wtorek, 29 marca 2016

Chapter I: I REALLY HATE MONDAYS...

Dwa łóżka zsunięte razem w jednym z pokojów bursy. Tylko na jednym ktoś spał, wiercąc się nerwowo to w tą, to w drugą, czasami uderzając ręką o ścianę. Po dłuższym czasie takiej ruchliwej drzemki uchylił powieki…
Podparł się na rękach i przetarł podkrążone oczy. Nie zdążył się jeszcze całkowicie wybudzić, widok na pokój miał lekko rozmazany. Przesunął się na krawędź drugiego łóżka, by po chwili wstać, a następnie uczynić krok do przodu. Sekunda i jego twarz wylądowała pod przeciwległą ścianą.
- KURWA GAMZEE! - ten krzyk mógłby chyba rozpoznać każdy. Chłopak natychmiast sięgnął po sprawcę wypadku, czyli pustą butelkę po Faygo.
- Honk? - zza drzwi łazienki wychyliła się główka ozdobiona ciemnymi, niemożliwie pokręconymi włosami. Z ust ciekła piana, a między zębami trzymana była szczoteczka.
- Ile razy mam do cholery powtarzać, żebyś po sobie sprzątał?! - znerwicowany współlokator cisnął pustą butelką w twarz przyjaciela.
- Hoonk… - ten zaś, szczerze obojętny na atak, wzruszył tylko ramionami, po czym błyskawicznie wrócił do środka łazienki, by skończyć poranną toaletę.
Karkat wstał z podłogi, mamrocząc pod nosem wiązankę przekleństw i rozmasowując bolące od upadku czoło. Zerknął po chwili na zegarek stojący na etażerce przy złączonych łóżkach – 5:38 nad ranem. Westchnął, jeszcze bardziej rozzłoszczony aktualną godziną. Wrócił zaraz na swoje łóżko, przysunięte idealnie do ściany, starając się usnąć na jeszcze jakiś czas.
Bezskutecznie. Ewidentnie czegoś mu brakowało do uśnięcia…
Zrezygnowany, sięgnął po swoje wczorajsze spodnie i wyciągnął z nich telefon. Przejrzał swojego facebooka, insta, snapchata oraz inne takie duperele dla nastolatków, po czym w końcu wbił na chat.
Dostępni: Captor, Strider, Kankri…

CG: CZY W SWOIM NERDOWYM SŁOWNIKU MASZ TAKIE POJĘCIE JAK „SEN”?
TA: ii kto to mówii KK.
CG: JA ZOSTAŁEM SIŁĄ WYBUDZONY.
CG: PRZYZNAJ SIĘ
CG: ZARWAŁEŚ NOC PRZEZ JAKĄŚ GRĘ, CZY TWOJA DZIEWCZYNA CIĘ ODWIEDZIŁA?

TA: akurat to piierw2ze.
TA: moja dziiewczyna
TA: którą, w przeciiwiień2twiie do ciiebiie, mam
TA: je2t u 2wojej 2iio2try.

CG: KTO NIBY TWIERDZI, ŻE JA NIE MAM DZIEWCZYNY, CO?
TA: oh, wybacz.
TA: zapomniiałem o GZ.

CG: NIE CHODZIŁO MI O NIEGO DEBILU.
TA: ale jednak niie zaprzecza2z, że je2t twoją dziiewczyną.
CG: ZAPRZECZAM DO KURWY.
CG: NIE JEST NIĄ.

TA: no tak, bo je2t chłopakiiem.
TA: wiięc wybacz je2zcze raz, że zapomniiałem o twoiim chłopaku.


Dalsza dyskusja, ze względu na zdrowie nerwów Vantasa, nie była wskazana. Telefon odbił się wtem od przeciwległej ściany z wielkim hukiem, pozostawiając po sobie małą dziurę.
- Świetnie, kolejny do wymiany… Ojciec mnie zabije… - wymamrotał ostatnie zdanie chowając się zrezygnowany pod kołdrą.
Leżał teraz w ciszy. Nawet buszujący w łazience Gamzee ucichł. Nic. Po prostu on i własny oddech. Przymknął oczy z nadzieją, że może jednak odpłynie w objęcia morfeusza. Nikt nie łaził po korytarzach bursy krzycząc radośnie wyniki meczów, żaden ptak za oknem nie odważył się zaćwierkać, laptop był wyłączony, nie szumiała klimatyzacja… W głowie spowijały mu się różne myśli, wyobrażenia, fantazje… Miłe oraz kojące dla jego znerwicowanego charakteru. Ta błoga cisza mu w tym pomagała. Mimowolnie wtulił się w kołdrę, jeszcze ciepłą i pachnącą… Nim, niestety Faygo oraz jego chorym przyjacielem. Może nie była to najlepsza mieszanka francuskich perfum, jednak jemu wystarczyła by poczuł tą wygodę i nagłą senność. Teraz było mu dobrze.
- Honk! - i wtem na łóżko obok walnął się nie kto inny, jak niemożliwie energiczny Makara, będący jakby na kawowym haju, który w aktualnej chwili dawał mu mocnego kopa do działania. - Obudziłem cię wcześniej mój bro? - ściągnął z głowy Karkata bladą pościel, by móc przyjrzeć się lepiej jego skwaszonej minie.
- Tak, kurwa, trochę za wcześnie… - mruknął, odwracając twarz w stronę poduszki.
- Przepraszam – rzekł cicho Gamz, po czym przysunął się bliżej przyjaciela, jednocześnie przekraczając granicę łóżek i pochwycił go w swoje ramiona. - Śpij jeszcze Karbro. Widzę, że jesteś zmęczony. Nie przeszkadzaj sobie – mówiąc to, jego dłoń spoczęła na niechlujnych włosach Vantasa, gładząc je, niczym futerko małego kotka.
Normalnie Karkat by teraz zaczął wrzeszczeć, bić Makarę po łbie i inne takie, ale akurat ten miał tu rację. Był zmęczony, a sen ujął go prawie tak szybko, jak Gamzee go w siebie wtulił. Idiotyczne przyzwyczajenie spania z nim przez ostatnie lata, poskutkowało tym iż, bez tego głupkowatego chłopaka, jak bez pluszaka, o wiele trudniej mu zasnąć…

Drugi raz obudził ich budzik. A raczej tylko Karkata, bo Gamzee czuwał cały poranek. Nie mógł spać. Dzielnie pilnował by jego przyjacielowi nic się nie stało, podczas tych kilku godzin leżenia z zamkniętymi oczami. Vantas podniósł się do siadu, by wyłączyć budzik w zegarku. Ziewnął przy tym przeciągle, a następnie się przeciągnął, zaraz na nowo padając na Makarę.
- Nie chce – mruknął zły.
- Honk?
- Nie chce mi się iść na to pierdolone rozpoczęcie nowego semestru. Nie chce nowego semestru. Nie chce tego wszystkiego, ugh! - odruchowo zamachnął się ręką, uderzając przez przypadek brzuch Gamza. Ten zakaszlał, lekko się wygiął i wywalił język na wierzch.
- U-umieram..! - wykasłał, przy pomocy bardzo złego aktorstwa.
- Wybacz – dodał sucho, w ogóle nieprzejęty Karkat. Wstał po chwili, wyminął górą swojego przyjaciela i zlazł zaraz z łóżka. Udał się do łazienki, pozostawiając „umierającego” Makarę samemu sobie.
Chłopak uznał, że dość udawania. Zsunął się z legowiska na podłogę. Pod jego stopami leżał akurat telefon Vantasa. Niby od niechcenia po niego sięgnął. Oczywiście, że usłyszał jak ten z całej siły, w sumie to nie pierwszy raz, rzucił nim o ścianę. Podejrzewał nawet, że inni mieszkańcy bursy również musieli to usłyszeć.
Ekran telefonu był zbity… Bardziej niż zwykle. Gamzee, chcąc sprawdzić, czy w ogóle działa, postarał się go odblokować. Los chciał iż nawet nie pojawił się ekran blokady, tylko nadal załączony chat z Solluxem. Nie zrobił tego specjalnie, wcale, ale jednak przeczytał całą poranną rozmowę. Przekręcił głowę na bok, jakby nie bardzo dowierzając w to co czyta. W ostateczności jednak... Go to rozbawiło. Zablokował z powrotem urządzenie, po czym odłożył je na etażerkę. Grzecznie teraz czekał, uśmiechnięty od ucha do ucha, aż jego przyjaciel skończy swoją poranną toaletę.

Tymczasem niewyspany Karkat obmywał swoją twarz zimną wodą. Był jak zawsze wściekły na świat. Dodatkowo Terezi jeszcze nie wróciła ze swoich ferii. Fajnie sobie spędza czas z rodziną w górach. Pewnie wraz z siostrą szaleją w tej chwili na snowboardzie, albo rzucają się śnieżkami, podczas gdy, ten oto chłopak z podkrążonymi oczami czuje kłucie w sercu na jakąkolwiek myśl o niej. O tej szalonej dziewczynie, noszącej dziwne czerwone okulary i lubiącej ten sam odcień kredek, tak bardzo, aż mogłaby je jeść.
Karkat uderzył się piąstką w głowę.
- Głupku, przestań o niej myśleć… - zaczął tłumaczyć swojemu odbiciu w lustrze. - Dobra, podoba ci się, zajebiście, ale w aktualnym momencie jest na drugim końcu świata. Mógłbyś o niej na moment zapomnieć? Nie? Kurwa… - ostatnie słowo powtarzał pod nosem przez dłuższą chwilę. Tęsknił za kimś, z kim nawet nie był. Chociaż liczył, że może kiedyś będzie. Tak, skrycie tego chciał. Nawet trochę bardzo.
Wziął głęboki wdech, uderzył się jeszcze raz piąstką w głowę, po czym sięgnął po swoją szczoteczkę do zębów. Czerwoną, żeby nie pomylić z fioletową Gamza… Jeszcze źle by się to skończyło dla jego uzębienia. Aż wzdrygnął się obrzydzony na samą myśl o tym.
Kilka dłuższych minut musiało upłynąć zanim Vantas ogarnął swoją poranną toaletę. Wystarczyło się teraz przebrać i iść na to zakichane – jak to ładnie komentował ciemnowłosy – rozpoczęcie semestru. Wyszedł na chwilę z łazienki, tylko po to by wziąć jakieś czyste ciuchy, więc zaraz do niej wrócił. Nie miał zamiaru przebierać się przy Gamzee'em. Nawet jeśli spał z nim w „jednym” łóżku i to w samych bokserkach. Bardziej obawiał się tego, co może zobaczyć pod rękawami jego wszystkich swetrów, koszul i bluz, chociaż już obiecał, że…
Mniejsza. Ściągnął z siebie ciuchy, w których spał, starając się nie zwracać uwagi na stan rąk. Założył zwykły szary T-shirt, a na niego jeszcze czarną koszulę z długim właśnie rękawem. Bielizna, spodnie… I w sumie mógł już wychodzić. Szybko zerknął tylko ponownie w lustro, by poprawić te cholerne, ciemne, stojące kłaki. Mniej więcej mu się to udało.
Gamz cały czas na niego czekał, ale już nie na podłodze, a na łóżku. Ubrany w biały sweter z fioletowymi paskami oraz w swoje, chyba jedyne, luźne spodnie w szare kropki. Gotowy do wyjścia, uśmiechnięty, trochę zjarany, ale i tak pełen energii. Karkatowi zbierało się na wymioty jak na niego patrzył.
- To jak, idziemy? - zapytał Vantas zerkając na zegarek. Mieli dobre ponad półgodziny czasu, ale zawsze mogli się przy okazji jeszcze trochę powłóczyć po mieście.
- Bro… - Gamzee okrążył swoją twarz dłonią, chcąc dać coś do zrozumienia. - Ja tak nie wyjdę.
Dopiero po sekundzie zastanowienia dotarło do KK, co jego przyjaciel miał na myśli. Prawie codziennie widywał Makarę bez makijażu, więc ten widok go nie dziwił, ale innych na pewno by zdziwił. Przepuścił chłopaka w drzwiach do łazienki, by ten mógł spokojnie nałożyć swoją klaunowską tapetę na twarz. Oparł się o framugę drzwi i tak ze spokojem przyglądał się temu, jak Gamzee wyjmuje swoje farby, poczynając się malować jak jakaś typowa nastolatka. „Może Sollux miał co do tego rację, że jest dziewczyną…” - pomyślał Karkat, zaraz jednak się opamiętując - „ALE NA PEWNO NIE MOJĄ!”. Spuścił wzrok lekko zirytowany własnymi rozmyślaniami. Makara lubił się malować, kropka. Nie podpisuje go to przecież pod zbiorowisko gender, nie?
Nie chcąc tak stać bezczynnie postanowił założyć po prostu swoje czarne trampki. Czekał dalej na Gamzee'ego wpatrując się jak zahipnotyzowany w zegarek i skrupulatnie licząc każdą sekundę, jednocześnie starając się nie wybuchnąć widocznym zniecierpliwieniem.
- Kurwa, Gamzee, wolniej nie potrafisz? - mruknął sarkastycznie zwracając wzrok w stronę otwartych drzwi łazienki.
- Honk bro… - stał w nich już, w całej swojej okazałości, stu procentowy Makara. Ten, którego wszyscy znają i kochają. - Ta da! - rozpostarł swe ręce, jakby był dumny ze swej głupkowatej wspaniałości za wysokiego klauna. Karkat w odpowiedzi wywrócił oczami.
- Czyli idziemy – Vantas sięgnął po swoją kurtkę, nie mając nawet najmniejszego zamiaru skomentować codziennego makijażu przyjaciela. Gamzee jakby trochę posmutniał, że został tak zignorowany. Liczył w końcu na jakiś aplauz, ale czego się spodziewać po tym wkurzonym na cały świat dupku…
Honknął jeszcze raz, cicho, po czym założył swoje fioletowe obuwie, nawet go nie wiążąc. Karkat w tym czasie już wyszedł, więc musiał się sprężyć co do założenia własnej kurtki, no i oczywiście wyjścia. Pokój zamknięty? Zamknięty.
Zeszli z pierwszego piętra na sam parter, do klatki schodowej. Jak widać wstali pierwsi, cóż za nowość…

Mieli jeszcze całkiem sporo czasu zanim powinni znaleźć się w szkole. Gamzee proponował nawet bitwę na śnieżki, ale śniegu było tyle co kot napłakał, do duetu z psem, a sam Karkat nie wyrażał również większej chęci do tej, jak to ujął, „kretyńsko dziecinnej zabawy”, więc skończyło się na tym, iż oboje bez celu spacerowali, wzdłuż chodnika. Klaun kopał śnieg pod sobą, a jego przyjaciel zaklinał pod nosem brak pomysłu na wzięcie szalika.
Łazili, łazili, aż w końcu… Stali przed szkołą, do której już przybywała armia uczniów. Karkat rozpoznał kilka znajomych twarzy w tym tłumie, ale oczywiście osoby, której wypatrywał wśród nich nie było… Ciągle o tym zapominał, napełniając się nadzieją, że może jeszcze ją dzisiaj zobaczy, ale na marne…
Gamzee zaś niemożliwie szczęśliwie, aż skocznym krokiem podbiegł do tych ów znajomych twarzy. Vantas podążył ociężale oraz niechętnie za nim.
- Taaaavbrooo! - pierwsze słowo jakie wypowiedział klaun, na widok swojego przyjaciela, umieszczonego na wózku inwalidzkim. Od razu padł na kolana, by móc być na jego wysokości i natychmiastowo go przytulić, z takim ciepłem, jakim tylko on potrafi.
- H-heh… Cz-cześć Gamzee… - odrzekł brązowowłosy, opalony chłopak, z wzajemnością wtulający się w swojego wyższego kumpla.
Karkat machnął tylko koślawo ręką na przywitanie, nawet nie wypowiadając głupiego „Hej”, czy „Może Gamz się cieszy, ale mi się nie chce, więc karmcie się jego szczęściem”. Nie miał również zamiaru zwrócić wzrok w ich stronę.
- Cześć KK – wtem za nimi pojawił się, nie kto inny, jak nocny gamer w okularach 3D. Ubrany w rażąco żółte spodnie oraz białą koszulę, w tak samo miodową kratę, wyglądał wręcz…
- Wyglądasz idiotycznie – mruknął Karkat, zamiast przywitania.
- Ciebie też miło widzieć – odrzekł mu sarkastycznie.
- Yo bro – rzucił Makara, nadal nie odczepiając się od swojego opalonego kolegi, który zaczął się już trochę rumienić, z powodu przydługiego przytulania.
- Dobra, dosyć tego obściskiwania się gołąbki – powiedział lekko zdegustowany Vantas. - Wejdźmy do środka, bo kurwa zamarznę – burknął, przekraczając akurat jako pierwszy próg oszklonych drzwi szkoły.
Trójka jego kumpli spojrzała po sobie, a Sollux wzruszył nawet ramionami. Gamzee wstał w końcu z kolan, uwalniając swojego niepełnosprawnego przyjaciela. Ujął jego wózek, by następnie wprowadzić go do środka budynku. Za nimi podążył Captor stukający, wręcz obsesyjnie, w ekran swojego Samsunga. Można było się domyślić z kim tak namiętnie chatuje…
- Brooo – zastękał mu nad uchem klaun. - Zostaw ta telefon. Pogadasz sobie z Aradią jak przyjdzie.
- O ile w ogóle przyjdzie… - mruknął zmartwiony, przygładzając przy tym swoje ciemne blond włosy.
- A coś się jej stało? - Makara przekręcił łebek na bok.
- Nie odpisuje, więc się trochę martwię.
- Pewnie ma coś ciekawszego do roboty, niż siedzenie na chatcie dwadzieścia cztery godziny na dobę, tak jak to ty masz w zwyczaju – skomentował wrednie Karkat, opierając się o szafki, z dala od tłumu innych uczniów, którzy przepychali się między sobą, tak by mieć dobry widok na aulę, pośrodku, której stał sam dyrektor.
- Może masz racje KK… - westchnął Sollux, w końcu chowając telefon do kieszeni.
- Karbro zawsze ma racje! - stwierdził z szerokim uśmiechem, aż szczęśliwy do bólu Gamz. - A ty Tavi? Coś taki milczący? - po sekundzie nachylił się nad wspomnianym chłopakiem, spoglądając w jego brązowe oczka, przypominające ślepia szczeniaczka.
- A-a… Nie, nic, tak, o… - wymamrotał Nitram, lekko speszony. - N-nie mam po prostu nic do dodania, heh…
- Honk – w takim razie Makara odrzekł mu tylko tyle. Wyprostował się i tak jak swój pierwszy przyjaciel, oparł się o szafki. Zaraz mu się jednak ta pozycja znudziła, więc zawiesił łapki przy szyi Karkata, a swoją głowę, oparł na jego. Niższy się skrzywił, czując ciężar, żyjącej własnym życiem, czupryny.
- Gamzee do cholery – warknął cicho, by jednak nie przeszkadzać dyrektorowi w wygłaszaniu przemowy.
- Honk? - chwilę, jego zamulony umysł musiał pomyśleć. Dłuższą chwilę. Kiedy się zorientował, że Vantasowi jest po prostu niewygodnie, zabrał podbródek z jego czaszki, lecz nadal trzymał swoje ręce zawieszone, na ramionach chłopaka. Po sekundzie, oparł i na jednym z nich głowę. Karkat znowu miał coś powiedzieć, ale… Machnął ręką, dając za wygraną. Grunt, że umył zęby, więc zapach rozkładającego się Faygo w jego ustach został zniwelowany.
I tak stali - Gamzee wsparty na swoim mało szczęśliwym przyjacielu, obok nich Tavros usypiający na wózku, a za nim Sollux, martwiący się nadal o swoją dziewczynę - godzinę… Może nawet więcej… Vantas zaraził się ziewaniem od kumpla na wózku, a blondyn cały czas przecierał oczy pod okularami.
- Honk… Hooonk… - zawodził najwyższy.
Nuda objęła całą czwórkę. Wszystko miało potoczyć się raczej chyba jak najwolniej, dopóki… Nie przerwał dyrektorowi nagły huk, spadającego ciężaru na szkolną podłogę. Ktoś zemdlał. Mężczyzna się nagle zaciął. Podeszła szkolna pielęgniarka, sprawdziła co i jak, pokazała, że na szczęście wszystko jest w porządku, więc pozwoliła dyrektorowi kontynuować, jednak ten wtedy zakończył cały apel. Zreflektował się, podszedł do ofiary swojej zbyt długiej przemowy i ją szczerze przeprosił. W tym czasie chłopaków już nie było.

- Grasz dzisiaj w LOL'a, KK? - zapytał Soll odprowadzając kumpla do jego pokoju w bursie, podczas gdy Gamzee zaproponował iż sam odwiezie Tavrosa do jego pokoju, a potem wróci.
Karkat nie do końca odpowiedział. Zakręcił ręką, napuścił powietrza do ust, potem je wypuścił, lekko się skrzywił i wreszcie…
- Tylko po to by wyzywać mnie od noobów, nie?
Captor obojętnie wzruszył ramionami.
- Mam LOL'a dopiero od tygodnia, nie wymagaj ode mnie jakiegoś kurewskiego skilla, to może się zgodzę – burknął, zamykając mu drzwi przed przydługim nosem.
- Więc wieczorem, ta? - upewnił się blondyn.
- Ta.
Captor szczęśliwy, że będzie miał z kim pograć udał się do swojego lokum, gwiżdżąc nieudolnie po drodze, czyli do jakiś czterech par drzwi dalej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz