GA: Dziękuję Że Pytasz
GA: Porrim Jak Zwykle Daje Mi Mnóstwo Pracy
GA: Ale Nie Narzekam
GA: Gdyby Nie Ona Pewnie Całymi Dniami Nie Miałabym Co Robić
GA: A Jak U Ciebie Karkat?
GA: Jak Gamzee?
CG: WŁAŚNIE JEST NA SPOTKANIU ZE SWOIM PSYCHIATRĄ.
CG: MARTWIĘ SIĘ TROCHĘ.
CG: Z WIZYTY NA WIZYTĘ JEST CORAZ BARDZIEJ PRZYGNĘBIONY, CHOCIAŻ KUREWSKO DOBRZE UKRYWA, ŻE WCALE NIC GO NIE GRYZIE.
CG: OCZYWIŚCIE, UKRYWA TO PRZED RESZTĄ.
GA: Rozumiem
GA: Biedny Jest
GA: To Bardzo Szlachetne Z Twojej Strony Że Się Nim Tak Opiekujesz
CG: TAK, TAK, TAK, JUŻ TO NIE RAZ MÓWIŁAŚ.
CG: ALE WIESZ…
CG: TO OSTATNI ROK.
CG: W KOŃCU SAM BĘDZIE MUSIAŁ SOBIE W ŻYCIU PORADZIĆ.
CG: NIE BĘDĘ MU CAŁY CZAS MÓWIŁ CO MOŻE A CO NIE.
CG: NIE JESTEM JEGO PIEPRZONĄ NIAŃKĄ.
GA: Tak Wiem
Trzasnęły drzwi. Roztrzęsiony oparł się o nie i zsunął powoli na podłogę, podciągając kolana pod brodę, następnie ukrywając w nich twarz. Dłonie zacisnął na czarnej czuprynie, chcąc jakby wyrwać z niej pokaźny pęk włosów.
GA: Wydaje Mi Się Jednak Że On Liczy Na To Iż Będziesz Mu Mówił
GA: Jest Do Ciebie Przywiązany
GA: Tylko Przed Tobą Potrafi Się Naprawdę Całkowicie Otworzyć
- Karbro… - wystękał płaczliwie, nie potrafiąc podnieść wzroku na swojego przyjaciela.
CG: GAMZEE WRÓCIŁ, POGADAMY PÓŹNIEJ.
Wystukał jak najszybciej, by w takim samym tempie znaleźć się przy Gamzee'm. Nawet nie wyłączył laptopa. Napisał te cztery słowa, kliknął enter, po czym świat poszedł w zapomnienie.
- Z-znowu…
- Gamzee, spokojnie… - Karkat objął chłopaka ramieniem, głaszcząc go jednocześnie delikatnie po głowie. Jego oschły oraz chropowaty ton głosu nagle gdzieś zanikł.
- N-nie chce… S-skończyć jak… Jak mój brat…
- I nie skończysz…
- P-prawie… J-ja… - Gamzee'emu głos się łamał, a do oczu napłynęły łzy. Nie potrafił skończyć wypowiedzi, którą zaczął.
Vantas nie pytał. Nie chciał wiedzieć, ani też sprawiać bólu przyjacielowi, który na pewno by odczuł, podczas opowiadania kolejnej niefortunnej wizyty u psychiatry. Jak co poniedziałek…
Karkat szczerze obwiniał o wszystko, co złego przytrafia się Gamzowi, jego psychiatrę. Tego „pierdolonego doktorka, który ledwo by pewnie odróżnił dziewczynę od chłopaka”. Obwiniał go za podejście do swojego „najtrudniejszego” pacjenta. Gamzee nie był trudny. Wystarczyłoby z nim spędzić trochę codziennego czasu, by się przekonać, że to najbardziej prosta osoba, jaką można poznać. Tak zawsze to powtarzał i nadal powtarza. Chill, Faygo i przyjaciele. To jedyne czego ten irytujący klaun potrzebuje do szczęścia. Na co mu psychologiczne terminy, których i tak nigdy nie pojmie? Po co mu mieszać w głowie i przypisywać nierealnych chorób psychicznych? Po co obwiniać go za błędy, które zrobił jego brat? Czy to, że starszy skończył w psychiatryku, oznacza, że i młodszy też tam wyląduje?…
Nie.
Makara wtulił twarz w szyję przyjaciela, brudząc jego skórę makijażem, który powoli się rozpływał od fali łez. Karkat nadal głaskał go po puszystych włosach, cicho powtarzając te same słowa:
- Spokojnie… Jest dobrze… Przecież nic złego nie zrobiłeś…
- P-prawie… Zrobiłem… - wystękał, między jednym pociągnięciem nosa, a drugim.
- Prawie, nie jest równe temu, że zrobiłeś.
- H-honk…
I tak prawie co poniedziałek…
Po dłuższej chwili pocieszania Gamza, w końcu jego humor powrócił. Przynajmniej w minimalnym stopniu. Zaczął lekko łaskotać Karkata swoimi włosami, jeżdżąc nimi po jego szyi. Vantas rzadko się śmiał, więc to był jeden z dźwięków, który jego klaunowaty przyjaciel naprawdę lubił oraz, który naprawdę potrafił polepszyć jego samopoczucie.
- G-gamzee cholero… - chłopak odsunął jego głowę od swojej szyi. Policzki mu się lekko zarumieniły od niekontrolowanego śmiechu. W przeciwieństwie do swojego przyjaciela, on nie znosił się śmiać. Mniej więcej. Bynajmniej nie przez wymuszenie za pomocą łaskotek.
- Hoonk! - ten, nie zważając na obronę przyjaciela natychmiast go zaatakował, mocnym przytuleniem i powaleniem na podłogę. Karkat wywrócił oczami, jakby to nie był pierwszy raz. Bo nie był.
- Jesteś jak guma do żucia przyklejona do chodnika, która czeka aż tylko ktoś na nią nadepnie…
- I ty bro, we mnie wdepnąłeś – Makara sam dokończył jego aluzję, którą również słyszał niepierwszy raz. Zaatakowany oraz pokonany ciemnowłosy tylko westchnął.
- Złaź ze mnie.
W odpowiedzi przeczące kręcenie głową i mocniejsze przytulenie.
- Udusisz mnie zaraz.
Gamz nic sobie z tego nie zrobił.
- Walnę cię, nie ręczę.
Z tego też.
- Serio mówię.
Jego twarz wyrażała „rób co chcesz, ja się stąd nigdzie nie ruszam”. Jak kot, przylgnął do swojego pana, nie mając najmniejszego zamiaru zmienić pozycji i dopuścić go, do jakiegokolwiek ruchu. Gdyby tylko Karkat miał możliwość, pewnie by się szarpał, ale jak widać, był od swojego przyjaciela znacznie mniejszy. To był ten punkt, w którym to Gamzee miał przewagę. Wkurzało go to, że musi pilnować tej prawie dwumetrowej tyczki… Chociaż czasami ten wzrost był całkiem pomocny. Szczególnie wtedy, gdy nie potrafi się ściągnąć swoich rzeczy z górnej półki w szafie.
- Gamzeeee… Uuughh… - powiercił się trochę w miejscu, na co klaun mocniej go przytulił. Trudno byłoby jednak do końca nazwać go w tej chwili klaunem. Makijaż mu się całkowicie zmył i prawie wtarł w szyję oraz koszulkę chłopaka, który leżał pod nim.
- Brooo… Jesteś taki miły… I mały… Jak pluszak… Motherfucking teddy bear – skomentował Gamzee, przymilając się do swojego przyjaciela, teraz naprawdę, jak olbrzymi kot. - My motherfucking teddy bear… - znaczny akcent oraz podkreślenie na słowo „my”.
- Żaden twój i żaden ze mnie, do kurwy nędzy, pluszak – uciął Karkat, ale jednak dał za wygraną w dalszej próbie uwolnienia się z jego objęć. W końcu prędzej czy później musiał go puścić. Chociaż czasami zdarzało się, że nie puszczał… Może trochę częściej niż czasami, ale i tak przeważnie, PRZEWAŻNIE, puszczał.
Dalszą część tej jakże interesującej kłótni przerwało delikatne pukanie do drzwi. Obaj lokatorzy zdawali sobie sprawę, kto aż tak lekko oraz nieśmiało może pukać do ich pokoju. Po chwili klamka została naciśnięta, a w progu stanął… Bądź bardziej siedział, lub wjechał, Tavros. Od razu po pomieszczeniu rozniósł się słodki zapach ciastek.
- Oh… - wymowne zaskoczenie, tym co wyprawiają ci dwoje. - Przeszkadzam?
- Jeśli masz zamiar się dołączyć, to tak – odparł Vantas, dalej szamocząc się pod ciężarem swojego wysokiego kolegi.
- Heh… Spokojnie Karkat, przyszedłem tylko się spytać czy może macie ochotę na ciasteczka? - podniósł ze swoich kolan talerz pysznych, prawie złocistych wypieków z kawałkami czekolady. Gamzee nagle podniósł się do siadu. Niczym pies gończy mocno zaciągnął się przez swoje nozdrza silnym, słodkim zapachem przekąski.
- Chwile… - czerwonooki również wytężył swój zmysł węchu. - Kurwa, co tak śmierdzi..?
- Zielone czuję – odrzekł klaun, a jego fioletowe oczy wręcz zaświeciły milionem gwiazdek.
- Od kogo masz te ciastka?
- Uhm… Od Vriski… - odparł lekko zmieszany Nitram.
- Nie mów do cholery, że OD NIEJ przyjąłeś je bez najmniejszego zastanowienia? - uniósł jedną brew. Tavros odpowiedział zakłopotanym uśmiechem. - Jesteś serio głupi, czy tylko udajesz? Czuć od tego trawkę na kilometr! Wywal je jak najszybciej.
- Kaaarkaat, mooogę? - Makara wypróbował swoich oczu szczeniaczka, chcąc zjeść chociaż jedno ciastko.
- Kpisz. Jesteś na odwyku – burknął w odpowiedzi, po czym z powrotem zwrócił się do chłopaka na wózku. - Zjadłeś jakieś?
Tavbro zaprzeczył ruchem głowy.
- Wpierw wolałem się podzielić. Wszystkie dla mnie..? Oj nie.
- Przynajmniej teraz twoja nadmierna cnotliwość cię od czegoś uratowała – wstał, otrzepując swoje spodnie z kurzu. - Wypierdol to do śmieci, albo jeszcze lepiej pod pokojem Vriski zostaw. Naślemy na nią psy.
- Kaaaarkaaat!
- Morda Gamzee.
- Uch… No ja… Ja nie wiem czy to dobry pomysł… Po prostu je wyrzucę… - postawił z powrotem talerz na swoich kolanach, po czym ruchem obu rąk na kółkach cofnął się.
- Jak wolisz – odrzekł obojętnie Vantas. - Chociaż ja ci bym raczej polecał serio nasłać na nią list gończy. Szuja na to zasługuje od dłuższego czasu.
Tavros nie odpowiedział. Spuścił tylko łebek, jakby się namyślając, po czym bez słowa odjechał na swoim wózku, wraz z ciastkami pełnymi marihuany na kolanach. Wrzucił je od razu do najbliższego śmietnika. Karkat już zamknął za nim drzwi.
- A-ale Karbroooo… - Gamzee nadal jęczał, zaatakowany nagłym głodem narkomana.
- Obiecałeś mi i nie tylko mi, więc skończ kurwa jojczeć, bo nie dostaniesz ani grama, jasne?
Klaun zamilkł. Dosłownie wpełzł po sekundzie na łóżko, cicho pod nosem honkając i kuląc się, wtulony w fioletową kołdrę, na swojej połowie.
- A teraz się obraź, no najlepiej!
- Honk.
- Zachowujesz się jak dziecko, wiesz?
- Honk.
- Ughhh… - zirytowany do granic możliwości KK, przetarł z zażenowania ręką po twarzy, po czym nią machnął, dając sobie spokój. Zasiadł z powrotem przed laptopem, wychodząc wtem z czatu.
- Nie będzie mnie w piątek na dwóch pierwszych lekcjach – w słuchawkach graczy można było słyszeć, jak Sollux otwiera kolejną puszkę z energetykiem. Pewnie o smaku miodu oraz cytryny.
- A to czemu? - prawie od razu zapytała Aradia.
- Będą zakładać mi aparat na zęby.
- Wreszcie nie będę musiał nosić ze sobą parasola, by uchronić się przed twoim pluciem – skomentował sarkastycznie Vantas. - W ogóle to gdzie ty dziś byłaś Aradia? Soll się o ciebie bardzo, ale to bardzo martwił. Myślałem nawet, że zwymiotuję jeśli nie skończy o tobie gadać.
- Stałam na samym przodzie, wraz z Equiusem i Nepetą. Mogliście nas nie zauważyć. Dużo nowych osób doszło w sumie do naszej szkoły.
- Z EQ? - reakcja Solluxa, chyba się nawet opluł.
- Z Nep? - reakcja Karkata, ten to się wzdrygnął.
- Tak, a co?
I jeden i drugi powiedzieli coś obraźliwego, ale ponieważ mówili jednocześnie Megido nic, a nic z tego nie zrozumiała.
- Okeej… - odparła po prostu. - A jak u Gamza, Karkat? - chciała ewidentnie szybko zmienić temat, zanim Captor zacznie się bardziej bulwersować oraz okazywać swoją bardzo widoczną zazdrość.
Akurat na wszystkich kartach graczy pojawiło się wyczekiwane „100%” i mogli przystąpić do gry na Summoner's Rift. Karkat z dostępnych postaci wybrał Skarnera, głównie ze względu na to, że ktoś wyprzedził go w wyborze Cho'Gatha, Sollux chciał się popisać swoją umiejętnością grania nowymi, to też nikogo nie zdziwił jego wybór – Aurelion Sol, zaś Aradia, po staremu, chciała wszystkim dowalić swoim ukochanym Piewcą Śmierci, Karthusem.
- Jak zwykle… - westchnął KK, odwracając przy okazji głowę w stronę łóżek. - Teraz śpi i odsypia bezsenną noc.
- Nie mógłby, jak każdy normalny człowiek, spać w nocy? - oburzył się ten z ponad setką nabitych godzin, na wszystkich swoich grach na steamie, a trzeba dodać, że ich również jest dobra, jakaś setka.
- I kto to mówi… - prychnął w odpowiedzi. Aktualnie nie mógł sobie pozwolić na bardziej ciętą ripostę, gdyż skupiał się na dobiciu Branda, z drużyny przeciwnej. - NO CO ZA KU- - natychmiast ucichł gdy przypomniał sobie, że ma w pokoju śpiącego klauna. Plus mieszka w bursie, a ściany są tu cienkie jak cholera.
- Ile razy powtarzałem, że sam sobie na topie nie poradzisz? - zaszydził Captor.
- Miał 10hp, dobiłbym go, gdyby mnie…
- Miniony nie dobiły? - dokończyła Aradia, zdobywając już trzeciego killa.
- W ogóle… To czemu wziąłeś skorpiona, KK?
- Bo Cho'Gath, był zajęty? - odpowiedział, zadając retoryczne pytanie, bo to było raczej oczywiste.
- Spiknąłeś się z Serket? - kolejne, wredne zaszydzenie naszego „najlepszego” gracza.
- Ja nie, ale spiknęła się z Tavem…
- CO?! - nagłe przerażenie Megido.
- Dała mu ciasteczka z zielonym – dokończył, przerwaną mu wypowiedź. - Na szczęście, zanim ich spróbował, udało mi się go uratować i kazałem mu je wypierdolić.
- A to wredna… Larwa! - warknęła dziewczyna, a przy tym bardziej wczuła się w grę. - Jakbym tylko mogła, to bym wysłała do niej takiego Karthusa… Oświeciłby ją „piękną” śmiercią…
- AA, nie przesadzaj… Serio, życzysz jej śmierci?
- Po ostatniej akcji z trawką wywalili sześciu uczniów! W tym tych, którzy nie mieli z nią nic wspólnego! Myślisz, że nie powiązaliby nas z Tavrosem, gdyby on nagle wpadł?! - tak ją nerwy poniosły, że aż nabiła pentakill, wyprzedzając tym samym Solluxa z ilością zabójstw.
- Ara, weź się wyluzuj, bo skype się zacina… - mruknął Karkat, nie chcąc już słuchać naburmuszonej, do granic możliwości, dziewczyny.
- Ta… Troszkę spuść z tonu… - zgodził się z nim nawet Sollux, bo przez to wkurzenie, spadał w rankingu grupy.
- Dobra… - wzięła głęboki wdech. Chwilę się wyciszyła i już grała spokojnie. - Po prostu się zmartwiłam, okej…
- Tak, wszyscy to rozumiemy, a teraz dobijmy tych skurwysynów – gdy Vantas to mówił, akurat zaczął się zajmować niszczeniem inhibitorów przeciwnika.
Długo nie trzeba było czekać gdy padł i Nexus.
GA: Porrim Jak Zwykle Daje Mi Mnóstwo Pracy
GA: Ale Nie Narzekam
GA: Gdyby Nie Ona Pewnie Całymi Dniami Nie Miałabym Co Robić
GA: A Jak U Ciebie Karkat?
GA: Jak Gamzee?
CG: WŁAŚNIE JEST NA SPOTKANIU ZE SWOIM PSYCHIATRĄ.
CG: MARTWIĘ SIĘ TROCHĘ.
CG: Z WIZYTY NA WIZYTĘ JEST CORAZ BARDZIEJ PRZYGNĘBIONY, CHOCIAŻ KUREWSKO DOBRZE UKRYWA, ŻE WCALE NIC GO NIE GRYZIE.
CG: OCZYWIŚCIE, UKRYWA TO PRZED RESZTĄ.
GA: Rozumiem
GA: Biedny Jest
GA: To Bardzo Szlachetne Z Twojej Strony Że Się Nim Tak Opiekujesz
CG: TAK, TAK, TAK, JUŻ TO NIE RAZ MÓWIŁAŚ.
CG: ALE WIESZ…
CG: TO OSTATNI ROK.
CG: W KOŃCU SAM BĘDZIE MUSIAŁ SOBIE W ŻYCIU PORADZIĆ.
CG: NIE BĘDĘ MU CAŁY CZAS MÓWIŁ CO MOŻE A CO NIE.
CG: NIE JESTEM JEGO PIEPRZONĄ NIAŃKĄ.
GA: Tak Wiem
Trzasnęły drzwi. Roztrzęsiony oparł się o nie i zsunął powoli na podłogę, podciągając kolana pod brodę, następnie ukrywając w nich twarz. Dłonie zacisnął na czarnej czuprynie, chcąc jakby wyrwać z niej pokaźny pęk włosów.
GA: Wydaje Mi Się Jednak Że On Liczy Na To Iż Będziesz Mu Mówił
GA: Jest Do Ciebie Przywiązany
GA: Tylko Przed Tobą Potrafi Się Naprawdę Całkowicie Otworzyć
- Karbro… - wystękał płaczliwie, nie potrafiąc podnieść wzroku na swojego przyjaciela.
CG: GAMZEE WRÓCIŁ, POGADAMY PÓŹNIEJ.
Wystukał jak najszybciej, by w takim samym tempie znaleźć się przy Gamzee'm. Nawet nie wyłączył laptopa. Napisał te cztery słowa, kliknął enter, po czym świat poszedł w zapomnienie.
- Z-znowu…
- Gamzee, spokojnie… - Karkat objął chłopaka ramieniem, głaszcząc go jednocześnie delikatnie po głowie. Jego oschły oraz chropowaty ton głosu nagle gdzieś zanikł.
- N-nie chce… S-skończyć jak… Jak mój brat…
- I nie skończysz…
- P-prawie… J-ja… - Gamzee'emu głos się łamał, a do oczu napłynęły łzy. Nie potrafił skończyć wypowiedzi, którą zaczął.
Vantas nie pytał. Nie chciał wiedzieć, ani też sprawiać bólu przyjacielowi, który na pewno by odczuł, podczas opowiadania kolejnej niefortunnej wizyty u psychiatry. Jak co poniedziałek…
Karkat szczerze obwiniał o wszystko, co złego przytrafia się Gamzowi, jego psychiatrę. Tego „pierdolonego doktorka, który ledwo by pewnie odróżnił dziewczynę od chłopaka”. Obwiniał go za podejście do swojego „najtrudniejszego” pacjenta. Gamzee nie był trudny. Wystarczyłoby z nim spędzić trochę codziennego czasu, by się przekonać, że to najbardziej prosta osoba, jaką można poznać. Tak zawsze to powtarzał i nadal powtarza. Chill, Faygo i przyjaciele. To jedyne czego ten irytujący klaun potrzebuje do szczęścia. Na co mu psychologiczne terminy, których i tak nigdy nie pojmie? Po co mu mieszać w głowie i przypisywać nierealnych chorób psychicznych? Po co obwiniać go za błędy, które zrobił jego brat? Czy to, że starszy skończył w psychiatryku, oznacza, że i młodszy też tam wyląduje?…
Nie.
Makara wtulił twarz w szyję przyjaciela, brudząc jego skórę makijażem, który powoli się rozpływał od fali łez. Karkat nadal głaskał go po puszystych włosach, cicho powtarzając te same słowa:
- Spokojnie… Jest dobrze… Przecież nic złego nie zrobiłeś…
- P-prawie… Zrobiłem… - wystękał, między jednym pociągnięciem nosa, a drugim.
- Prawie, nie jest równe temu, że zrobiłeś.
- H-honk…
I tak prawie co poniedziałek…
Po dłuższej chwili pocieszania Gamza, w końcu jego humor powrócił. Przynajmniej w minimalnym stopniu. Zaczął lekko łaskotać Karkata swoimi włosami, jeżdżąc nimi po jego szyi. Vantas rzadko się śmiał, więc to był jeden z dźwięków, który jego klaunowaty przyjaciel naprawdę lubił oraz, który naprawdę potrafił polepszyć jego samopoczucie.
- G-gamzee cholero… - chłopak odsunął jego głowę od swojej szyi. Policzki mu się lekko zarumieniły od niekontrolowanego śmiechu. W przeciwieństwie do swojego przyjaciela, on nie znosił się śmiać. Mniej więcej. Bynajmniej nie przez wymuszenie za pomocą łaskotek.
- Hoonk! - ten, nie zważając na obronę przyjaciela natychmiast go zaatakował, mocnym przytuleniem i powaleniem na podłogę. Karkat wywrócił oczami, jakby to nie był pierwszy raz. Bo nie był.
- Jesteś jak guma do żucia przyklejona do chodnika, która czeka aż tylko ktoś na nią nadepnie…
- I ty bro, we mnie wdepnąłeś – Makara sam dokończył jego aluzję, którą również słyszał niepierwszy raz. Zaatakowany oraz pokonany ciemnowłosy tylko westchnął.
- Złaź ze mnie.
W odpowiedzi przeczące kręcenie głową i mocniejsze przytulenie.
- Udusisz mnie zaraz.
Gamz nic sobie z tego nie zrobił.
- Walnę cię, nie ręczę.
Z tego też.
- Serio mówię.
Jego twarz wyrażała „rób co chcesz, ja się stąd nigdzie nie ruszam”. Jak kot, przylgnął do swojego pana, nie mając najmniejszego zamiaru zmienić pozycji i dopuścić go, do jakiegokolwiek ruchu. Gdyby tylko Karkat miał możliwość, pewnie by się szarpał, ale jak widać, był od swojego przyjaciela znacznie mniejszy. To był ten punkt, w którym to Gamzee miał przewagę. Wkurzało go to, że musi pilnować tej prawie dwumetrowej tyczki… Chociaż czasami ten wzrost był całkiem pomocny. Szczególnie wtedy, gdy nie potrafi się ściągnąć swoich rzeczy z górnej półki w szafie.
- Gamzeeee… Uuughh… - powiercił się trochę w miejscu, na co klaun mocniej go przytulił. Trudno byłoby jednak do końca nazwać go w tej chwili klaunem. Makijaż mu się całkowicie zmył i prawie wtarł w szyję oraz koszulkę chłopaka, który leżał pod nim.
- Brooo… Jesteś taki miły… I mały… Jak pluszak… Motherfucking teddy bear – skomentował Gamzee, przymilając się do swojego przyjaciela, teraz naprawdę, jak olbrzymi kot. - My motherfucking teddy bear… - znaczny akcent oraz podkreślenie na słowo „my”.
- Żaden twój i żaden ze mnie, do kurwy nędzy, pluszak – uciął Karkat, ale jednak dał za wygraną w dalszej próbie uwolnienia się z jego objęć. W końcu prędzej czy później musiał go puścić. Chociaż czasami zdarzało się, że nie puszczał… Może trochę częściej niż czasami, ale i tak przeważnie, PRZEWAŻNIE, puszczał.
Dalszą część tej jakże interesującej kłótni przerwało delikatne pukanie do drzwi. Obaj lokatorzy zdawali sobie sprawę, kto aż tak lekko oraz nieśmiało może pukać do ich pokoju. Po chwili klamka została naciśnięta, a w progu stanął… Bądź bardziej siedział, lub wjechał, Tavros. Od razu po pomieszczeniu rozniósł się słodki zapach ciastek.
- Oh… - wymowne zaskoczenie, tym co wyprawiają ci dwoje. - Przeszkadzam?
- Jeśli masz zamiar się dołączyć, to tak – odparł Vantas, dalej szamocząc się pod ciężarem swojego wysokiego kolegi.
- Heh… Spokojnie Karkat, przyszedłem tylko się spytać czy może macie ochotę na ciasteczka? - podniósł ze swoich kolan talerz pysznych, prawie złocistych wypieków z kawałkami czekolady. Gamzee nagle podniósł się do siadu. Niczym pies gończy mocno zaciągnął się przez swoje nozdrza silnym, słodkim zapachem przekąski.
- Chwile… - czerwonooki również wytężył swój zmysł węchu. - Kurwa, co tak śmierdzi..?
- Zielone czuję – odrzekł klaun, a jego fioletowe oczy wręcz zaświeciły milionem gwiazdek.
- Od kogo masz te ciastka?
- Uhm… Od Vriski… - odparł lekko zmieszany Nitram.
- Nie mów do cholery, że OD NIEJ przyjąłeś je bez najmniejszego zastanowienia? - uniósł jedną brew. Tavros odpowiedział zakłopotanym uśmiechem. - Jesteś serio głupi, czy tylko udajesz? Czuć od tego trawkę na kilometr! Wywal je jak najszybciej.
- Kaaarkaat, mooogę? - Makara wypróbował swoich oczu szczeniaczka, chcąc zjeść chociaż jedno ciastko.
- Kpisz. Jesteś na odwyku – burknął w odpowiedzi, po czym z powrotem zwrócił się do chłopaka na wózku. - Zjadłeś jakieś?
Tavbro zaprzeczył ruchem głowy.
- Wpierw wolałem się podzielić. Wszystkie dla mnie..? Oj nie.
- Przynajmniej teraz twoja nadmierna cnotliwość cię od czegoś uratowała – wstał, otrzepując swoje spodnie z kurzu. - Wypierdol to do śmieci, albo jeszcze lepiej pod pokojem Vriski zostaw. Naślemy na nią psy.
- Kaaaarkaaat!
- Morda Gamzee.
- Uch… No ja… Ja nie wiem czy to dobry pomysł… Po prostu je wyrzucę… - postawił z powrotem talerz na swoich kolanach, po czym ruchem obu rąk na kółkach cofnął się.
- Jak wolisz – odrzekł obojętnie Vantas. - Chociaż ja ci bym raczej polecał serio nasłać na nią list gończy. Szuja na to zasługuje od dłuższego czasu.
Tavros nie odpowiedział. Spuścił tylko łebek, jakby się namyślając, po czym bez słowa odjechał na swoim wózku, wraz z ciastkami pełnymi marihuany na kolanach. Wrzucił je od razu do najbliższego śmietnika. Karkat już zamknął za nim drzwi.
- A-ale Karbroooo… - Gamzee nadal jęczał, zaatakowany nagłym głodem narkomana.
- Obiecałeś mi i nie tylko mi, więc skończ kurwa jojczeć, bo nie dostaniesz ani grama, jasne?
Klaun zamilkł. Dosłownie wpełzł po sekundzie na łóżko, cicho pod nosem honkając i kuląc się, wtulony w fioletową kołdrę, na swojej połowie.
- A teraz się obraź, no najlepiej!
- Honk.
- Zachowujesz się jak dziecko, wiesz?
- Honk.
- Ughhh… - zirytowany do granic możliwości KK, przetarł z zażenowania ręką po twarzy, po czym nią machnął, dając sobie spokój. Zasiadł z powrotem przed laptopem, wychodząc wtem z czatu.
~*~
- Nie będzie mnie w piątek na dwóch pierwszych lekcjach – w słuchawkach graczy można było słyszeć, jak Sollux otwiera kolejną puszkę z energetykiem. Pewnie o smaku miodu oraz cytryny.
- A to czemu? - prawie od razu zapytała Aradia.
- Będą zakładać mi aparat na zęby.
- Wreszcie nie będę musiał nosić ze sobą parasola, by uchronić się przed twoim pluciem – skomentował sarkastycznie Vantas. - W ogóle to gdzie ty dziś byłaś Aradia? Soll się o ciebie bardzo, ale to bardzo martwił. Myślałem nawet, że zwymiotuję jeśli nie skończy o tobie gadać.
- Stałam na samym przodzie, wraz z Equiusem i Nepetą. Mogliście nas nie zauważyć. Dużo nowych osób doszło w sumie do naszej szkoły.
- Z EQ? - reakcja Solluxa, chyba się nawet opluł.
- Z Nep? - reakcja Karkata, ten to się wzdrygnął.
- Tak, a co?
I jeden i drugi powiedzieli coś obraźliwego, ale ponieważ mówili jednocześnie Megido nic, a nic z tego nie zrozumiała.
- Okeej… - odparła po prostu. - A jak u Gamza, Karkat? - chciała ewidentnie szybko zmienić temat, zanim Captor zacznie się bardziej bulwersować oraz okazywać swoją bardzo widoczną zazdrość.
Akurat na wszystkich kartach graczy pojawiło się wyczekiwane „100%” i mogli przystąpić do gry na Summoner's Rift. Karkat z dostępnych postaci wybrał Skarnera, głównie ze względu na to, że ktoś wyprzedził go w wyborze Cho'Gatha, Sollux chciał się popisać swoją umiejętnością grania nowymi, to też nikogo nie zdziwił jego wybór – Aurelion Sol, zaś Aradia, po staremu, chciała wszystkim dowalić swoim ukochanym Piewcą Śmierci, Karthusem.
- Jak zwykle… - westchnął KK, odwracając przy okazji głowę w stronę łóżek. - Teraz śpi i odsypia bezsenną noc.
- Nie mógłby, jak każdy normalny człowiek, spać w nocy? - oburzył się ten z ponad setką nabitych godzin, na wszystkich swoich grach na steamie, a trzeba dodać, że ich również jest dobra, jakaś setka.
- I kto to mówi… - prychnął w odpowiedzi. Aktualnie nie mógł sobie pozwolić na bardziej ciętą ripostę, gdyż skupiał się na dobiciu Branda, z drużyny przeciwnej. - NO CO ZA KU- - natychmiast ucichł gdy przypomniał sobie, że ma w pokoju śpiącego klauna. Plus mieszka w bursie, a ściany są tu cienkie jak cholera.
- Ile razy powtarzałem, że sam sobie na topie nie poradzisz? - zaszydził Captor.
- Miał 10hp, dobiłbym go, gdyby mnie…
- Miniony nie dobiły? - dokończyła Aradia, zdobywając już trzeciego killa.
- W ogóle… To czemu wziąłeś skorpiona, KK?
- Bo Cho'Gath, był zajęty? - odpowiedział, zadając retoryczne pytanie, bo to było raczej oczywiste.
- Spiknąłeś się z Serket? - kolejne, wredne zaszydzenie naszego „najlepszego” gracza.
- Ja nie, ale spiknęła się z Tavem…
- CO?! - nagłe przerażenie Megido.
- Dała mu ciasteczka z zielonym – dokończył, przerwaną mu wypowiedź. - Na szczęście, zanim ich spróbował, udało mi się go uratować i kazałem mu je wypierdolić.
- A to wredna… Larwa! - warknęła dziewczyna, a przy tym bardziej wczuła się w grę. - Jakbym tylko mogła, to bym wysłała do niej takiego Karthusa… Oświeciłby ją „piękną” śmiercią…
- AA, nie przesadzaj… Serio, życzysz jej śmierci?
- Po ostatniej akcji z trawką wywalili sześciu uczniów! W tym tych, którzy nie mieli z nią nic wspólnego! Myślisz, że nie powiązaliby nas z Tavrosem, gdyby on nagle wpadł?! - tak ją nerwy poniosły, że aż nabiła pentakill, wyprzedzając tym samym Solluxa z ilością zabójstw.
- Ara, weź się wyluzuj, bo skype się zacina… - mruknął Karkat, nie chcąc już słuchać naburmuszonej, do granic możliwości, dziewczyny.
- Ta… Troszkę spuść z tonu… - zgodził się z nim nawet Sollux, bo przez to wkurzenie, spadał w rankingu grupy.
- Dobra… - wzięła głęboki wdech. Chwilę się wyciszyła i już grała spokojnie. - Po prostu się zmartwiłam, okej…
- Tak, wszyscy to rozumiemy, a teraz dobijmy tych skurwysynów – gdy Vantas to mówił, akurat zaczął się zajmować niszczeniem inhibitorów przeciwnika.
Długo nie trzeba było czekać gdy padł i Nexus.

Motherfucking teddy bear! Rozdział wręcz idealny, totalnie rozmiękłam przy Gamzeem wtulającym się w Karkata! Bardzo ciekawe, a przede wszystkim adekwatne przedstawienie postaci w alternatywnym wymiarze - nawet jeśli chodzi o relacje. Naprawdę świetnie się czyta, a ich uniwersum pasuje jak ulał! Martwię się o Gamza, ale jest w dobrych rękach, więc mam nadzieję, że będzie w porządku QnQ Rundka lola pod koniec to prawdziwe cudeńko, w dodatku motyw jelly Solluxa, muah. Nie mogę się doczekać następnego rozdziału i mam nadzieję, że pojawi się niebawem + aaaaAAAAAAAAAA
OdpowiedzUsuńŻYCZĘ BARDZO DUŻO WENY ♥