- To jak… Niedługo będziesz, co? - głos Karkata był nad wyraz przyjazny. Na jego policzkach widniał lekki rumieniec, a oczka mu się świeciły jak po wypiciu dwóch kieliszków dobrego wina. Gdyby nie fakt, że spędził cały dzień w łóżku pod okiem Gamza, można by nawet uznać to za pewniak.
- Tak, za jakąś godzinę! - odparł wesolutki głos w jego telefonie.
- Uhm… - chłopak spojrzał na zegarek. - O dziewiętnastej?
- No tak, jak widzisz, hehe.
- To może… Około… No wiesz, jeśli chcesz, heh… Ten, około dwudziestej byśmy się spotkali?
- Czy ja wiem Karkat…
- Chociaż na półgodziny, może…?
Dziewczyna westchnęła.
- W porządku. I tak uważam, że powinnam z tobą porozmawiać, więc im szybciej tym lepiej.
- Heh… - czarnowłosy odetchnął z ulgą. - Przed szkołą? Czy po ciebie przyjść? Albo--
- Przed szkołą będzie dobrze!
- Jasne… To… Do potem…
- Papa!
Ich rozmowa się zakończyła. Czerwonooki miał serce dosłownie w gardle i biło mu jak oszalałe.
W końcu dziś, może niefortunnie, ale postanowił na poważnie porozmawiać ze swoim obiektem westchnień. Ona najprawdopodobniej już widziała wszystkie niszczące mu opinie zdjęcia, wolał więc jak najszybciej to wyjaśnić, a może mu się poszczęści. Mówiła też coś, że musi z nim pogadać, pewnie chodziło jej o to samo co jemu… Takie miał przynajmniej podejrzenia.
Wtem jego telefon zawibrował.
TA: yo KK.
Karkat nie miał ani czasu, ani chęci z nim gadać. Musiał się przygotować na swoje wymarzone spotkanie. Szczególnie wziąć prysznic. Jak na jego nos pachniał za bardzo Gamzem…
CG: CZEGO.
CG: I SZYBKO, BO CZASU NIE MAM.
TA: chciiałem 2iię tylko 2pytać czy iidziie2z na tą dzii2iiej2zą iimprezę u pana iidealnego.
CG: NIE MAM ZAMIARU SIĘ W OGÓLE DO NIEGO ZBLIŻAĆ DO KOŃCA MOJEGO PIEPRZONEGO ŻYCIA.
CG: MASZ, ODPOWIEDŹ IDEALNĄ.
TA: to w takiim raziie ja chyba też niie iidę.
TA: nowe 2krzynkii w c2’iie 2iię 2ame niie pootwiierają.
CG: W OVERWATCHU TEŻ COŚ PODODAWALI.
CG: WIDZIAŁEŚ?
TA: je2zcze 2iię pyta2z.
CG: W SUMIE FAKT.
CG: TY JUŻ PEWNIE POŁOWĘ TYCH FANTÓW MASZ.
TA: niie połowę ale co2 2iię znajdziie.
CG: DOBRA, KOŃCZĘ.
CG: MIŁYCH OPPENINGÓW I BANKRUCTWA.
TA: dziiękii KK.
Po skończonej rozmowie, natychmiast odłożył telefon i udał się pędem pod prysznic. W tym samym czasie Gamz grał w Simsy na jego laptopie.
Zegarek tykał, a wskazówki się przesuwały, dając znak Karkatowi, że jeszcze jedna zmiana stroju, może go kosztować spóźnieniem. Zachowywał się sam teraz jak typowa nastolatka z serialu dla dziewczyn, która chce zaimponować swojemu chłopakowi, jednak było w tej sytuacji na odwrót.
- Bro, w tamtym czarnym swetrze było ci dobrze – skomentował klaun, widząc jak jego przyjaciel krząta się w tą i z powrotem, z łazienki do szafki, ciągle zmieniając koszulki.
- Ale jest niewyprany – burknął zirytowany Vantas, siadając w końcu, bez górnej części stroju, na toalecie. Starał się wtedy również za żadne skarby świata nie spoglądać na swoje zabandażowane ręce.
- A ta czerwona koszulka? - dopytał Gamzee, stając w drzwiach łazienki i podrzucając mu ową bluzkę.
- Ma krótki rękaw…
- Założysz tą bluzę.
- Którą?
- Ode mnie?
Czerwone oczy stały się nagle większe. Karkat wypadł z toalety, zakładając w pędzie ubranie, które wybrał dla niego jego przyjaciel, a zaraz potem wpadł – dosłownie i w przenośni - do szafki, starając się znaleźć tą magiczną bluzę. Tą bluzę, którą jego przyjaciel podarował mu na ostatnie urodziny. Była cała szara z czarnym kapturem i rękawami, a na jednym z ramion widniała mała naszywka przedstawiająca śpiącego kraba.
- Całkowicie o niej zapomniałem… - mruknął cicho jej właściciel, po czym natychmiast ją na siebie założył. - Dzięki Gamz – dodał, zakładając w pośpiechu buty i kurtkę.
Na pożegnanie przybił jeszcze ze swoim najlepszym przyjacielem przysłowiowego żółwika.
Vantas wdychał nerwowo powietrze. Albo się dusił. W sumie zapowietrzał, czyli dusił też. Był spóźniony i modlił się teraz tylko o to, by Terezi nie była zła. To w jakim będzie humorze, będzie zależało jaką decyzję podejmie w jego sprawie. Najprawdopodobniej sama doskonale już zadawała sobie sprawę o co mogło chodzić Karkatowi. Liczył, że ten wieczór będzie jego wieczorem. Wieczorem jego szczęścia.
- Hejka!
Panna Pyrope siedziała na szkolnym murku, ubrana w czerwony, ciepły płaszcz oraz zimową czapkę z włochatą kulką na czubku. Jasno-rude włosy schowała pod nią, jednak swoich czerwonych okularów zdjąć nie miała zamiaru. Uśmiechała się szeroko w stronę swojego bliskiego kolegi.
- No hej… - odrzekł Karkat z niepewnym uśmiechem.
- Chciałeś pogadać, no to jestem! - dziewczyna zeskoczyła z murku, po czym czule przytuliła pana Chodzące Zdenerwowanie.
- Właśnie, tak… Uhm… - chłopak rozejrzał się szybko po okolicy, jakby szukając ratunku, po czym wbił wzrok w zaśnieżały chodnik. - Słuchaj, może przejdziemy się w cieplejsze miejsce, do kawiarenki, albo gdzieś…? - zaproponował, niby obojętnie, wzruszając przy tym ramionami.
- Wolałabym zostać tutaj. I tak nie mam za dużo czasu – odparła, cicho wzdychając.
- Oh… Okay… - czyli najwidoczniej na marne przekopał się przez połowę szafy, pozostawiając pokój w bursie jak po przejściu tornada.
Terezi z powrotem zgrabnie wspięła się na murek, a Karkat postarał się zrobić to równie z gracją, jednak… Wyszło jak wyszło, czyli prawie przewalił się do tyłu, gdyby nie szybkie załapanie przez niego równowagi. Na szczęście. Dość się ośmieszyłem już wcześniej. Nie spieprz tego Karkat, nie możesz… - dodał sobie w myślach otuchy, po czym wziął głęboki wdech i otworzył usta, chcąc coś powiedzieć:
- Słuchaj, Karkat, daj mi mówić pierwsza – jednak, panna Pyrope, wyprzedziła go w kolejności wypowiedzi.
Vantas zamrugał szybciej, przetrawiając jej słowa, po czym przytaknął. Miał nadzieję wyrzucić z siebie wszystko jak najprędzej, ale skoro dziewczyna „jego marzeń” chce mówić pierwsza, to niby miałby jej nie pozwolić?
- Dziękuję… - westchnęła. Teraz ona musiała się przygotować, na jego reakcję. - Heh… Karkat… Ja nie wiem jak zacząć, chociaż już nie raz starałam się wyobrazić przebieg tej rozmowy, jednak… - podrapała się w tył głowy, szukając dalszej części wypowiedzi. - Po prostu się nie da, z tobą się nie da.
- Huh? - po jego minie można było wywnioskować, że w ogóle nie rozumiał co jego przyjaciółka ma mu do przekazania.
- No tak… Karkat, ja wiem, że ty… Że ty mnie bardzo lubisz.
Chłopak przytaknął. Wyjęła mu to z ust, część swojej przemowy mógł już pominąć.
- Ale… Ja ciebie nie.
…rany na rękach Karkata jakby zapiekły świeżością, a jego serce nagle zastygło. Zacisnął dłonie na rękawie swojej kurtki.
- Nie chce żebyś odebrał to źle. Jesteś moim przyjacielem i nim pozostaniesz, jednak… Nic więcej.
Chłopak patrzył na nią, a jego czerwone oczy zakryła szarawa kurtyna. Pusty wzrok, który mówił, że chce iść do domu i najlepiej… Wypłakać się w poduszkę (?).
- Karkat… - złapała go ostrożnie za rękę, na co on się wzdrygnął. - Wiem, że… - Terezi nadal gubiła się we własnych myślach. Zupełnie nie wiedziała jak ubrać w słowa to, co chodzi jej po głowie. - To nie twoja wina. Nie obwiniaj się. Nie sprawiaj sobie bólu, proszę… - zacisnęła mocniej dłoń na
jego. - Jesteś wspaniałym przyjacielem, trochę wybuchowym, ale można na tobie polegać. Potrzebuję takiego przyjaciela, więc nie… Nie dopowiadaj nic, do moich słów. Jesteś świetny, ale mimo to, ja… Nie mogę z Tobą być.
Czarnowłosy jak zaklęty milcząco przytaknął. To nie było do niego podobne, szczególnie, że wewnątrz kulił się jak dziecko i krzyczał.
- Ale… - to pełne nadziei słowo. Dziewczyna delikatnie się uśmiechnęła. - Pomyśl teraz kto by mógł.
Karkat nie chciał myśleć. W wyobraźni zabijał się na tysiąc różnych sposobów. Znowu czuł się jak niepotrzebny śmieć.
- Owa osoba specjalnie dla ciebie zawaliła swój ostatni rok, by móc nadal mieszkać z tobą pod jednym dachem. Nie zorientowałeś się nawet wtedy?
Chłopak wtem ocknął się z morderczych wizji i w końcu zamrugał.
- Uch… - nic więcej nie potrafił wydusić z zaciśniętego gardła.
- Przyznał się Tavrosowi, a Tavros… No cóż, wygadał nam. Ja nie dam ci takiego szczęścia, jakie on ofiaruje ci codziennie. Przecież widzę. Wszyscy widzą.
Vantas potrząsnął przecząco głową, zabierając rękę z jej uścisku. Czuł jakby ją paliła.
- Karkat… Chce tylko byś otworzył oczy, na osobę która naprawdę cię kocha i czeka tylko, aż sam ją zauważysz. Dbasz o niego, a on o ciebie. Nikt nie chce cię stracić… A on w szczególności. Pamiętasz ten dzień kiedy trafiłeś do szpitala?
Czerwonooki tym razem nie patrzył na nią, tylko w dół. W ziemię. Nie chciał jej słuchać, a nie miał innego wyboru. Oczywiście, że pamiętał ten dzień. Jakby mógł zapomnieć?
- Nie odstępował twojego łóżka na krok, dopóki siłą go nie wyrzucili z sali. A wiesz co zrobił
potem? - dziewczyna nerwowo się zaśmiała. - Wziął jedną butelkę, potem drugą… I nim się obejrzeliśmy był wstawiony… Powiedział wtedy, że jeśli się nie obudzisz, skoczy z budynku szkoły.
Skrzyżował ręce, przyciskając je mocno do swojej klatki piersiowej. Nie chciał uwierzyć, że ten „cholerny” klaun miałby zrobić coś takiego. Głupek… - skomentował w głowie.
- Nie mówię tego, ze względu na litość, tylko na to, że wy bez siebie nie potraficie żyć… Więc proszę cię teraz, jak przyjaciółka, zauważ go i zauważ to jak bardzo się o ciebie stara…
Po dłuższej chwili milczenia z jego strony, przysunęła się do niego, objęła rękami i ciepło przytuliła. Vantas ani drgnął. Chciał udawać martwego, a przy tym mieć nadzieję, że smok porzuci żer.
- Przepraszam… W końcu i tak musiałeś się dowiedzieć… - ucałowała go jeszcze na pożegnanie w skroń, po czym zeszła z murku. - Odprowadzić cię do bursy? Mam jeszcze trochę czasu zanim zacznie się impreza u Stridera…
Na wspomnienie tego nazwiska, tylko bardziej się w nim zagotowało. Dawno, bardzo dawno nie czuł takiej nienawiści do samego siebie.
- Poradzę sobie… - mruknął, schodząc z murku i idąc zaraz w stronę domu. Do wspólnego domu z…
- No… Dobrze… Trzymaj się Karkat – rzuciła za nim, machając jeszcze, ale on się nie odwrócił, nie odpowiedział.
…Terezi zaczęła się martwić o niego jak nigdy w tej chwili.
Pokoik w bursie był pusty. Czarnowłosy wyczuł, że ten klaun musiał siedzieć u chłoptasia na wózku.
Zdjął z siebie kurtkę, buty, bluzę od przyjaciela rzucił w kąt. Usiadł na łóżku, oparł się o ścianę i przysunął kolana pod brodę, obejmując je rękami. Po chwili jednak te dłonie powędrowały na głowę.
Rozpłakał się.
I płakał teraz jak to dziecko, które wewnątrz niego nadal siedziało.
- Tak, za jakąś godzinę! - odparł wesolutki głos w jego telefonie.
- Uhm… - chłopak spojrzał na zegarek. - O dziewiętnastej?
- No tak, jak widzisz, hehe.
- To może… Około… No wiesz, jeśli chcesz, heh… Ten, około dwudziestej byśmy się spotkali?
- Czy ja wiem Karkat…
- Chociaż na półgodziny, może…?
Dziewczyna westchnęła.
- W porządku. I tak uważam, że powinnam z tobą porozmawiać, więc im szybciej tym lepiej.
- Heh… - czarnowłosy odetchnął z ulgą. - Przed szkołą? Czy po ciebie przyjść? Albo--
- Przed szkołą będzie dobrze!
- Jasne… To… Do potem…
- Papa!
Ich rozmowa się zakończyła. Czerwonooki miał serce dosłownie w gardle i biło mu jak oszalałe.
W końcu dziś, może niefortunnie, ale postanowił na poważnie porozmawiać ze swoim obiektem westchnień. Ona najprawdopodobniej już widziała wszystkie niszczące mu opinie zdjęcia, wolał więc jak najszybciej to wyjaśnić, a może mu się poszczęści. Mówiła też coś, że musi z nim pogadać, pewnie chodziło jej o to samo co jemu… Takie miał przynajmniej podejrzenia.
Wtem jego telefon zawibrował.
TA: yo KK.
Karkat nie miał ani czasu, ani chęci z nim gadać. Musiał się przygotować na swoje wymarzone spotkanie. Szczególnie wziąć prysznic. Jak na jego nos pachniał za bardzo Gamzem…
CG: CZEGO.
CG: I SZYBKO, BO CZASU NIE MAM.
TA: chciiałem 2iię tylko 2pytać czy iidziie2z na tą dzii2iiej2zą iimprezę u pana iidealnego.
CG: NIE MAM ZAMIARU SIĘ W OGÓLE DO NIEGO ZBLIŻAĆ DO KOŃCA MOJEGO PIEPRZONEGO ŻYCIA.
CG: MASZ, ODPOWIEDŹ IDEALNĄ.
TA: to w takiim raziie ja chyba też niie iidę.
TA: nowe 2krzynkii w c2’iie 2iię 2ame niie pootwiierają.
CG: W OVERWATCHU TEŻ COŚ PODODAWALI.
CG: WIDZIAŁEŚ?
TA: je2zcze 2iię pyta2z.
CG: W SUMIE FAKT.
CG: TY JUŻ PEWNIE POŁOWĘ TYCH FANTÓW MASZ.
TA: niie połowę ale co2 2iię znajdziie.
CG: DOBRA, KOŃCZĘ.
CG: MIŁYCH OPPENINGÓW I BANKRUCTWA.
TA: dziiękii KK.
Po skończonej rozmowie, natychmiast odłożył telefon i udał się pędem pod prysznic. W tym samym czasie Gamz grał w Simsy na jego laptopie.
Zegarek tykał, a wskazówki się przesuwały, dając znak Karkatowi, że jeszcze jedna zmiana stroju, może go kosztować spóźnieniem. Zachowywał się sam teraz jak typowa nastolatka z serialu dla dziewczyn, która chce zaimponować swojemu chłopakowi, jednak było w tej sytuacji na odwrót.
- Bro, w tamtym czarnym swetrze było ci dobrze – skomentował klaun, widząc jak jego przyjaciel krząta się w tą i z powrotem, z łazienki do szafki, ciągle zmieniając koszulki.
- Ale jest niewyprany – burknął zirytowany Vantas, siadając w końcu, bez górnej części stroju, na toalecie. Starał się wtedy również za żadne skarby świata nie spoglądać na swoje zabandażowane ręce.
- A ta czerwona koszulka? - dopytał Gamzee, stając w drzwiach łazienki i podrzucając mu ową bluzkę.
- Ma krótki rękaw…
- Założysz tą bluzę.
- Którą?
- Ode mnie?
Czerwone oczy stały się nagle większe. Karkat wypadł z toalety, zakładając w pędzie ubranie, które wybrał dla niego jego przyjaciel, a zaraz potem wpadł – dosłownie i w przenośni - do szafki, starając się znaleźć tą magiczną bluzę. Tą bluzę, którą jego przyjaciel podarował mu na ostatnie urodziny. Była cała szara z czarnym kapturem i rękawami, a na jednym z ramion widniała mała naszywka przedstawiająca śpiącego kraba.
- Całkowicie o niej zapomniałem… - mruknął cicho jej właściciel, po czym natychmiast ją na siebie założył. - Dzięki Gamz – dodał, zakładając w pośpiechu buty i kurtkę.
Na pożegnanie przybił jeszcze ze swoim najlepszym przyjacielem przysłowiowego żółwika.
Vantas wdychał nerwowo powietrze. Albo się dusił. W sumie zapowietrzał, czyli dusił też. Był spóźniony i modlił się teraz tylko o to, by Terezi nie była zła. To w jakim będzie humorze, będzie zależało jaką decyzję podejmie w jego sprawie. Najprawdopodobniej sama doskonale już zadawała sobie sprawę o co mogło chodzić Karkatowi. Liczył, że ten wieczór będzie jego wieczorem. Wieczorem jego szczęścia.
- Hejka!
Panna Pyrope siedziała na szkolnym murku, ubrana w czerwony, ciepły płaszcz oraz zimową czapkę z włochatą kulką na czubku. Jasno-rude włosy schowała pod nią, jednak swoich czerwonych okularów zdjąć nie miała zamiaru. Uśmiechała się szeroko w stronę swojego bliskiego kolegi.
- No hej… - odrzekł Karkat z niepewnym uśmiechem.
- Chciałeś pogadać, no to jestem! - dziewczyna zeskoczyła z murku, po czym czule przytuliła pana Chodzące Zdenerwowanie.
- Właśnie, tak… Uhm… - chłopak rozejrzał się szybko po okolicy, jakby szukając ratunku, po czym wbił wzrok w zaśnieżały chodnik. - Słuchaj, może przejdziemy się w cieplejsze miejsce, do kawiarenki, albo gdzieś…? - zaproponował, niby obojętnie, wzruszając przy tym ramionami.
- Wolałabym zostać tutaj. I tak nie mam za dużo czasu – odparła, cicho wzdychając.
- Oh… Okay… - czyli najwidoczniej na marne przekopał się przez połowę szafy, pozostawiając pokój w bursie jak po przejściu tornada.
Terezi z powrotem zgrabnie wspięła się na murek, a Karkat postarał się zrobić to równie z gracją, jednak… Wyszło jak wyszło, czyli prawie przewalił się do tyłu, gdyby nie szybkie załapanie przez niego równowagi. Na szczęście. Dość się ośmieszyłem już wcześniej. Nie spieprz tego Karkat, nie możesz… - dodał sobie w myślach otuchy, po czym wziął głęboki wdech i otworzył usta, chcąc coś powiedzieć:
- Słuchaj, Karkat, daj mi mówić pierwsza – jednak, panna Pyrope, wyprzedziła go w kolejności wypowiedzi.
Vantas zamrugał szybciej, przetrawiając jej słowa, po czym przytaknął. Miał nadzieję wyrzucić z siebie wszystko jak najprędzej, ale skoro dziewczyna „jego marzeń” chce mówić pierwsza, to niby miałby jej nie pozwolić?
- Dziękuję… - westchnęła. Teraz ona musiała się przygotować, na jego reakcję. - Heh… Karkat… Ja nie wiem jak zacząć, chociaż już nie raz starałam się wyobrazić przebieg tej rozmowy, jednak… - podrapała się w tył głowy, szukając dalszej części wypowiedzi. - Po prostu się nie da, z tobą się nie da.
- Huh? - po jego minie można było wywnioskować, że w ogóle nie rozumiał co jego przyjaciółka ma mu do przekazania.
- No tak… Karkat, ja wiem, że ty… Że ty mnie bardzo lubisz.
Chłopak przytaknął. Wyjęła mu to z ust, część swojej przemowy mógł już pominąć.
- Ale… Ja ciebie nie.
…rany na rękach Karkata jakby zapiekły świeżością, a jego serce nagle zastygło. Zacisnął dłonie na rękawie swojej kurtki.
- Nie chce żebyś odebrał to źle. Jesteś moim przyjacielem i nim pozostaniesz, jednak… Nic więcej.
Chłopak patrzył na nią, a jego czerwone oczy zakryła szarawa kurtyna. Pusty wzrok, który mówił, że chce iść do domu i najlepiej… Wypłakać się w poduszkę (?).
- Karkat… - złapała go ostrożnie za rękę, na co on się wzdrygnął. - Wiem, że… - Terezi nadal gubiła się we własnych myślach. Zupełnie nie wiedziała jak ubrać w słowa to, co chodzi jej po głowie. - To nie twoja wina. Nie obwiniaj się. Nie sprawiaj sobie bólu, proszę… - zacisnęła mocniej dłoń na
jego. - Jesteś wspaniałym przyjacielem, trochę wybuchowym, ale można na tobie polegać. Potrzebuję takiego przyjaciela, więc nie… Nie dopowiadaj nic, do moich słów. Jesteś świetny, ale mimo to, ja… Nie mogę z Tobą być.
Czarnowłosy jak zaklęty milcząco przytaknął. To nie było do niego podobne, szczególnie, że wewnątrz kulił się jak dziecko i krzyczał.
- Ale… - to pełne nadziei słowo. Dziewczyna delikatnie się uśmiechnęła. - Pomyśl teraz kto by mógł.
Karkat nie chciał myśleć. W wyobraźni zabijał się na tysiąc różnych sposobów. Znowu czuł się jak niepotrzebny śmieć.
- Owa osoba specjalnie dla ciebie zawaliła swój ostatni rok, by móc nadal mieszkać z tobą pod jednym dachem. Nie zorientowałeś się nawet wtedy?
Chłopak wtem ocknął się z morderczych wizji i w końcu zamrugał.
- Uch… - nic więcej nie potrafił wydusić z zaciśniętego gardła.
- Przyznał się Tavrosowi, a Tavros… No cóż, wygadał nam. Ja nie dam ci takiego szczęścia, jakie on ofiaruje ci codziennie. Przecież widzę. Wszyscy widzą.
Vantas potrząsnął przecząco głową, zabierając rękę z jej uścisku. Czuł jakby ją paliła.
- Karkat… Chce tylko byś otworzył oczy, na osobę która naprawdę cię kocha i czeka tylko, aż sam ją zauważysz. Dbasz o niego, a on o ciebie. Nikt nie chce cię stracić… A on w szczególności. Pamiętasz ten dzień kiedy trafiłeś do szpitala?
Czerwonooki tym razem nie patrzył na nią, tylko w dół. W ziemię. Nie chciał jej słuchać, a nie miał innego wyboru. Oczywiście, że pamiętał ten dzień. Jakby mógł zapomnieć?
- Nie odstępował twojego łóżka na krok, dopóki siłą go nie wyrzucili z sali. A wiesz co zrobił
potem? - dziewczyna nerwowo się zaśmiała. - Wziął jedną butelkę, potem drugą… I nim się obejrzeliśmy był wstawiony… Powiedział wtedy, że jeśli się nie obudzisz, skoczy z budynku szkoły.
Skrzyżował ręce, przyciskając je mocno do swojej klatki piersiowej. Nie chciał uwierzyć, że ten „cholerny” klaun miałby zrobić coś takiego. Głupek… - skomentował w głowie.
- Nie mówię tego, ze względu na litość, tylko na to, że wy bez siebie nie potraficie żyć… Więc proszę cię teraz, jak przyjaciółka, zauważ go i zauważ to jak bardzo się o ciebie stara…
Po dłuższej chwili milczenia z jego strony, przysunęła się do niego, objęła rękami i ciepło przytuliła. Vantas ani drgnął. Chciał udawać martwego, a przy tym mieć nadzieję, że smok porzuci żer.
- Przepraszam… W końcu i tak musiałeś się dowiedzieć… - ucałowała go jeszcze na pożegnanie w skroń, po czym zeszła z murku. - Odprowadzić cię do bursy? Mam jeszcze trochę czasu zanim zacznie się impreza u Stridera…
Na wspomnienie tego nazwiska, tylko bardziej się w nim zagotowało. Dawno, bardzo dawno nie czuł takiej nienawiści do samego siebie.
- Poradzę sobie… - mruknął, schodząc z murku i idąc zaraz w stronę domu. Do wspólnego domu z…
- No… Dobrze… Trzymaj się Karkat – rzuciła za nim, machając jeszcze, ale on się nie odwrócił, nie odpowiedział.
…Terezi zaczęła się martwić o niego jak nigdy w tej chwili.
Pokoik w bursie był pusty. Czarnowłosy wyczuł, że ten klaun musiał siedzieć u chłoptasia na wózku.
Zdjął z siebie kurtkę, buty, bluzę od przyjaciela rzucił w kąt. Usiadł na łóżku, oparł się o ścianę i przysunął kolana pod brodę, obejmując je rękami. Po chwili jednak te dłonie powędrowały na głowę.
Rozpłakał się.
I płakał teraz jak to dziecko, które wewnątrz niego nadal siedziało.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz