than… Everyone?
- Czy on, naprawdę, kurwa, wierzy w to, że jest w jakiś sposób lepszy? I że musi sobie jakieś „wielkie” wejścia robić? - burknął nagle bardziej wkurzony Karkat. Wystarczyło tylko by raz zobaczył ten niewzruszony, pokerowy wraz twarzy Stridera i już od razu miotało nim jak szatan. Zabrał wtem Solluxowi okulary, zakładając je na swój nos, a przy okazji, odsłaniając na widok wszystkich skażone heterochromią oczy drugiego, lub inaczej piękną kompozycję niebiesko-miodowych tęczówek.
- Ej, KK!
- O patrzcie na mnie, jestem taki zajebisty, bo mam te swoje debilne ciemne okulary, bla bla bla… - co zrobić, gdy nie wiesz jak jeszcze bardziej wyrazić swoje wkurwienie na kogoś? Zacznij tą osobę parodiować. - Jestem taki lepszy od was, a tak naprawdę ledwo zaliczam jakiś przedmiot… Ha, poprawka, nikogo nie zaliczam, bo jestem jebanym pedałem!
- Ekchem… - odchrząknęła Aradia, wskazując dyskretnie palcem na coś, co jest za młodym kabareciarzem. - Dave na ciebie patrzy…
- Co? - natychmiastowy zwrot Karkata o 180 stopni. Jego spojrzenie, spod okularów 3D, idealnie skrzyżowało się ze spojrzeniem i uśmiechem znienawidzonego przez niego blondyna, który akurat w tym momencie przekraczał próg szkolnych drzwi. Nagłe zawstydzenie oraz zmieszanie przelało się przez ciało Vantasa.
- No i masz za swoje KK. A teraz oddawaj moje okulary! - Sollux jednak nie poczekał i sam mu je zabrał, bądź bardziej wyszarpał.
- Ugh… - ten skrzyżował ręce, czując, że sam teraz postąpił jak kretyn.
- Serio, nadal aż tak ci działa na nerwy? - zapytała spokojnie jego koleżanka. - Wydaje mi się, że od niedawna jest jakoś dziwnie miły… Nie reaguje już na twoje docinki tak jak kiedyś.
- Jego problem… - odrzekł sucho oraz z przekonaniem, jakby naprawdę, był to jakiś problem.
- Ara, nie wnikaj, oni od zawsze drą koty – wtem odezwał się Captor. - Strider zawsze przecież „ignoruje” docinki KK.
- Tak, ale nigdy nie odpowiadał na nie… Uśmieszkiem?
- Naprawdę cię to zainteresowało?
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
- A moim zdaniem, ta jebana blond księżniczka coś knuje… – Karkat wysnuł swoją teorię, rozwiewając, raczej wszystkie, podejrzenia Megido, nad którymi i tak nie miałaby czasu się zastanawiać, bo właśnie w tej chwili zadzwonił dzwonek na pierwszą lekcję.

~*~

- O. Mój. Jejciu! - uroczy, prawie, że pisk, Tavrosa można chyba było usłyszeć na całej długości korytarza. Siedział on na swoim wózku, tuż przed tablicą z ogłoszeniami, wpatrzony w nią jak w księżniczkę. Czytał z niemałym zafascynowaniem pewną informacje, na jakże kolorowym plakacie ukazującym Piotrusia Pana lecącego nad Nibylandią wraz ze swoją armią małych dzieci.
- Co jest bro? - pierwszym, który zareagował na ów pisk był oczywiście, lekko zaspany klaun, ciągnący za sobą wkurwioną posturę Vantasa.
- Spójrz tylko! - brązowowłosy wskazał na plakat, któremu, aż z miłością się przyglądał. - Nasza szkoła wystawia przedstawienie o Piotrusiu Panie! - ten dziecięcy uśmiech, który aż doprowadzał do mdłości pewną osobę znajdującą się w tym towarzystwie. - W czwartek są zgłoszenia! Można sobie wybrać czy chcesz pracować za kulisami, czy występować na scenie! I pisze, że dla każdego chętnego będzie jakieś miejsce! Aaa!!
- I co Tavi? Chcesz być tym latającym motherfuckerem? - Gamzee przekręcił swoją głowę na bok, starając się zrozumieć co znajduje się na kolorowym ogłoszeniu.
- Pewnie nie dla mnie ta rola, ale może coś mi się uda! Nawet jak będę drzewem, będę szczęśliwy! - uśmiechnął się jeszcze szerzej na same wyobrażenie całego spektaklu.
- Te, a zauważyłeś kto jest patronem tego szajsu? - oczywiście Karkat nie mógł, nawet niespecjalnie, spróbować nie zniszczyć mu humoru. Wskazał na nazwisko, które widniało u dole plakatu. Nazwisko reżysera, który zdecydował się wystawić takowe przedstawienie.
Tavros przyjrzał się małym literkom i podpisowi jaki wykonał twórca. Odczytał więc to na głos:
- „Andrew Hussie”…
- Nadal chcesz brać w tym udział? - drążył Vantas.
- No raczej, że tak! - odrzekł niewzruszony Nitram, nadal uśmiechający się tak, jakby objadł się żelkowymi misiami.
- Honk honk honk! – klaun też musiał dorzucić swoje szczęśliwe trzy grosze, popierające tym samym entuzjazm przyjaciela wózkowicza.
- Przecież to nie zbrodnia, że pan Hussie chce wystawić przedstawienie. A jeśli ma dotyczyć ono mojego ulubionego bohatera, to popieram to w każdym procencie! - tymi słowami, podkreślił jeszcze bardziej swoją chęć do wystąpienia w nim. - Pójdziecie ze mną w czwartek się zgłosić? - poprosił, a jego oczy wtem zmieniły się w proszące oczka, kota ze Shreka.
- Zawsze bro. Z tobą to i na koniec tego świata – odpowiedział mu klaun, klepiąc go jeszcze przyjaźnie po głowie.
- Ughh… Ja to się do niczego w tym nie nadam – burknął Vantas, bardziej zły, z powodu tego, że został, tak mniej więcej, przegłosowany.
- Jak to nie Karkuś? - wtem łeb Makary przeniósł się na drugi bok, inaczej ramie. - Byłbyś świetnym piratem… - dodał, prostując głowę. Uśmiechnął się bardziej, można nawet rzec, że zachęcająco.
- Oo tak! Kapitanem Hakiem! Argh! - dodał Tavros, szczerze zgadzając się ze swoim wysokim przyjacielem, a przy tym, dodatkowo na końcu starając się brzmieć jak prawdziwy pirat ze strasznych opowieści o potworach morskich.
- Czemu akurat tym, kurewskim, idiotą? - znowu gorąco się robiło pod tą czarną czupryną.
- Bo potrafisz się wkurzać jak nikt inny – dalej odpowiadał mu, zadowolony ze swojego pomysłu, klaun.
- I co z tego?
- To, że świetnie oddałbyś irytację Kapitana na Piotrusia – a przy tym, wspierał Makarę, jego oddany przyjaciel wózkowicz.
Karkat wywrócił swoimi czerwonymi jak wino ślepiami, dając im do zrozumienia, że ich komentarze oraz poparcie dla jego charakterku, gówno w tej sytuacji dają.
- Chociaż pójdź dla towarzystwa – poprosił po chwili Tavros, bojąc się, ze może i Gamzee zrezygnuje z udziału, bo w końcu ten tępy klaun nigdzie się bez swojego wściekłego kumpla nie rusza. Tym razem czerwonooki westchnął, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
- Dobra, ale mnie w żadną chujową rolę nie wplątujcie, jasne?
- Tak jest! – odparł Nitram, poszerzając swój uśmiech, zaś wesoła mina Makary, ani razu się nie zmieniła.
Dzwonek.
Gamzee ujął wózek swojego przyjaciela i począł prowadzić go w stronę sali, w której mieli odbyć lekcję biologii. Po sekundzie dołączył do ich boku nasz nowy Kapitan Hak, który w sumie jeszcze nim nie jest, ale tak na dobrą sprawę, na razie nic nie wiadomo.
Tavros podjechał do przed ostatniej ławki przy oknie, a jego kumple zasiedli tuż za nim. Karkat z dala od reszty klasy, a Gamzee na wyjściu. Zaraz, gdy tylko sala się zapełniła i nauczycielka rozpoczęła lekcję, Vantas uznał za stosowne by się chwilę zdrzemnąć. W końcu kogo obchodzi biologia, każdy zna ludzką anatomię… A ciche rozmowy osób z klasy, były nadzwyczaj kojące. Nikt i tak nie znał odpowiedzi na żadne pytanie, toteż tylko na szeptach się to skończyło.

- Pssst… - coś dmuchnęło na ucho naszego śpiocha, który nawet nie zdążył zapaść w przyjemnie poważną drzemkę. - Karkuuś… Psssssst…
- Kurwa, czego – otworzył jedno czerwone oko spoglądając na klauniego przeszkadzacza. Ten pomachał mu przed nosem zwiniętą kartką. KK zrobił tylko wymowną minę, mającą na celu przekazać: „I co? Mam ci dać pierdolony autograf?”.
- To od Dave’a – powiedział Makara, wskazując na blondyna, który siedział na drugim końcu sali, przy ścianie, wraz ze swoim najlepszym przyjacielem. Kiedy zauważył, że czerwone tęczówki Vantasa spojrzały w jego stronę, uśmiechnął się ku nim, tak przyjaźnie, albo i nawet zawadiacko.
Chwila milczenia ze strony czarnowłosego…
- Podrzyj to.
Klaun zamrugał szybciej kilka razy, jakby analizując słowa swego kumpla, po czym przytknął biały skrawek papieru do jego zaróżowionego policzka.
- Honk.
- Ughh… - Karkat podniósł swoją głowę, wyszarpując wręcz z ręki drugiego to, co miał mu do przekazania, zaraz rozwijając.
to przedstawienie co dałeś rano
wystąpisz w spektaklu?
świetny z ciebie aktor

Napisane czerwonym długopisem, w stylu każdej gwiazdy. Pięknie oraz artystycznie, niczym prawdziwy autograf.
A w Vantasie coś się zagotowało.
PIEPRZ SIĘ STRIDER.
Trzy wymowne słowa, które powinny dać blondynowi do zrozumienia, w jakim poważaniu, ma go jego kolega z klasy. Złożył kartkę z powrotem i zaraz podał ją Gamzowi, a ten, odgadując jego niewypowiedziany rozkaz, podał wiadomość dalej. Po krótkiej chwili pod nosem Dave’a ukazał się kolejny z tych łobuzerskich uśmieszków.
- Co się tak uśmiechasz do tego papieru? - zajrzał mu przez ramię sąsiad z ławki.
- A to, Egbert, że ten papier opowiada wspaniałe żarty – odparł, pisząc coś swoim długopisem, zawierającym czerwony atrament.
- Serio? Daj przeczytać! - ten już chciał mu wyrwać tą karteczkę, ale Strider jednym, atletycznym ruchem, rzucił ją celnie w głowę Vantasa.
- Wybacz, tylko wtajemniczeni mogą poznać legendarne, zabawne żarty, ów kartki papieru.
- I tym wtajemniczonym jest niby Karkat? - niebieskooki przyjaciel blondyna, zrobił taką minę, że jego trzy wystające poza usta zęby, wychyliły się jeszcze bardziej ku światłu dziennemu, bądź też inaczej, zdziwił się. W odpowiedzi otrzymał tylko obojętne wzruszenie ramionami.
A w tej chwili czerwonooki powstrzymywał się przed wybuchnięciem – boom - niczym wulkan.
zależy z kim
bo z tobą chętnie

- Co on sobie kurwa myśli?! Jakąś nową taktykę obrał, by mnie bardziej wyprowadzać z równowagi?! - skarżył się ten niższy, temu wyższemu.
- Honk – który w sumie nie wiedział o co się rozchodzi.
Karkat mógł odpisać i to w sumie chciał zrobić, w jak najbardziej brutalny oraz nieokrzesany sposób, plując w tą kartkę pisanymi przekleństwami, jednak nauczycielka poczęła ich w końcu uciszać. Nie jego wina, że ma tak donośny głos.
Zdecydował się podrzeć papier i wyrzucić go do śmietnika, który znajdował się za nim. Znowu ułożył głowę wygodnie na ławce, chcąc jednak przespać te ostatnie piętnaście minut lekcji, ale po chwili coś znowu uderzyło o jego czarną czuprynę. Kolejna kulka papieru ozdobiona czerwonym atramentem.
- Zajebie gnoja… - mruknął pod nosem, zabierając kartkę i ją odwijając.
calm down bro
im just kidding

Na to jednak już z początku nie miał zamiaru odpowiedzieć. Znowu biedna makulatura została poddana operacji rwania, a zaraz potem wrzucona w czeluści śmietnika. Szkoda tylko, że obok był drugi na, ów papierowe odpadki. Najwidoczniej Karkat nie pamiętał o segregacji, no cóż…


sobota, 21 maja 2016

Chapter II: BrO, pLeAsE, hElP mE… :o(

GA: Dziękuję Że Pytasz
GA: Porrim Jak Zwykle Daje Mi Mnóstwo Pracy
GA: Ale Nie Narzekam
GA: Gdyby Nie Ona Pewnie Całymi Dniami Nie Miałabym Co Robić
GA: A Jak U Ciebie Karkat?
GA: Jak Gamzee?
CG: WŁAŚNIE JEST NA SPOTKANIU ZE SWOIM PSYCHIATRĄ.
CG: MARTWIĘ SIĘ TROCHĘ.
CG: Z WIZYTY NA WIZYTĘ JEST CORAZ BARDZIEJ PRZYGNĘBIONY, CHOCIAŻ KUREWSKO DOBRZE UKRYWA, ŻE WCALE NIC GO NIE GRYZIE.
CG: OCZYWIŚCIE, UKRYWA TO PRZED RESZTĄ.
GA: Rozumiem
GA: Biedny Jest
GA: To Bardzo Szlachetne Z Twojej Strony Że Się Nim Tak Opiekujesz
CG: TAK, TAK, TAK, JUŻ TO NIE RAZ MÓWIŁAŚ.
CG: ALE WIESZ…
CG: TO OSTATNI ROK.
CG: W KOŃCU SAM BĘDZIE MUSIAŁ SOBIE W ŻYCIU PORADZIĆ.
CG: NIE BĘDĘ MU CAŁY CZAS MÓWIŁ CO MOŻE A CO NIE.
CG: NIE JESTEM JEGO PIEPRZONĄ NIAŃKĄ.
GA: Tak Wiem

Trzasnęły drzwi. Roztrzęsiony oparł się o nie i zsunął powoli na podłogę, podciągając kolana pod brodę, następnie ukrywając w nich twarz. Dłonie zacisnął na czarnej czuprynie, chcąc jakby wyrwać z niej pokaźny pęk włosów.

GA: Wydaje Mi Się Jednak Że On Liczy Na To Iż Będziesz Mu Mówił
GA: Jest Do Ciebie Przywiązany
GA: Tylko Przed Tobą Potrafi Się Naprawdę Całkowicie Otworzyć

- Karbro… - wystękał płaczliwie, nie potrafiąc podnieść wzroku na swojego przyjaciela.

CG: GAMZEE WRÓCIŁ, POGADAMY PÓŹNIEJ.

Wystukał jak najszybciej, by w takim samym tempie znaleźć się przy Gamzee'm. Nawet nie wyłączył laptopa. Napisał te cztery słowa, kliknął enter, po czym świat poszedł w zapomnienie.
- Z-znowu…
- Gamzee, spokojnie… - Karkat objął chłopaka ramieniem, głaszcząc go jednocześnie delikatnie po głowie. Jego oschły oraz chropowaty ton głosu nagle gdzieś zanikł.
- N-nie chce… S-skończyć jak… Jak mój brat…
- I nie skończysz…
- P-prawie… J-ja… - Gamzee'emu głos się łamał, a do oczu napłynęły łzy. Nie potrafił skończyć wypowiedzi, którą zaczął.
Vantas nie pytał. Nie chciał wiedzieć, ani też sprawiać bólu przyjacielowi, który na pewno by odczuł, podczas opowiadania kolejnej niefortunnej wizyty u psychiatry. Jak co poniedziałek…
Karkat szczerze obwiniał o wszystko, co złego przytrafia się Gamzowi, jego psychiatrę. Tego „pierdolonego doktorka, który ledwo by pewnie odróżnił dziewczynę od chłopaka”. Obwiniał go za podejście do swojego „najtrudniejszego” pacjenta. Gamzee nie był trudny. Wystarczyłoby z nim spędzić trochę codziennego czasu, by się przekonać, że to najbardziej prosta osoba, jaką można poznać. Tak zawsze to powtarzał i nadal powtarza. Chill, Faygo i przyjaciele. To jedyne czego ten irytujący klaun potrzebuje do szczęścia. Na co mu psychologiczne terminy, których i tak nigdy nie pojmie? Po co mu mieszać w głowie i przypisywać nierealnych chorób psychicznych? Po co obwiniać go za błędy, które zrobił jego brat? Czy to, że starszy skończył w psychiatryku, oznacza, że i młodszy też tam wyląduje?…
Nie.
Makara wtulił twarz w szyję przyjaciela, brudząc jego skórę makijażem, który powoli się rozpływał od fali łez. Karkat nadal głaskał go po puszystych włosach, cicho powtarzając te same słowa:
- Spokojnie… Jest dobrze… Przecież nic złego nie zrobiłeś…
- P-prawie… Zrobiłem… - wystękał, między jednym pociągnięciem nosa, a drugim.
- Prawie, nie jest równe temu, że zrobiłeś.
- H-honk…
I tak prawie co poniedziałek…
Po dłuższej chwili pocieszania Gamza, w końcu jego humor powrócił. Przynajmniej w minimalnym stopniu. Zaczął lekko łaskotać Karkata swoimi włosami, jeżdżąc nimi po jego szyi. Vantas rzadko się śmiał, więc to był jeden z dźwięków, który jego klaunowaty przyjaciel naprawdę lubił oraz, który naprawdę potrafił polepszyć jego samopoczucie.
- G-gamzee cholero… - chłopak odsunął jego głowę od swojej szyi. Policzki mu się lekko zarumieniły od niekontrolowanego śmiechu. W przeciwieństwie do swojego przyjaciela, on nie znosił się śmiać. Mniej więcej. Bynajmniej nie przez wymuszenie za pomocą łaskotek.
- Hoonk! - ten, nie zważając na obronę przyjaciela natychmiast go zaatakował, mocnym przytuleniem i powaleniem na podłogę. Karkat wywrócił oczami, jakby to nie był pierwszy raz. Bo nie był.
- Jesteś jak guma do żucia przyklejona do chodnika, która czeka aż tylko ktoś na nią nadepnie…
- I ty bro, we mnie wdepnąłeś – Makara sam dokończył jego aluzję, którą również słyszał niepierwszy raz. Zaatakowany oraz pokonany ciemnowłosy tylko westchnął.
- Złaź ze mnie.
W odpowiedzi przeczące kręcenie głową i mocniejsze przytulenie.
- Udusisz mnie zaraz.
Gamz nic sobie z tego nie zrobił.
- Walnę cię, nie ręczę.
Z tego też.
- Serio mówię.
Jego twarz wyrażała „rób co chcesz, ja się stąd nigdzie nie ruszam”. Jak kot, przylgnął do swojego pana, nie mając najmniejszego zamiaru zmienić pozycji i dopuścić go, do jakiegokolwiek ruchu. Gdyby tylko Karkat miał możliwość, pewnie by się szarpał, ale jak widać, był od swojego przyjaciela znacznie mniejszy. To był ten punkt, w którym to Gamzee miał przewagę. Wkurzało go to, że musi pilnować tej prawie dwumetrowej tyczki… Chociaż czasami ten wzrost był całkiem pomocny. Szczególnie wtedy, gdy nie potrafi się ściągnąć swoich rzeczy z górnej półki w szafie.
- Gamzeeee… Uuughh… - powiercił się trochę w miejscu, na co klaun mocniej go przytulił. Trudno byłoby jednak do końca nazwać go w tej chwili klaunem. Makijaż mu się całkowicie zmył i prawie wtarł w szyję oraz koszulkę chłopaka, który leżał pod nim.
- Brooo… Jesteś taki miły… I mały… Jak pluszak… Motherfucking teddy bear – skomentował Gamzee, przymilając się do swojego przyjaciela, teraz naprawdę, jak olbrzymi kot. - My motherfucking teddy bear… - znaczny akcent oraz podkreślenie na słowo „my”.
- Żaden twój i żaden ze mnie, do kurwy nędzy, pluszak – uciął Karkat, ale jednak dał za wygraną w dalszej próbie uwolnienia się z jego objęć. W końcu prędzej czy później musiał go puścić. Chociaż czasami zdarzało się, że nie puszczał… Może trochę częściej niż czasami, ale i tak przeważnie, PRZEWAŻNIE, puszczał.
Dalszą część tej jakże interesującej kłótni przerwało delikatne pukanie do drzwi. Obaj lokatorzy zdawali sobie sprawę, kto aż tak lekko oraz nieśmiało może pukać do ich pokoju. Po chwili klamka została naciśnięta, a w progu stanął… Bądź bardziej siedział, lub wjechał, Tavros. Od razu po pomieszczeniu rozniósł się słodki zapach ciastek.
- Oh… - wymowne zaskoczenie, tym co wyprawiają ci dwoje. - Przeszkadzam?
- Jeśli masz zamiar się dołączyć, to tak – odparł Vantas, dalej szamocząc się pod ciężarem swojego wysokiego kolegi.
- Heh… Spokojnie Karkat, przyszedłem tylko się spytać czy może macie ochotę na ciasteczka? - podniósł ze swoich kolan talerz pysznych, prawie złocistych wypieków z kawałkami czekolady. Gamzee nagle podniósł się do siadu. Niczym pies gończy mocno zaciągnął się przez swoje nozdrza silnym, słodkim zapachem przekąski.
- Chwile… - czerwonooki również wytężył swój zmysł węchu. - Kurwa, co tak śmierdzi..?
- Zielone czuję – odrzekł klaun, a jego fioletowe oczy wręcz zaświeciły milionem gwiazdek.
- Od kogo masz te ciastka?
- Uhm… Od Vriski… - odparł lekko zmieszany Nitram.
- Nie mów do cholery, że OD NIEJ przyjąłeś je bez najmniejszego zastanowienia? - uniósł jedną brew. Tavros odpowiedział zakłopotanym uśmiechem. - Jesteś serio głupi, czy tylko udajesz? Czuć od tego trawkę na kilometr! Wywal je jak najszybciej.
- Kaaarkaat, mooogę? - Makara wypróbował swoich oczu szczeniaczka, chcąc zjeść chociaż jedno ciastko.
- Kpisz. Jesteś na odwyku – burknął w odpowiedzi, po czym z powrotem zwrócił się do chłopaka na wózku. - Zjadłeś jakieś?
Tavbro zaprzeczył ruchem głowy.
- Wpierw wolałem się podzielić. Wszystkie dla mnie..? Oj nie.
- Przynajmniej teraz twoja nadmierna cnotliwość cię od czegoś uratowała – wstał, otrzepując swoje spodnie z kurzu. - Wypierdol to do śmieci, albo jeszcze lepiej pod pokojem Vriski zostaw. Naślemy na nią psy.
- Kaaaarkaaat!
- Morda Gamzee.
- Uch… No ja… Ja nie wiem czy to dobry pomysł… Po prostu je wyrzucę… - postawił z powrotem talerz na swoich kolanach, po czym ruchem obu rąk na kółkach cofnął się.
- Jak wolisz – odrzekł obojętnie Vantas. - Chociaż ja ci bym raczej polecał serio nasłać na nią list gończy. Szuja na to zasługuje od dłuższego czasu.
Tavros nie odpowiedział. Spuścił tylko łebek, jakby się namyślając, po czym bez słowa odjechał na swoim wózku, wraz z ciastkami pełnymi marihuany na kolanach. Wrzucił je od razu do najbliższego śmietnika. Karkat już zamknął za nim drzwi.
- A-ale Karbroooo… - Gamzee nadal jęczał, zaatakowany nagłym głodem narkomana.
- Obiecałeś mi i nie tylko mi, więc skończ kurwa jojczeć, bo nie dostaniesz ani grama, jasne?
Klaun zamilkł. Dosłownie wpełzł po sekundzie na łóżko, cicho pod nosem honkając i kuląc się, wtulony w fioletową kołdrę, na swojej połowie.
- A teraz się obraź, no najlepiej!
- Honk.
- Zachowujesz się jak dziecko, wiesz?
- Honk.
- Ughhh… - zirytowany do granic możliwości KK, przetarł z zażenowania ręką po twarzy, po czym nią machnął, dając sobie spokój. Zasiadł z powrotem przed laptopem, wychodząc wtem z czatu.

~*~

- Nie będzie mnie w piątek na dwóch pierwszych lekcjach – w słuchawkach graczy można było słyszeć, jak Sollux otwiera kolejną puszkę z energetykiem. Pewnie o smaku miodu oraz cytryny.
- A to czemu? - prawie od razu zapytała Aradia.
- Będą zakładać mi aparat na zęby.
- Wreszcie nie będę musiał nosić ze sobą parasola, by uchronić się przed twoim pluciem – skomentował sarkastycznie Vantas. - W ogóle to gdzie ty dziś byłaś Aradia? Soll się o ciebie bardzo, ale to bardzo martwił. Myślałem nawet, że zwymiotuję jeśli nie skończy o tobie gadać.
- Stałam na samym przodzie, wraz z Equiusem i Nepetą. Mogliście nas nie zauważyć. Dużo nowych osób doszło w sumie do naszej szkoły.
- Z EQ? - reakcja Solluxa, chyba się nawet opluł.
- Z Nep? - reakcja Karkata, ten to się wzdrygnął.
- Tak, a co?
I jeden i drugi powiedzieli coś obraźliwego, ale ponieważ mówili jednocześnie Megido nic, a nic z tego nie zrozumiała.
- Okeej… - odparła po prostu. - A jak u Gamza, Karkat? - chciała ewidentnie szybko zmienić temat, zanim Captor zacznie się bardziej bulwersować oraz okazywać swoją bardzo widoczną zazdrość.
Akurat na wszystkich kartach graczy pojawiło się wyczekiwane „100%” i mogli przystąpić do gry na Summoner's Rift. Karkat z dostępnych postaci wybrał Skarnera, głównie ze względu na to, że ktoś wyprzedził go w wyborze Cho'Gatha, Sollux chciał się popisać swoją umiejętnością grania nowymi, to też nikogo nie zdziwił jego wybór – Aurelion Sol, zaś Aradia, po staremu, chciała wszystkim dowalić swoim ukochanym Piewcą Śmierci, Karthusem.
- Jak zwykle… - westchnął KK, odwracając przy okazji głowę w stronę łóżek. - Teraz śpi i odsypia bezsenną noc.
- Nie mógłby, jak każdy normalny człowiek, spać w nocy? - oburzył się ten z ponad setką nabitych godzin, na wszystkich swoich grach na steamie, a trzeba dodać, że ich również jest dobra, jakaś setka.
- I kto to mówi… - prychnął w odpowiedzi. Aktualnie nie mógł sobie pozwolić na bardziej ciętą ripostę, gdyż skupiał się na dobiciu Branda, z drużyny przeciwnej. - NO CO ZA KU- - natychmiast ucichł gdy przypomniał sobie, że ma w pokoju śpiącego klauna. Plus mieszka w bursie, a ściany są tu cienkie jak cholera.
- Ile razy powtarzałem, że sam sobie na topie nie poradzisz? - zaszydził Captor.
- Miał 10hp, dobiłbym go, gdyby mnie…
- Miniony nie dobiły? - dokończyła Aradia, zdobywając już trzeciego killa.
- W ogóle… To czemu wziąłeś skorpiona, KK?
- Bo Cho'Gath, był zajęty? - odpowiedział, zadając retoryczne pytanie, bo to było raczej oczywiste.
- Spiknąłeś się z Serket? - kolejne, wredne zaszydzenie naszego „najlepszego” gracza.
- Ja nie, ale spiknęła się z Tavem…
- CO?! - nagłe przerażenie Megido.
- Dała mu ciasteczka z zielonym – dokończył, przerwaną mu wypowiedź. - Na szczęście, zanim ich spróbował, udało mi się go uratować i kazałem mu je wypierdolić.
- A to wredna… Larwa! - warknęła dziewczyna, a przy tym bardziej wczuła się w grę. - Jakbym tylko mogła, to bym wysłała do niej takiego Karthusa… Oświeciłby ją „piękną” śmiercią…
- AA, nie przesadzaj… Serio, życzysz jej śmierci?
- Po ostatniej akcji z trawką wywalili sześciu uczniów! W tym tych, którzy nie mieli z nią nic wspólnego! Myślisz, że nie powiązaliby nas z Tavrosem, gdyby on nagle wpadł?! - tak ją nerwy poniosły, że aż nabiła pentakill, wyprzedzając tym samym Solluxa z ilością zabójstw.
- Ara, weź się wyluzuj, bo skype się zacina… - mruknął Karkat, nie chcąc już słuchać naburmuszonej, do granic możliwości, dziewczyny.
- Ta… Troszkę spuść z tonu… - zgodził się z nim nawet Sollux, bo przez to wkurzenie, spadał w rankingu grupy.
- Dobra… - wzięła głęboki wdech. Chwilę się wyciszyła i już grała spokojnie. - Po prostu się zmartwiłam, okej…
- Tak, wszyscy to rozumiemy, a teraz dobijmy tych skurwysynów – gdy Vantas to mówił, akurat zaczął się zajmować niszczeniem inhibitorów przeciwnika.
Długo nie trzeba było czekać gdy padł i Nexus.


wtorek, 29 marca 2016

Chapter I: I REALLY HATE MONDAYS...

Dwa łóżka zsunięte razem w jednym z pokojów bursy. Tylko na jednym ktoś spał, wiercąc się nerwowo to w tą, to w drugą, czasami uderzając ręką o ścianę. Po dłuższym czasie takiej ruchliwej drzemki uchylił powieki…
Podparł się na rękach i przetarł podkrążone oczy. Nie zdążył się jeszcze całkowicie wybudzić, widok na pokój miał lekko rozmazany. Przesunął się na krawędź drugiego łóżka, by po chwili wstać, a następnie uczynić krok do przodu. Sekunda i jego twarz wylądowała pod przeciwległą ścianą.
- KURWA GAMZEE! - ten krzyk mógłby chyba rozpoznać każdy. Chłopak natychmiast sięgnął po sprawcę wypadku, czyli pustą butelkę po Faygo.
- Honk? - zza drzwi łazienki wychyliła się główka ozdobiona ciemnymi, niemożliwie pokręconymi włosami. Z ust ciekła piana, a między zębami trzymana była szczoteczka.
- Ile razy mam do cholery powtarzać, żebyś po sobie sprzątał?! - znerwicowany współlokator cisnął pustą butelką w twarz przyjaciela.
- Hoonk… - ten zaś, szczerze obojętny na atak, wzruszył tylko ramionami, po czym błyskawicznie wrócił do środka łazienki, by skończyć poranną toaletę.
Karkat wstał z podłogi, mamrocząc pod nosem wiązankę przekleństw i rozmasowując bolące od upadku czoło. Zerknął po chwili na zegarek stojący na etażerce przy złączonych łóżkach – 5:38 nad ranem. Westchnął, jeszcze bardziej rozzłoszczony aktualną godziną. Wrócił zaraz na swoje łóżko, przysunięte idealnie do ściany, starając się usnąć na jeszcze jakiś czas.
Bezskutecznie. Ewidentnie czegoś mu brakowało do uśnięcia…
Zrezygnowany, sięgnął po swoje wczorajsze spodnie i wyciągnął z nich telefon. Przejrzał swojego facebooka, insta, snapchata oraz inne takie duperele dla nastolatków, po czym w końcu wbił na chat.
Dostępni: Captor, Strider, Kankri…

CG: CZY W SWOIM NERDOWYM SŁOWNIKU MASZ TAKIE POJĘCIE JAK „SEN”?
TA: ii kto to mówii KK.
CG: JA ZOSTAŁEM SIŁĄ WYBUDZONY.
CG: PRZYZNAJ SIĘ
CG: ZARWAŁEŚ NOC PRZEZ JAKĄŚ GRĘ, CZY TWOJA DZIEWCZYNA CIĘ ODWIEDZIŁA?

TA: akurat to piierw2ze.
TA: moja dziiewczyna
TA: którą, w przeciiwiień2twiie do ciiebiie, mam
TA: je2t u 2wojej 2iio2try.

CG: KTO NIBY TWIERDZI, ŻE JA NIE MAM DZIEWCZYNY, CO?
TA: oh, wybacz.
TA: zapomniiałem o GZ.

CG: NIE CHODZIŁO MI O NIEGO DEBILU.
TA: ale jednak niie zaprzecza2z, że je2t twoją dziiewczyną.
CG: ZAPRZECZAM DO KURWY.
CG: NIE JEST NIĄ.

TA: no tak, bo je2t chłopakiiem.
TA: wiięc wybacz je2zcze raz, że zapomniiałem o twoiim chłopaku.


Dalsza dyskusja, ze względu na zdrowie nerwów Vantasa, nie była wskazana. Telefon odbił się wtem od przeciwległej ściany z wielkim hukiem, pozostawiając po sobie małą dziurę.
- Świetnie, kolejny do wymiany… Ojciec mnie zabije… - wymamrotał ostatnie zdanie chowając się zrezygnowany pod kołdrą.
Leżał teraz w ciszy. Nawet buszujący w łazience Gamzee ucichł. Nic. Po prostu on i własny oddech. Przymknął oczy z nadzieją, że może jednak odpłynie w objęcia morfeusza. Nikt nie łaził po korytarzach bursy krzycząc radośnie wyniki meczów, żaden ptak za oknem nie odważył się zaćwierkać, laptop był wyłączony, nie szumiała klimatyzacja… W głowie spowijały mu się różne myśli, wyobrażenia, fantazje… Miłe oraz kojące dla jego znerwicowanego charakteru. Ta błoga cisza mu w tym pomagała. Mimowolnie wtulił się w kołdrę, jeszcze ciepłą i pachnącą… Nim, niestety Faygo oraz jego chorym przyjacielem. Może nie była to najlepsza mieszanka francuskich perfum, jednak jemu wystarczyła by poczuł tą wygodę i nagłą senność. Teraz było mu dobrze.
- Honk! - i wtem na łóżko obok walnął się nie kto inny, jak niemożliwie energiczny Makara, będący jakby na kawowym haju, który w aktualnej chwili dawał mu mocnego kopa do działania. - Obudziłem cię wcześniej mój bro? - ściągnął z głowy Karkata bladą pościel, by móc przyjrzeć się lepiej jego skwaszonej minie.
- Tak, kurwa, trochę za wcześnie… - mruknął, odwracając twarz w stronę poduszki.
- Przepraszam – rzekł cicho Gamz, po czym przysunął się bliżej przyjaciela, jednocześnie przekraczając granicę łóżek i pochwycił go w swoje ramiona. - Śpij jeszcze Karbro. Widzę, że jesteś zmęczony. Nie przeszkadzaj sobie – mówiąc to, jego dłoń spoczęła na niechlujnych włosach Vantasa, gładząc je, niczym futerko małego kotka.
Normalnie Karkat by teraz zaczął wrzeszczeć, bić Makarę po łbie i inne takie, ale akurat ten miał tu rację. Był zmęczony, a sen ujął go prawie tak szybko, jak Gamzee go w siebie wtulił. Idiotyczne przyzwyczajenie spania z nim przez ostatnie lata, poskutkowało tym iż, bez tego głupkowatego chłopaka, jak bez pluszaka, o wiele trudniej mu zasnąć…

Drugi raz obudził ich budzik. A raczej tylko Karkata, bo Gamzee czuwał cały poranek. Nie mógł spać. Dzielnie pilnował by jego przyjacielowi nic się nie stało, podczas tych kilku godzin leżenia z zamkniętymi oczami. Vantas podniósł się do siadu, by wyłączyć budzik w zegarku. Ziewnął przy tym przeciągle, a następnie się przeciągnął, zaraz na nowo padając na Makarę.
- Nie chce – mruknął zły.
- Honk?
- Nie chce mi się iść na to pierdolone rozpoczęcie nowego semestru. Nie chce nowego semestru. Nie chce tego wszystkiego, ugh! - odruchowo zamachnął się ręką, uderzając przez przypadek brzuch Gamza. Ten zakaszlał, lekko się wygiął i wywalił język na wierzch.
- U-umieram..! - wykasłał, przy pomocy bardzo złego aktorstwa.
- Wybacz – dodał sucho, w ogóle nieprzejęty Karkat. Wstał po chwili, wyminął górą swojego przyjaciela i zlazł zaraz z łóżka. Udał się do łazienki, pozostawiając „umierającego” Makarę samemu sobie.
Chłopak uznał, że dość udawania. Zsunął się z legowiska na podłogę. Pod jego stopami leżał akurat telefon Vantasa. Niby od niechcenia po niego sięgnął. Oczywiście, że usłyszał jak ten z całej siły, w sumie to nie pierwszy raz, rzucił nim o ścianę. Podejrzewał nawet, że inni mieszkańcy bursy również musieli to usłyszeć.
Ekran telefonu był zbity… Bardziej niż zwykle. Gamzee, chcąc sprawdzić, czy w ogóle działa, postarał się go odblokować. Los chciał iż nawet nie pojawił się ekran blokady, tylko nadal załączony chat z Solluxem. Nie zrobił tego specjalnie, wcale, ale jednak przeczytał całą poranną rozmowę. Przekręcił głowę na bok, jakby nie bardzo dowierzając w to co czyta. W ostateczności jednak... Go to rozbawiło. Zablokował z powrotem urządzenie, po czym odłożył je na etażerkę. Grzecznie teraz czekał, uśmiechnięty od ucha do ucha, aż jego przyjaciel skończy swoją poranną toaletę.

Tymczasem niewyspany Karkat obmywał swoją twarz zimną wodą. Był jak zawsze wściekły na świat. Dodatkowo Terezi jeszcze nie wróciła ze swoich ferii. Fajnie sobie spędza czas z rodziną w górach. Pewnie wraz z siostrą szaleją w tej chwili na snowboardzie, albo rzucają się śnieżkami, podczas gdy, ten oto chłopak z podkrążonymi oczami czuje kłucie w sercu na jakąkolwiek myśl o niej. O tej szalonej dziewczynie, noszącej dziwne czerwone okulary i lubiącej ten sam odcień kredek, tak bardzo, aż mogłaby je jeść.
Karkat uderzył się piąstką w głowę.
- Głupku, przestań o niej myśleć… - zaczął tłumaczyć swojemu odbiciu w lustrze. - Dobra, podoba ci się, zajebiście, ale w aktualnym momencie jest na drugim końcu świata. Mógłbyś o niej na moment zapomnieć? Nie? Kurwa… - ostatnie słowo powtarzał pod nosem przez dłuższą chwilę. Tęsknił za kimś, z kim nawet nie był. Chociaż liczył, że może kiedyś będzie. Tak, skrycie tego chciał. Nawet trochę bardzo.
Wziął głęboki wdech, uderzył się jeszcze raz piąstką w głowę, po czym sięgnął po swoją szczoteczkę do zębów. Czerwoną, żeby nie pomylić z fioletową Gamza… Jeszcze źle by się to skończyło dla jego uzębienia. Aż wzdrygnął się obrzydzony na samą myśl o tym.
Kilka dłuższych minut musiało upłynąć zanim Vantas ogarnął swoją poranną toaletę. Wystarczyło się teraz przebrać i iść na to zakichane – jak to ładnie komentował ciemnowłosy – rozpoczęcie semestru. Wyszedł na chwilę z łazienki, tylko po to by wziąć jakieś czyste ciuchy, więc zaraz do niej wrócił. Nie miał zamiaru przebierać się przy Gamzee'em. Nawet jeśli spał z nim w „jednym” łóżku i to w samych bokserkach. Bardziej obawiał się tego, co może zobaczyć pod rękawami jego wszystkich swetrów, koszul i bluz, chociaż już obiecał, że…
Mniejsza. Ściągnął z siebie ciuchy, w których spał, starając się nie zwracać uwagi na stan rąk. Założył zwykły szary T-shirt, a na niego jeszcze czarną koszulę z długim właśnie rękawem. Bielizna, spodnie… I w sumie mógł już wychodzić. Szybko zerknął tylko ponownie w lustro, by poprawić te cholerne, ciemne, stojące kłaki. Mniej więcej mu się to udało.
Gamz cały czas na niego czekał, ale już nie na podłodze, a na łóżku. Ubrany w biały sweter z fioletowymi paskami oraz w swoje, chyba jedyne, luźne spodnie w szare kropki. Gotowy do wyjścia, uśmiechnięty, trochę zjarany, ale i tak pełen energii. Karkatowi zbierało się na wymioty jak na niego patrzył.
- To jak, idziemy? - zapytał Vantas zerkając na zegarek. Mieli dobre ponad półgodziny czasu, ale zawsze mogli się przy okazji jeszcze trochę powłóczyć po mieście.
- Bro… - Gamzee okrążył swoją twarz dłonią, chcąc dać coś do zrozumienia. - Ja tak nie wyjdę.
Dopiero po sekundzie zastanowienia dotarło do KK, co jego przyjaciel miał na myśli. Prawie codziennie widywał Makarę bez makijażu, więc ten widok go nie dziwił, ale innych na pewno by zdziwił. Przepuścił chłopaka w drzwiach do łazienki, by ten mógł spokojnie nałożyć swoją klaunowską tapetę na twarz. Oparł się o framugę drzwi i tak ze spokojem przyglądał się temu, jak Gamzee wyjmuje swoje farby, poczynając się malować jak jakaś typowa nastolatka. „Może Sollux miał co do tego rację, że jest dziewczyną…” - pomyślał Karkat, zaraz jednak się opamiętując - „ALE NA PEWNO NIE MOJĄ!”. Spuścił wzrok lekko zirytowany własnymi rozmyślaniami. Makara lubił się malować, kropka. Nie podpisuje go to przecież pod zbiorowisko gender, nie?
Nie chcąc tak stać bezczynnie postanowił założyć po prostu swoje czarne trampki. Czekał dalej na Gamzee'ego wpatrując się jak zahipnotyzowany w zegarek i skrupulatnie licząc każdą sekundę, jednocześnie starając się nie wybuchnąć widocznym zniecierpliwieniem.
- Kurwa, Gamzee, wolniej nie potrafisz? - mruknął sarkastycznie zwracając wzrok w stronę otwartych drzwi łazienki.
- Honk bro… - stał w nich już, w całej swojej okazałości, stu procentowy Makara. Ten, którego wszyscy znają i kochają. - Ta da! - rozpostarł swe ręce, jakby był dumny ze swej głupkowatej wspaniałości za wysokiego klauna. Karkat w odpowiedzi wywrócił oczami.
- Czyli idziemy – Vantas sięgnął po swoją kurtkę, nie mając nawet najmniejszego zamiaru skomentować codziennego makijażu przyjaciela. Gamzee jakby trochę posmutniał, że został tak zignorowany. Liczył w końcu na jakiś aplauz, ale czego się spodziewać po tym wkurzonym na cały świat dupku…
Honknął jeszcze raz, cicho, po czym założył swoje fioletowe obuwie, nawet go nie wiążąc. Karkat w tym czasie już wyszedł, więc musiał się sprężyć co do założenia własnej kurtki, no i oczywiście wyjścia. Pokój zamknięty? Zamknięty.
Zeszli z pierwszego piętra na sam parter, do klatki schodowej. Jak widać wstali pierwsi, cóż za nowość…

Mieli jeszcze całkiem sporo czasu zanim powinni znaleźć się w szkole. Gamzee proponował nawet bitwę na śnieżki, ale śniegu było tyle co kot napłakał, do duetu z psem, a sam Karkat nie wyrażał również większej chęci do tej, jak to ujął, „kretyńsko dziecinnej zabawy”, więc skończyło się na tym, iż oboje bez celu spacerowali, wzdłuż chodnika. Klaun kopał śnieg pod sobą, a jego przyjaciel zaklinał pod nosem brak pomysłu na wzięcie szalika.
Łazili, łazili, aż w końcu… Stali przed szkołą, do której już przybywała armia uczniów. Karkat rozpoznał kilka znajomych twarzy w tym tłumie, ale oczywiście osoby, której wypatrywał wśród nich nie było… Ciągle o tym zapominał, napełniając się nadzieją, że może jeszcze ją dzisiaj zobaczy, ale na marne…
Gamzee zaś niemożliwie szczęśliwie, aż skocznym krokiem podbiegł do tych ów znajomych twarzy. Vantas podążył ociężale oraz niechętnie za nim.
- Taaaavbrooo! - pierwsze słowo jakie wypowiedział klaun, na widok swojego przyjaciela, umieszczonego na wózku inwalidzkim. Od razu padł na kolana, by móc być na jego wysokości i natychmiastowo go przytulić, z takim ciepłem, jakim tylko on potrafi.
- H-heh… Cz-cześć Gamzee… - odrzekł brązowowłosy, opalony chłopak, z wzajemnością wtulający się w swojego wyższego kumpla.
Karkat machnął tylko koślawo ręką na przywitanie, nawet nie wypowiadając głupiego „Hej”, czy „Może Gamz się cieszy, ale mi się nie chce, więc karmcie się jego szczęściem”. Nie miał również zamiaru zwrócić wzrok w ich stronę.
- Cześć KK – wtem za nimi pojawił się, nie kto inny, jak nocny gamer w okularach 3D. Ubrany w rażąco żółte spodnie oraz białą koszulę, w tak samo miodową kratę, wyglądał wręcz…
- Wyglądasz idiotycznie – mruknął Karkat, zamiast przywitania.
- Ciebie też miło widzieć – odrzekł mu sarkastycznie.
- Yo bro – rzucił Makara, nadal nie odczepiając się od swojego opalonego kolegi, który zaczął się już trochę rumienić, z powodu przydługiego przytulania.
- Dobra, dosyć tego obściskiwania się gołąbki – powiedział lekko zdegustowany Vantas. - Wejdźmy do środka, bo kurwa zamarznę – burknął, przekraczając akurat jako pierwszy próg oszklonych drzwi szkoły.
Trójka jego kumpli spojrzała po sobie, a Sollux wzruszył nawet ramionami. Gamzee wstał w końcu z kolan, uwalniając swojego niepełnosprawnego przyjaciela. Ujął jego wózek, by następnie wprowadzić go do środka budynku. Za nimi podążył Captor stukający, wręcz obsesyjnie, w ekran swojego Samsunga. Można było się domyślić z kim tak namiętnie chatuje…
- Brooo – zastękał mu nad uchem klaun. - Zostaw ta telefon. Pogadasz sobie z Aradią jak przyjdzie.
- O ile w ogóle przyjdzie… - mruknął zmartwiony, przygładzając przy tym swoje ciemne blond włosy.
- A coś się jej stało? - Makara przekręcił łebek na bok.
- Nie odpisuje, więc się trochę martwię.
- Pewnie ma coś ciekawszego do roboty, niż siedzenie na chatcie dwadzieścia cztery godziny na dobę, tak jak to ty masz w zwyczaju – skomentował wrednie Karkat, opierając się o szafki, z dala od tłumu innych uczniów, którzy przepychali się między sobą, tak by mieć dobry widok na aulę, pośrodku, której stał sam dyrektor.
- Może masz racje KK… - westchnął Sollux, w końcu chowając telefon do kieszeni.
- Karbro zawsze ma racje! - stwierdził z szerokim uśmiechem, aż szczęśliwy do bólu Gamz. - A ty Tavi? Coś taki milczący? - po sekundzie nachylił się nad wspomnianym chłopakiem, spoglądając w jego brązowe oczka, przypominające ślepia szczeniaczka.
- A-a… Nie, nic, tak, o… - wymamrotał Nitram, lekko speszony. - N-nie mam po prostu nic do dodania, heh…
- Honk – w takim razie Makara odrzekł mu tylko tyle. Wyprostował się i tak jak swój pierwszy przyjaciel, oparł się o szafki. Zaraz mu się jednak ta pozycja znudziła, więc zawiesił łapki przy szyi Karkata, a swoją głowę, oparł na jego. Niższy się skrzywił, czując ciężar, żyjącej własnym życiem, czupryny.
- Gamzee do cholery – warknął cicho, by jednak nie przeszkadzać dyrektorowi w wygłaszaniu przemowy.
- Honk? - chwilę, jego zamulony umysł musiał pomyśleć. Dłuższą chwilę. Kiedy się zorientował, że Vantasowi jest po prostu niewygodnie, zabrał podbródek z jego czaszki, lecz nadal trzymał swoje ręce zawieszone, na ramionach chłopaka. Po sekundzie, oparł i na jednym z nich głowę. Karkat znowu miał coś powiedzieć, ale… Machnął ręką, dając za wygraną. Grunt, że umył zęby, więc zapach rozkładającego się Faygo w jego ustach został zniwelowany.
I tak stali - Gamzee wsparty na swoim mało szczęśliwym przyjacielu, obok nich Tavros usypiający na wózku, a za nim Sollux, martwiący się nadal o swoją dziewczynę - godzinę… Może nawet więcej… Vantas zaraził się ziewaniem od kumpla na wózku, a blondyn cały czas przecierał oczy pod okularami.
- Honk… Hooonk… - zawodził najwyższy.
Nuda objęła całą czwórkę. Wszystko miało potoczyć się raczej chyba jak najwolniej, dopóki… Nie przerwał dyrektorowi nagły huk, spadającego ciężaru na szkolną podłogę. Ktoś zemdlał. Mężczyzna się nagle zaciął. Podeszła szkolna pielęgniarka, sprawdziła co i jak, pokazała, że na szczęście wszystko jest w porządku, więc pozwoliła dyrektorowi kontynuować, jednak ten wtedy zakończył cały apel. Zreflektował się, podszedł do ofiary swojej zbyt długiej przemowy i ją szczerze przeprosił. W tym czasie chłopaków już nie było.

- Grasz dzisiaj w LOL'a, KK? - zapytał Soll odprowadzając kumpla do jego pokoju w bursie, podczas gdy Gamzee zaproponował iż sam odwiezie Tavrosa do jego pokoju, a potem wróci.
Karkat nie do końca odpowiedział. Zakręcił ręką, napuścił powietrza do ust, potem je wypuścił, lekko się skrzywił i wreszcie…
- Tylko po to by wyzywać mnie od noobów, nie?
Captor obojętnie wzruszył ramionami.
- Mam LOL'a dopiero od tygodnia, nie wymagaj ode mnie jakiegoś kurewskiego skilla, to może się zgodzę – burknął, zamykając mu drzwi przed przydługim nosem.
- Więc wieczorem, ta? - upewnił się blondyn.
- Ta.
Captor szczęśliwy, że będzie miał z kim pograć udał się do swojego lokum, gwiżdżąc nieudolnie po drodze, czyli do jakiś czterech par drzwi dalej.